Reklama

Barto'cut12 "Sztuczne kwiaty": Nie ma róży bez kolców [RECENZJA]

Niczego świeższego polskiej muzyce miejskiej długo jeszcze nie usłyszycie. Barto'cut12 odnosi imponujące zwycięstwo w alternatywnym podejściu do rapu głównego nurtu.

Okładka płyty "Sztuczne kwiaty" Barto'cut 12

Czym jest świeżość w muzyce? Wielu nowych kropek - o ile jakiekolwiek jeszcze - nie da się w tym zeszycie dostawić, więc cała sztuka w tym, żeby inaczej je łączyć. Artyści stają na głowie celem zaskoczenia publiczności. Fatalnymi mashupami jest wybrukowane soniczne piekło, ale to nie tylko to. Ktoś wcześniej wpadłby na przykład na połączenie obrzędowych pieśni z południowych plantacji z black metalem jak robi to, zresztą w całkiem ciekawy sposób, Zeal & Ardor?

Reklama

Nie trzeba zresztą patrzeć tak daleko. Ostatnio zespół Hurragun śmiał się z mieszania Chief Keefa oraz Lady Pank, deficytów chicagowskiego drillu z nadmiarem dinozaurzego rocka, i choć nikogo nie wskazał palcem, to obeznanemu z branżą nie było trudno przymierzyć. Ja jednak nie o tym.

Tu bohaterem jest bowiem facet z Jastrzębia, pomysłowy raper, a przede wszystkim jeden z najlepszych producentów w grze. W jego portfolio jest Guzior, Leh, Otsochodzi, Klarenz, Bonson, a także Hades, z którym zrobił rok temu całą płytę.

"Sztuczne kwiaty" podlewał swoim potem na tyle długo, by ożyły. Sensownie zaprojektował i wybudował pomosty łączące między innymi hiphopową alternatywę bulgoczącą dwadzieścia lat temu w kalifornijskich piwnicach, hedonistyczne brzmienie klubów ze striptizem w Atlancie i dziką, wyspiarską basową jazdę. To jest jednocześnie na wysoki, parkietowy, europejski połysk i usmalone popiołem z ogniska palonego w jakieś plemiennej wiosce na końcu świata; wpisujące się w trendy, w kolektywne fascynacje i skrajnie indywidualne.

Prawa noga idzie w przeszłość, lewa w przyszłość, a serce z głową pozostają na miejscu. Czuć mnóstwo pasji oraz pomyślunku, gdyż spina to wszystko jeszcze ogólnoludzka, cywilizacyjna refleksja o skutkach hiperkonsumpcji i istocie człowieczeństwa.

Już od otwierających "Kwiaty kwitną w północ" synthy prażą, bębny są soczyste, a wokale niebanalne. Emocjonalna wartość czyni bezzasadnym pytanie o to, czy to aby nie jest ironiczne. Na stylu EDM-u i rapu dzieje się coś zupełnie własnego. "Szalone to pianinko i te meksykańskie trąbki, super bas, kapitalnie wymyślone linie wokalne" - chodzi po głowie po włączeniu "Miodu i mleka".

W następnym "Jackpocie" chodzić przestaje, bo po prostu bezrefleksyjnie ulega się latynoskiej gitarce, francuskiemu samplowi wokalnemu, refrenowi zaproszonego Skipa. Barto umie mnóstwo, np. rapować na uporządkowanym patencie do wtóru chaotycznej, etnicznej surowizny ("OYA"), ale też destylować dzikość i agresję z plastiku ("TOY" z Łajzolem brzmiącym tu jak Gruby Mielzky).

Nie wiadomo, co chwalić. Porywa mrok, ciężar i drumandbassowy pęd kapitalnie zakończonego "ICY", sprawdzają się cofnięte dźwięki "Onychofobii", oszczędne, wzbierające syntezatorami, ujmujące prostotą komputerowej melodyjki "Motherlode", wychłostany skreczem, wystrzelony w kosmos bassline ultra przebojowego "UNDO" czy sprężysty house pięknie współgrający z nowofalowym klimatem w "Lumpach".

Gospodarz świadomie i stylowo rapuje, na przykład sugerując w kawałku z Guziorem, że żeby założyć grill, musisz najpierw zgubić zęby (idealnie podsumowanie trapu i wszystkich jego rekwizytów) albo utyskując w "TOY", że dodałby do happy meal tych wszystkich, którzy chcą być jak Meek Mill, bo on sam czuje się raczej bitnikiem niż pokemonem. Gdy przestrzega "Nie mów, że jesteś z ulicy jak cieć na dole nabija nocki", słuchałbym go uważnie. Jest bezpretensjonalny i w punkt, wolny od coraz bardziej nieznośnego kombatanckiego bagażu, patrzy w przyszłość z zestawem cyberpunkowych leków i odniesień. Zdarza mu się być "edgy", co łączy jednak z całym mnóstwem dystansu do siebie.

Wiadomo natomiast, co ganić. "Pierwszy krok w chmurach" ratuje to, że jako osobista, prostolinijna wypowiedź naprawdę wzrusza. Bo tak poza tym, to się rozłazi. Doceniam tak bezpośredni ukłon w stronę Madliba, jednak coś tu wokalnie ewidentnie Barto przerosło. Nieporozumieniem jest też wybór "Persyflażu" na singel - numer jest nieczytelny, wrogi, pełen nieciekawych rymów i autor epatuje dokładnie tym, co powinien raczej ukrywać, tworząc zbitki z niewymawianym przez niego "r". Słabo mi się robi na myśl, że ten kawałek może być jedyną szansą, jaką zarzucany muzyką słuchacz twórcy da. "Sztuczne kwiaty" zasługują na wiele sumiennych, drobiazgowych przesłuchań, całe seanse tropienia smaczków i aluzji. Niejeden dzban powinien się o ten bukiet wystarać, żeby znaleźć pokój.

Barto'cut12 "Sztuczne kwiaty", Bump'12

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Barto'cut12 | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje