Reklama

Plan daleki. Relacja z koncertu Ellie Goulding w Warszawie

Bez playbacku, bez tancerzy i bez przebieranek przez półtorej godziny śpiewała i skakała na warszawskim Torwarze brytyjska wokalistka Ellie Goulding. Polscy fani tradycyjnie przygotowali niespodziankę.

Bez playbacku, bez tancerzy, bez przebieranek ...i jeszcze bez telebimów. Takich, które pokazywałyby z bliska wokalistkę, jej emocje i, okazjonalnie, jej muzyków. Nie był to więc wymarzony koncert dla krótkowidzów, zwłaszcza z dalszych rzędów. Choć Ellie ubrała się oszczędnie, to większość fanów i tak mogła ją podziwiać jedynie w dalekim planie.

Reklama

Brak detalu, będącego takim cukierkiem dla wzroku, w zaskakujący sposób odmienił sposób odbioru, sprawił, że muzyka docierała intensywniej.

O intensywność należycie zadbała również sama Ellie Goulding, która wytrawnie i, jestem tego pewien, bez krzty przypadku regulowała tempo koncertu tak, by nikomu się nie nudziło.

Z koncertowaniem jak z gotowaniem: kluczowe są proporcje. Brytyjka w czwartkowy (6 lutego) wieczór przyrządziła potrawę bardzo smakowitą.

Koncert Ellie w naturalny sposób dzieli się na trzy akty: pierwszy to szybkie bieganie od piosenki do piosenki, za plecami wokalistki galaktyka światełek i plejada kolorów, główna bohaterka skacze i wyżywa się na bębnach, a taneczne utwory zyskują rockowy pazur za sprawą aktywnej gitary elektrycznej. Już otwierający setlistę "Figure 8" otrzymał nową, bardziej rockową aranżację. Później przez głośniki przetoczyły się kolejne szybkie numery, z przesłodzonym "Goodness Gracious" i pierwszym klubowym przebojem Goulding - "Starry Eyed".

Akt drugi to romantyczne wyciszenie. Na pohybel monotonii. Światełka przestają migotać, kolorki znikają, zamiast nich pojawiają się punktowe reflektory; gitarę elektryczną zastępuje akustyczna, a główną rolę, obok Ellie, odgrywa pianista. Tak, proszę państwa, nastaje czas ballad. Zaczyna się od coveru Alt-J, "Tessellate", jakby Ellie chciała zasygnalizować, że wcale nie jest taka mainstreamowa i radiowa, jak mogłoby się ostatnio wydawać. Później kolejna przeróbka - "Your Song" Eltona Johna - "najpiękniejsza piosenka na świecie", jak mówi o niej Goulding. I gdy już wszyscy płaczą ze wzruszenia, albo przynajmniej obejmują partnera/partnerkę, Ellie spuszcza kolejną emocjonalną bombę - "How Long Will I Love", a po niej jeszcze jedną - "The Writer".

By zapobiec masowym oświadczynom, rozpoczyna się akt trzeci, a więc wielka impreza i wielkie fajerwerki. Światła w równym stopniu oświetlają publiczność i Ellie, a ta umiejętnie dyryguje fanami. Torwar się bawi. Końcówka to już petarda za petardą: "I Need Your Love", "Lights", "Burn"...

Nie mogło się obyć bez specjalnej akcji fanów, co stało się już naszym polskim numerem popisowym. Zaczęło się od biało-czerwonego Stadionu Śląskiego podczas koncertu U2 w 2005 roku i tak do dziś polscy fani wymyślają coś specjalnego na przyjazd zagranicznej gwiazdy.

Tym razem podczas przedostatniej piosenki - a pierwszej bisowej - "You My Everything" setki fanów Ellie wyciągnęło kartki z tytułową frazą ("Jesteś dla mnie wszystkim").

Brytyjka była autentycznie zachwycona i, co również staje się powoli tradycją, solennie obiecała, że szybko tu wróci.

W tej sprawie można jej absolutnie zaufać. Poprzednim razem była u nas w kwietniu 2013 roku.

Każdy koncert Ellie Goulding unaocznia, jak wielkim darem jest unikatowa barwa głosu. Nieoczywisty, metaliczny wokal Ellie, grzęznący gdzieś w trzewiach i wydobywający się jakąś okrężną drogą, niezmiennie intryguje i zadziwia. Repertuar może być raz lepszy, raz gorszy, wizerunek też ulega przemianom i korektom, ale ten głos już z nią i z nami pozostanie. I bardzo dobrze.

Michał Michalak, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: Ellie Goulding | relacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje