Reklama

Open'er 2013

Open'er Festival 2013: Ciarki, przekaz i pluszowy miś

Koncert słynnej brytyjskiej grupy Blur był najważniejszym wydarzeniem pierwszego dnia Open'er Festival 2013. W Gdyni znów zjawiły się tłumy ludzi! - Nie chcę się ścigać na liczby. Jest więcej uczestników niż przed rokiem. Jest full - powiedział Mikołaj Ziółkowski, mózg całej tej festiwalowej operacji.

W naszej relacji możecie przeczytać i zobaczyć, co działo się podczas poszczególnych koncertów pierwszego dnia imprezy (środa, 3 lipca).

Blur

Reklama

"Czekaliśmy 23 lata, by do was przyjechać" - konkludował ze sceny Damon Albarn, którego Blur wreszcie przyjechali do Polski. Właśnie, czy przyjechał do nas "ten britpopowy" Blur, którego większość ma w głowie?

Perkusista Dave Rowntree zajmuje się na co dzień polityką, basista Alex James produkcją serów, gitarzysta Graham Coxon nagrywa niskonakładowe albumy, a lider grupy pogrążył się w artystycznej schizofrenii, ze znakomitymi efektami obwożąc po świecie multimedialny i popowy cyrk Gorillaz, jednocześnie nagrywając genialną muzykę do eksperymentalnych oper.

Blur to już nie ci uśmiechnięci chłopcy w martensach, koszulkach polo Fred Perry (choć akurat perkusista takową miał na sobie) i kurtkach typu harrington, którzy w kabaretowy sposób opisywali codzienne życie Brytyjczyków. Co jednak nie zmienia faktu, że te ich wszystkie zabawne przeboiki 20 lat później brzmią jak klasyki muzyki pop. Nawet bennyhillowate "Boys And Girls" czy przede wszystkim "Country House".

Koncert Blur miał dwie odsłony. Wiadomo, że rządziły hity (jak "Song 2", "Coffee & TV" czy "Parklife"). Ale najwięcej emocji przyniósł fragment, w którym zespół zaprezentował dwa numery z mrocznej "13". Przy "Trim Trab" i "Caramel" nie było głupkowatej, choć zupełnie przeuroczej zabawy. Były za to ciarki i przekaz, który niekoniecznie kojarzymy z ikonicznym obrazem Blur - obrazem zespołu ścigającego się na listach przebojów z Oasis podczas britpopowej wojny 1996 roku.

Co zapamiętamy z pierwszego koncertu Blur w Polsce? Poważny monolog Damona Albarna na temat Solidarności i Gdańska? Czy może ten moment, gdy wokalista dostał w głowę... pluszowym misiem? Zresztą właśnie te dwa zdarzenia świetnie spinają w klamrę występ pierwszego headlinera Open'er Festival 2013. Było przejmująco i było komicznie. A repertuar? "Usłyszałem wszystko to, co chciałem usłyszeć" - podsumował jeden z widzów. Nic dodać, nic ująć. (AW).

Dawid Podsiadło

- To najlepsze otwarcie Open'era w moim życiu - powiedział wyraźnie zadowolony Dawid Podsiadło pod koniec swojego występu, oklaskiwany jak największe gwiazdy. Jak zapewniał chwilę później w rozmowie z INTERIA.PL, obyło się bez najmniejszych wpadek - zapomnianych tekstów czy wokalnych potknięć. Otwarcie festiwalu w wykonaniu Dawida rzeczywiście należy zaliczyć do co najmniej udanych: jeszcze nie widziałem tylu ludzi o tak wczesnej porze na Open'erze. A sam koncert tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że trójkąty trójkątami, kwadraty kwadratami, nieznajomy nieznajomym, ale "And I" i "Vitane" to utwory absolutnie przepięknie (MM).

Savages

Dziewczyny do gitar! Takie hasło ciśnie się po koncercie Savages - brytyjskiego kwartetu składającego się z wyjątkowo niegrzecznych dziewczyn, które punkową energię przeplatają na zmianę z klimatami zimno-falowymi i mroczną psychodelią.

Przy pierwszym kontakcie uwagę zwraca przede wszystkim charyzmatyczna wokalistka Jehnny Beth. Ubrana na czarno, z chłopięcą fryzurą i w kontrastujących z rockowym stylem różowych szpilkach. Wielokrotnie podczas tego koncertu pokazała moc głosu, ale przede wszystkim niezwykle różnorodne środki ekspresji. Przejmujący pisk, jaki wydobyła z siebie przy "Fly to Berlin" czy wykrzyczane, niecenzuralne "Fuckers" i "She Will" jeżyły włosy na głowie. Te dziewczyny są naprawdę mroczne i wściekłe zarazem. Do tego świetnie grają!

Gitarzystka Gemma Thomson to moje odkrycie drugiej części koncertu. Fantastyczne riffy i potężne brzmienie gitary w szybkich utworach, oraz niezwykłe czucie w tych bardziej mrocznych i psychodelicznych. To nie był łatwy koncert, dziewczyny nie uśmiechały się ze sceny i nie starały się przypodobać publiczności, która mimo to reagowała bardzo żywiołowo.

Panowie rockmani - przyszły czasy, że dziewczyny są od was nie tylko bardziej niegrzeczne, ale i chyba lepiej grają. Zdecydowany kandydat na odkrycie festiwalu (FL).

Editors

Szał ciał wywołany przebojem "Papillon", kończącym występ brytyjskiej grupy Editors na festiwalowej scenie głównej, częściowo zatarł mieszane uczucia związane z tym, co działo się wcześniej. Widziałem już Editors nie raz i miałem wrażenie, że akurat w środowy wieczór wokalista Tom Smith był długimi momentami nieco otępiały i jakby o ćwierć skali mniej charyzmatyczny niż zazwyczaj. Natomiast różnorodność repertuaru Editors - niezależnie od oceny poszczególnych posunięć stylistycznych - broniła koncert przed monotonią (MM).

Alt-J

Równie dobrzy na żywo co na nagraniach studyjnych. Brytyjczycy z Alt-J potrafią być przejmująco melodyjni, by za chwilę wyginać, wykręcać swoje dźwięki w najdziwniejsze kształty. W czasach wielkiego kopiowania, miksowania i mielenia tego, co już było, Alt-J zachwycają świeżością i oryginalnością. A ja ciągle zastanawiam się, w jaki sposób introwertyczny Joe Newman wydobywa z siebie ten głos, że brzmi on tak, jak brzmi. Jest w tym dużo maniery, ale maniery artystycznie uzasadnionej (MM).

Kendrick Lamar

Rzadko się zdarza, by gwiazdy amerykańskiego hip hopu prezentowały taką skromność jak Kendrick Lamar. Nie wiadomo, ile w tym było kokieterii, ale raper z delikatną troską w głosie pytał publiczność, czy na pewno zna jego album "God Kid m.A.A.d. City". Pytanie trochę nie na miejscu, bo mówimy tu o najlepszej płycie 2012 roku. Zresztą chóralnie deklamowane przez uczestników refreny dały Kendrickowi trochę do myślenia. No i jak to bywa podczas hiphopowych koncertów, nie obyło się bez gimnastyki. "Put your hands up!", "Jump!", wreszcie przekrzykiwanie się lewej i prawej strony publiczności. Szkoda tylko, że raper - podkreślmy wraz z pełnowymiarowym zespołem - zagrał tak krótko, bo zniknął ze sceny po godzinie (AW).

Crystal Castles

A: Idziemy jeszcze na Crystal Castles.

B: To ta laska co wchodzi na ludzi?

A jakże, wchodzi. Bliskie spotkania wokalistki Crystal Castles z publicznością to stały punkt programu każdego ich występu, jak się okazuje - wręcz wizytówka.

Duet Kanadyjczyków - nieposkromionej Alice Glass i błyskotliwego Ethana Katha - to koncertowy pewniak, nie tylko ze względu na "tarzanie się" Alice w ludziach. To właśnie podczas występów na żywo fenomen Crystal Castles objawia się w pełnej krasie. Na czym on polega? W największym skrócie: dziki prymitywizm, dźwięki starych konsol do gier, bezwzględny bit, wyraźna nuta psychodelii i duch punk rocka (co nie dziwi, zważywszy że Alice Glass śpiewała niegdyś w zespołach punkowych). Crystal Castles to zespół, który albo odpycha, albo ekscytuje. Na pewno nie pozostawia obojętnym (MM).

Cztery dania z gitary

Czwartek zapowiada się na prawdziwą, czterodaniową ucztę dla fanów gitarowego grania. Sięgając pamięcią do poprzednich edycji Open'era, trudno znaleźć tak jednorodny układ artystów sceny głównej jak w podczas drugiego dnia tegorocznej edycji. Zacznie Kim Nowak od klasycznego brzmienia gitarowego power trio. Idealną kontynuacją powinien być przeniesiony z namiotu koncert Australijczyków z Tame Impala, którzy przez krytyków zgodnie nazywani są jednym z najlepszych koncertowych zespołów młodego pokolenia. O 22:00 na scenę wybiegną Arctic Monkeys, którzy po dwóch headlinerowych koncertach na Glastonbury, koncercie podczas ceremonii otwarcia Igrzysk w Londynie nie muszą już udowadniać, że są zespołem z rockowej ekstraklasy. My jednak w tej mocnej konkurencji stawiamy na "emerytów" z Nick Cave and The Bad Seeds. Świetna tegoroczna płyta, genialny koncert sprzed kilku dni podczas Glastonbury, i przede wszystkim profesjonalizm muzyków zapowiadają koncert, który będziemy długo wspominać (FL).

Z Gdyni: Artur Wróblewski, Michał Michalak, Filip Lenart

INTERIA.PL

Reklama