Reklama

Baroness "Stone": Znów w kamieniu kuci [RECENZJA]

Ekipa z Georgii ścieśniła formę, do pewnego stopnia zarzuciła barok i krzykliwość i... zdecydowanie na tym wygrała. "Stone" to pogodzenie się z przynajmniej częścią fanów mocno obruszonych ich poprzednią płytą.

Ekipa z Georgii ścieśniła formę, do pewnego stopnia zarzuciła barok i krzykliwość i... zdecydowanie na tym wygrała. "Stone" to pogodzenie się z przynajmniej częścią fanów mocno obruszonych ich poprzednią płytą.
Baroness wydali album "Stone" /Gina Wetzler/Redferns /Getty Images

Przyznaję się, mea culpa, usłyszawszy poprzednie nagranie Baroness, "Gold & Grey", a było to bodaj w szczycie mojego im szalikowania, przeszarżowałem, nie zauważyłem dosyć oczywistych wad i bardzo mocno przestrzeliłem z oceną. Cóż... bywa i tak, że refleksja przychodzi poniewczasie i poniewczasie człowiek przebija się przez kokon własnego entuzjazmu, by dosłuchać się kompletnie rozpirzonej struktury piosenek, bardzo chaotycznej produkcji czy wreszcie na maksa przegadanych aranżacji. "Stone" błędy popełnione uprzednio całkiem skutecznie naprawia.

Reklama

Recenzja albumu Baroness "Stone": Znów w kamieniu kuci

Nowe utwory Baroness zachowują bardzo progresywną strukturę i nieraz naprawdę nie można się nadziwić ich artystycznym wyborom, a to w kwestii progresji akordowej, a to decyzji strukturalnych właśnie, jednak w przeciwieństwie do "Gold & Grey", tym razem, wszystko to skleja się znakomicie, a jakże charakterystyczne dla poprzedniej płyty meandrowanie (czasem po nic) zdarza się zdecydowanie rzadziej. Przy tym zwartość zwrotek i refrenów - zwyczajnie lepszych niż poprzednio - znacznie przyczynia się do powstawania zjawiska tzw. earworma, czyli po naszemu, że jak jednym uchem wejdzie, tak drugim wcale nie wyjdzie, a zostanie co najmniej na chwilę.

Rozmawiając niedawno (na innych łamach) z Giną Gleason pytałem ją, czy na brzmienie "Stone" miały wpływ warunki jego nagrywania, a więc mniej chaotyczne niźli poprzednio, zespół bowiem większość materiału rejestrował (i dopracowywał) w specjalnie w tym celu wynajętej chacie w głębi lasu. Gina potwierdziła, dodając, że słyszalne gdzieniegdzie na "Stone" odgłosy przyrody to poboczny efekt przenikania przez całą sympatyczną załogę genius loci tego miejsca. Sama Gina też, jak się wydaje, w końcu znalazła sobie miejsce w maszynie zwanej Baroness, a harmonie wokalne, jakie rozwija z Baizleyem są po prostu czarujące.

Tak samo - a może nawet bardziej niż poprzednio - duet Baizley/Gleason dali upust swojej miłości do sceny singer songwriter. "Embers", "The Dirge" czy "Bloom" to dowód, że i po odłączeniu prądu Baroness jest, choć na innym boisku, ekipą z którą należy się liczyć. Oraz, co niżej podpisany wyciągnął od niej z pewnym trudem, że nawet rozważają podoczny projekt zorientowany na country/americanę właśnie.

"Stone" może nie przekona zupełnie tych wszystkich, którzy kochają czerwony, niebieski, żółty i zielony, ale z pewnością stanowi rezolutne cofnięcie się do purpury, choć z nową jakością. Dobrze jest rozumieć, że gdzieś się wlazło na manowce. Dobrze jest być na tyle mądrym artystą, by nie zaprzeć się i umieć na siebie patrzeć krytycznie. Chapeau bas.

Baroness "Stone", Warner

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Baroness | recenzja
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama