Reklama

Babymetal "Metal Galaxy": W tym szaleństwie tkwi metoda [RECENZJA]

Babymetal może wam wydawać się kolejnym z japońskich kuriozów. Na pewno jednak intryguje. "Metal Galaxy" ukazuje szersze spektrum inspiracji niż poprzednie dwa albumy japońskich idolek, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu mocno przeszarżował.

Okładka płyty "Metal Galaxy" Babymetal

Szalejące perkusyjne blasty, ostre riffy gitarowe i pogo pod sceną - brzmi jak typowy koncert metalowy. Aż tu nagle na scenę wskakują trzy azjatyckie dziewczyny z włosami spiętymi w kucyki, ubrane w świecące czerwone sukienki i podkolanówki. Nagle odstawiają choreografię typową dla japońskich idolek j-popowych, po czym jedna z dziewczyn zaczyna śpiewać, a pozostałe dwie serwują chórki.

Reklama

Nie, to nie mój sen: to jeden z pierwszych filmików, które rozpowszechnił się wirusowo po sieci, a który to przedstawiał japońską grupę Babymetal łączącą metalowe brzmienie z j-popową kulturą wraz z całym jej sztafażem. Zespół, w przez który osoby wierzące w wyższość metalu nad innymi gatunkami muzyki wyrywają włosy z głowy, a niemal każdy otwierał usta z niedowierzania. Ale w tym szaleństwie tkwi metoda: sława Babymetal tak bardzo wyszła poza Japonię, że dziewczyny wraz ze swoimi instrumentalistami zagrały w 2016 roku koncert na Wembley Arenie.

"Metal Galaxy" to nieco inna para butów aniżeli poprzednie pozycje japońskiego projektu. Babymetal oficjalnie stały się duetem, choć z uwagi na charakter zespołu, ten fakt nie zmienił zbyt wiele. Znaczny wpływ miały za to liczne koncerty na całym świecie.

Początek płyty niespecjalnie to zdradza - ba, rzekłbym, że dla fanów może być wręcz rozczarowaniem z uwagi na znaczne zwiększenie tanecznego elementu kosztem tego metalowego. Owszem, takiemu "Da Da Dance" nie da się odmówić niesamowitej zaraźliwości, ale gdzieś tu zabrakło tego kontrastu między słodziutkimi zaśpiewami, a brudem w warstwie instrumentalnej. Bliżej temu do piosenki rozpoczynającej seans anime niż temu, co prezentowane było na poprzednich płytach.

Nieco poprawia to anglojęzyczne (!) "Elevator Girl", w którym podwójnej stopy i gitar jest całkiem sporo przy jednoczesnym zachowaniem j-popowego charakteru utworu. Ciekawie robi się przy "Arkadii": power-metalowej sieczce skwitowanej delikatnymi żeńskimi wokalami. Zresztą ma się wrażenie, że w ogólnych rozrachunku brzmienie Babymetal mocno zelżało i nawet w tych najmocniejszych fragmentach jest dużo przystępniej dla przypadkowego słuchacza niż wcześniej.

Dobrze, ale gdzie te zagraniczne wpływy? Chociażby w takim "Shanti Shanti Shanti" czerpiącym w pełni z rytmiki i instrumentalizacji z muzyki hinduskiej (pojawia się nawet tanpura!) - nie zdziwiłbym się, gdybyśmy kiedyś usłyszeli ten utwór w jakimś bollywoodzkim tytule. Jest tego jeszcze więcej: w "Night Night Burn!" łatwo dostrzec można wpływy muzyki latynoskiej. A co powiecie na folk-metalowe "Oh! MAJINA!", w którym gościnnie występuje... Joakim Brodén z zespołu Sabaton?

Czy speed-metalowe "Distortion", w którym wokalnie udzieliła się Alissa White-Gluz kojarzona z Arch Enemy? Albo "Brand New Day", w którym swoją gitarową wirtuozerię prezentują Tim Henson i Scott LePage z progrockowego, amerykańskiego zespołu Polyphia? To nawet filipiński raper F.HERO rzucający swoje wersy w przebojowym "PA PA YA!!" nie wydaje się przy tym wszystkim specjalnie szokujący.

Problem w Babymetal jest w zasadzie inny: to rzecz, którą traktuje się co najwyżej jako ciekawostkę, bo ani kompozycje odarte z całej otoczki nie są specjalnie świeże i porywające, ani wokale nie wykraczają poza j-popowe standardy, z którego to środowiska zresztą dziewczyny się wywodzą. Połączenie różnych światów może oczywiście być intrygujące, ale przy trzeciej płycie Babymetal ten element szoku to już za mało, aby nim grać.

Do tego chęć spróbowania zbyt wielu potraw, sprawia, że całość robi się po jakimś czasie mdła - spójność nie jest mocnym elementem "Metal Galaxy", chyba że waszymi ulubionymi płytami są składanki. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że gdzieś zagubiła się ta nieopisywalna "iskra", pewnego rodzaju pasja, energia, która elektryzowała przy poprzednich albumach. Brudu też tu o wiele mniej niż wcześniej, a szkoda, bo to właśnie kontrasty świadczyły zawsze o sile Babymetal.

Dobrze, jeżeli to wasz pierwszy kontakt z Babymetal, to dalej możecie być zszokowani, że taki zespół istnieje i doskonale zdajecie sobie sprawę, że coś takiego mogło powstać tylko w Japonii (to i tak nic przy popularnym w Japonii Ladybeardzie, ale to już musicie znaleźć sobie sami). "Metal Galaxy" może być więc dla was bardzo odświeżające i dziwaczne. Dla kogoś, kto kojarzy poprzednie płyty będzie natomiast próbą odświeżenia formuły. Niestety, nie do końca udaną.  

Babymetal "Metal Galaxy", Mystic Production

5/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Babymetal | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje