Reklama

"X Factor" po raz drugi. Rozmowa z reżyserem show!

Dlaczego Maja Sablewska była najsłabszym ogniwem jury, co wniosła Tatiana Okupnik, czy Kamil Bednarek okaże się koniem trojańskim i czy druga edycja będzie stała na wyższym poziomie - o tym wszystkim opowiedział nam Wojciech Iwański, reżyser programu "X Factor".

W sobotę, 3 marca, rusza druga edycja "X Factor", najpopularniejszego obecnie muzycznego formatu telewizyjnego na świecie. Wokalne talenty ocenią: Tatiana Okupnik, Czesław Mozil i Kuba Wójewódzki. Czego możemy się spodziewać po kolejnej odsłonie show? Oddajmy głos osobie, która pociąga za sznurki.

Reklama

Na ile druga edycja "X Factor" będzie inna od pierwszej? Czy przystępował pan do niej z zamiarem przeprowadzenia pewnych zmian?

Wojciech Iwański: - W obrębie samego formatu niewiele da się zmienić. Tą zmienną są ludzie, którzy przychodzą na castingi, a telewidzowie oglądają ich później na ekranach. Są bardzo różni i niepowtarzalni. Przeróżne osobowości, ale też różne style śpiewania, często bardzo oryginalne.

- Sytuacja, w której się to wszystko odbywa, jest bardzo stresująca, o czym warto pamiętać. Nawet jeśli na którymś z etapów uczestnicy się potkną, nie powinno to przekreślać dalszego ich udziału w programie.

- W pierwszej edycji bardzo konsekwentnie trzymaliśmy się zasady, że jak ktoś nie dał rady czegoś zaśpiewać, to musiał odpaść. Dziś wiemy, jak bardzo ważny jest kredyt zaufania w przypadkach, gdy czujemy, że ktoś nieźle rokuje.

- Zadania, które uczestnicy od nas otrzymują, często należy wykonać w ciągu kilkunastu godzin. Wieczorem otrzymują piosenkę, a rano już ją muszą zaśpiewać. Taki to jest format, tak to zostało skonstruowane. I teraz pojawia się pytanie, czy jeśli po tak krótkim czasie ktoś się "wywala", nie daje rady zaśpiewać, my musimy go od razu przekreślać. Czy nie powinniśmy przyjrzeć mu się bardziej wnikliwie i liczyć na potencjał, czyli dawać szansę na jeszcze jedną próbę. W tym roku potrafiliśmy mądrzej spojrzeć na wykonawców. Ale czy wybraliśmy właściwych - to się okaże na końcu.

No właśnie. Miałem wrażenie, że o ile poziom castingów w pierwszej edycji był wysoki, o tyle poziom odcinków na żywo już nie. Były dwie wyraziste osobowości, Gienek Loska i Michał Szpak, a po nich długo, długo nic. Czy teraz będzie lepiej?

- Nie do końca zgadzam się z tezą odnośnie pierwszej edycji. Myślę, że finałowa trójka: Ada Szulc, Gienek Loska i Michał Szpak to był silny team, i oni to teraz potwierdzają. Były tam osoby, które miały mniejsze szanse, ale nie do końca odstawały. Na pewno najsłabsze były zespoły i z tego też wyciągnęliśmy wnioski. W tym roku mamy silniejsze grupy wokalne. Generalnie jest lepiej, znacznie lepiej.

Czyli w tym roku zespoły nie będę skazane na pożarcie?

- Można przypuszczać, że nie. W pierwszym odcinku zobaczy pan zespół Soul City, to ekipa o ogromnym potencjale, aż chce się na nich patrzeć i przede wszystkim słuchać.

- Nie do końca wierzę, że w Polsce może wygrać zespół. Widz zawsze łatwiej utożsamia się z solistą i jego historią, znacznie trudniej z grupą, ale kto wie?

Co takiego wniosła do programu Tatiana Okupnik i czy Maja Sablewska była najsłabszym ogniwem jury?

- Koń, jaki jest, było widać. Stosunki między Mają a prowadzonymi przez nią grupami nie były najlepsze od samego początku. Kiedy na dzień dobry powiedziała im, że nie chciała pracować z zespołami, to nie było najlepsze zagranie na otwarcie. Dalej potoczyło się znacznie lepiej, "lajfy" były już okej.

- Tatiana wniosła do programu zawodowe spojrzenie. Ona ma dla uczestników bardzo sensowne, konkretne rady. Ma też niezwykłą empatię i wrażliwość, którą nie dysponowała Maja Sablewska. Tatiana bardzo serio traktuje ten program i kocha go. Oglądała wszystkie edycje brytyjskie i wie o tym programie bardzo dużo. Dla nas jest to wyjątkowo dobra sytuacja, ponieważ ona ma pełną świadomość roli, jaką ma spełnić.

- Jest autentyczna, dzięki czemu łatwo nawiązuje kontakt z widownią, potrafi prowadzić subtelną grę z uczestnikami podszytą humorem. Ma wszystkie potrzebne cechy, by robić telewizję.

Czy po tylu edycjach różnych talent shows jest jeszcze coś, co nas może zaskoczyć? Czy może zdarzyć się talent, który przyćmi wszystkie dotychczasowe? Chodzi mi o casus Susan Boyle. Czy to może się zdarzyć?

- Nie przesadzajmy z Susan Boyle. Takich przypadków na świecie było bardzo dużo. Poza tym programy typu talent show to nie tylko te, które znamy obecnie. One były zawsze. Jeśli oglądał pan film "Będzie głośno" o trzech wielkich gitarzystach - każdy z nich przyznał, że w przeszłości przewinął się przez talent show.

- Ja sam przeszedłem przez program talent show, który nazywał się "Szansonada" i nawet tak się złożyło, że wygrałem w nim. Tych programów było i jest bardzo dużo.

- Czy jest szansa, by znaleźć wybitny talent? Gdybyśmy w to nie wierzyli, nie robilibyśmy tego programu. Problem nie leży nie w samym talent show. My nie decydujemy, niestety, co się dzieje dalej z tymi ludźmi. A to jest ważne - kto ich weźmie, kto im poda rękę, kto ich poprowadzi. Talent show może pokazać potencjał tych ludzi, ułatwić im start. Reszta należy do nich. Niech pan zobaczy, co robią dziś Marcin Wyrostek i Kamil Bednarek. Bednarek idzie jak burza, to jest bardzo młody chłopak, a co on już wyprawia. Nie trzeba wygrać programu, żeby zrobić karierę. Bednarek nie wygrał tych 300 tysięcy złotych, ale wygrał popularność, pokazał swoją twarz, zobaczyła go wielomilionowa publiczność. Taki jest sens tego programu.

- Żeby wygrać "X Factor", trzeba wcześniej zaśpiewać 15 piosenek, w tak wielu różnych odsłonach będzie musiał się przyszły zwycięzca pokazać. Nie ma drugiego takiego programu na rynku.

- W tym roku pojawili się ludzie, którzy wiedzą, czym jest "X Factor". Teraz mają pełną świadomość, co tu się robi i co można zyskać. Dlatego ta edycja powinna mieć wyższy poziom.

Jestem ciekaw, czy będziecie zerkali na wyniki "Bitwy na głosy" emitowanej o tej samej porze, bo wiem, że TVP traktuje ten pojedynek bardzo prestiżowo.

- Ale o czym my mówimy - w ubiegłym roku zostawiliśmy ich w tyle. Niech oni się martwią, my nie mamy czym. Uważam, że lepiej mieć konkurencję, niż jej nie mieć.

- Mówimy o faktach, to nie jest fantazjowanie. Jeśli popatrzymy na wyniki oglądalności naszej i ich, to widzimy zasadniczą różnicę... chyba, że Kamil Bednarek okaże się "koniem trojańskim", bo tak już jest z naszą konkurencją, że próbuje wygrywać "naszymi" talentami...

Rozmawiał Michał Michalak.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama