Reklama

Reklama

Alexander Ludwig "Highway 99": Wiking w kowbojkach [RECENZJA]

Myśleliście, że Bjorn Żelaznoboki wydając swoją debiutancką płytę pójdzie w ślady składów takich, jak Wardruna, Danheim czy Vévaki? Nic bardziej mylnego. Alexander Ludwig miast butów z futra i gaci z liści woli kowbojki, lasso i łkanie z kojotem na prerii.

Myśleliście, że Bjorn Żelaznoboki wydając swoją debiutancką płytę pójdzie w ślady składów takich, jak Wardruna, Danheim czy Vévaki? Nic bardziej mylnego. Alexander Ludwig miast butów z futra i gaci z liści woli kowbojki, lasso i łkanie z kojotem na prerii.
Okładka albumu "Highway 99" /materiały prasowe

I nic w tym dziwnego, bo choć w masowej wyobraźni (i zważywszy na nazwisko) chciałoby się go przypisać do jakiegoś ośnieżonego lasu na fiordzie, nasz sympatyczny blondas jest nie skandynawem, a Kanadyjczykiem. Co w zasadzie nie uniemożliwia mu tego zaśnieżonego lasu, bo w jego rodzinnym Vancouver w Brytyjskiej Kolumbii warunki klimatyczne nie należą do tropikalnych. Gorzej może z fiordem, ale kto by się tam czepiał? 

Faktem jednak jest, że i w sferze emocjonalnej "Highway 99" to rejony odległe od klimatu serialu czy choćby drugiej produkcji, z której możecie Ludwiga znać, to jest "Igrzysk śmierci" (za to beznadziejne tłumaczenie tytułu ktoś powinien zawisnąć). Aktor-piosenkarz zabiera nas w pogodną podróż przez bezdroża środkowych i południowych stanów USA, a towarzyszą nam w owej podróży - a jakże - wielkie, nieraz puste przestrzenie, tak często malowane dźwiękami gitary slide przez luminarzy gatunku. Nie znaczy to jednak, że muzyka Ludwiga w gatunkowej niszy trąca myszką. Przeciwnie, nawiązuje dialog z tuzami w miarę współczesnego country. A więc brzmi bardziej jak Jason Aldean czy Kenny Chesney, niż jak outlaw country Casha albo Nelsona.

Reklama

"Highway 99" wypełniają duże refreny, do których doskonale uda się grupowy taniec w stodole przebudowanej na tancbudę, które znakomicie sprawdzą się na letnim festynie pośród waty cukrowej, corn dogów i kraciastych koszul. Próżno szukać tu choćby próby jakościowej odnowy gatunku, na którą porywają się ci w nurcie najzdolniejsi, na czele z fenomenalnym Parkerem Millsapem. Ale przecież niekoniecznie o to musi w country chodzić. 

Nie chcę szermować niekoniecznie dopasowanym szlagwortem, że country to "takie ichnie disco polo", bo choć coś na rzeczy - a owszem - jest, to formułowanie takiej paraleli byłoby jednak dla country mocno krzywdzące. Tu jest wszystko ładnie, równo, dobrze zaśpiewane, czasem otrze się o rocka, nada do samochodu, jednym uchem wleci, drugim wyleci, ale lobotomii nie zrobi. Którym to komplementem disco polo opatrzyć niepodobna, nieprawdaż? I nieważne, czy chodzi o twe oczy zielone czy ściernisko i lornetkę, ludwigowskie ody do małych miejscówek, prostego życia, przy którego celebracji czasem wyjmie się słomkę z buta to jednak artystycznie kilka poziomów wyżej.

Entuzjaści gatunku powinni być zadowoleni. Reszcie zaleca się uwagę. Stylistyka country może jednak czasem mieć zbyt wysoki (albo właśnie przeciwnie) próg wejścia. W swojej szufladzie naprawdę przyzwoity, bardzo współczesny materiał. A i solidny riff się czasem sypnie. Przyzwoita robota.

Alexander Ludwig "Highway 99", Warner

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Alexander Ludwig | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy