Reklama

70 lat Diany Ross

Amerykańska wokalistka Diana Ross obchodzi w środę (26 marca) 70. urodziny. Mimo wieku, nie rezygnuje z występów na estradach całego świata. Przyznaje jednak, że teraz większą wagę przykłada do relacji z pięciorgiem swoich dzieci.

"Zrobiłam olśniewającą karierę" - przyznała swemu biografowi Diana Ross. "Wiem jednak, że sukcesy nie trwają wiecznie. Podobnie jak mężczyźni u mego boku. Moje dzieci natomiast są zawsze przy mnie i to one nadają memu życiu sens" - wyjaśniła.

Reklama

Dla milionów wielbicieli muzyki Diana Ross pozostaje ucieleśnieniem prawdziwej diwy - zawsze szykownie ubrana, z charakterystyczną burzą loków na głowie, promiennym uśmiechem na twarzy i iskierkami w oczach. Charyzmatyczną, pociągającą, ale i niedostępną, obsesyjnie chroniącą swoją prywatność, humorzastą i nieprzewidywalną. Dla pięciorga jej dzieci natomiast zawsze była po prostu mamą - żwawo krzątającą się po domu w dżinsach i t-shircie, z niedbale upiętymi niesfornymi lokami, gotową przychylić im nieba. Zachowań scenicznych musiała się nauczyć, ale wzorzec dobrego rodzica wyniosła z domu.

Diana Ross urodziła się 26 marca 1944 roku w Detroit w stanie Michigan, jako córka nauczycielki Ernestine i wojskowego Freda. O ile ojca, z racji jego profesji, widywała niezwykle rzadko, o tyle z matką spędzała mnóstwo czasu. To właśnie pani Ross zachęcała przyszłą gwiazdę do rozwijania artystycznych pasji - Diana żywo interesowała się nie tylko muzyką, ale i modą. W szkole średniej uczęszczała na dodatkowe zajęcia z krawiectwa, materiałoznawstwa i projektowania odzieży.

Po szkole Diane (bo właśnie tak zwracali się do niej najbliżsi) udzielała się w lokalnych zespołach wokalnych, m.in. w The Primettes, które później przemianowano na The Supremes. Trio odniosło bezprecedensowy sukces, w ciągu zaledwie trzech lat (1964-67) umieszczając aż 10 singli na szczycie amerykańskiej listy przebojów (w tym takie klasyki jak: "Baby Love" czy "Stop! In The Name of Love").


Diana i jej koleżanki, jako pierwsza formacja złożona z czarnoskórych kobiet zaczęła regularnie pojawiać się w telewizji. W oczy rzucała się widzom nie tylko charyzma dziewcząt, ale i... braki w uzębieniu. Na wizyty u stomatologa wokalistki zapisały się dopiero pod przymusem wytwórni, dla której nagrywały.

Diana Ross od początku istnienia The Supremes skupiała na sobie uwagę publiczności i mediów, wobec czego rozpoczęcie przez nią w 1970 roku solowej kariery nie było dla nikogo zaskoczeniem. Szokiem dla fanów był jednak sposób, w jaki gwiazda zainaugurowała działalność pod własnym nazwiskiem. Na okładce płyty "Diana Ross" wokalistka pozowała nie w olśniewającej kreacji wieczorowej i misternie ułożonej fryzurze a... w krótkich spodenkach, zwykłym podkoszulku i przeczesanych od niechcenia włosach. Niecodzienny wizerunek nie przesłonił jednak samej muzyki - "Diana Ross" okazała się bestsellerem. Dziś solowa dyskografia artystki liczy 22 albumy studyjne, z których pochodzą takie szlagiery jak choćby: "Touch Me In The Morning", "Upside Down" czy "I'm Coming Out".


Sława gwiazdy piosenki prędko znudziła Ross i już w 1972 roku ruszyła na podbój kina. Jej aktorski debiut w fabularyzowanej biografii wielkiej śpiewaczki Billie Holliday "The Lady Sings The Blues" zjednał jej nawet najostrzejszych krytyków filmowych w Hollywood i przyniósł nominację do Oscara.

W kolejnych latach Diana odrzuciła kilka ciekawych ról, m.in. w "The Bodyguard", który wiele lat później uczynił gwiazdą srebrnego ekranu Whitney Houston. Wystąpiła z kolei w "Mahogany" oraz "Czarnoksiężniku", w którym partnerował jej Michael Jackson. Ich przyjaźń trwała długie lata, wielokrotnie pracowali ze sobą w studiu. Ross z trwogą obserwowała kolejne modyfikacje wyglądu króla popu. Biograf artystki J. Randy Taraborelli wspominał w jednej ze swych książek, że Diana była zniesmaczona na wieść, że Jackson poddaje się operacjom plastycznym, by... upodobnić się do niej.


Oszałamiające sukcesy w branży muzycznej i filmowej szybko uderzyły do głowy Dianie. Do legendy przeszły jej humory i gwiazdorskie zachcianki. Artystka zabroniła swoim współpracownikom zwracania się do siebie inaczej niż per "Miss Ross", a także odzywania się w jej obecności nieproszonymi, a nawet... patrzenia wprost na nią. Każdy, kto decydował się na zatrudnienie w jej rezydencji czy biurze musiał podpisać na piśmie zaświadczyć, że nigdy - nawet po zakończeniu pracy - nie będzie wypowiadał się na łamach prasy na temat wokalistki. Taka praktyka w ówczesnym czasie była całkowitym novum.

Nowością nie był alkohol w życiu gwiazdy estrady. W branży rozrywkowej normą jest wypicie szklaneczki trunku "dla kurażu" przed wyjściem na scenę, więc nikt nie zwracał większej uwagi na Dianę, która dodawała więcej niż kilka kropli koniaku do kawy, czy wznosiła toast po występie paroma kieliszkami wina, lub też "płukała gardło" brandy w studiu nagraniowym. Problemy alkoholowe artystki wyszły na jaw dopiero w 2002 roku, gdy została zatrzymana przez policję za jazdę do pijanemu. Jej trwający 47 godzin pobyt w areszcie, relacjonowały media na całym świecie.

Diana Ross, mimo obchodzonych w środę 70. urodzin nadal zachwyca urodą i witalnością. Co prawda w studiu nagraniowym nie gościła od 2006 roku, ale na międzynarodowych scenach pojawia się regularnie. Słuchacze nadal spragnieni są jej widoku i głosu. Sama artystka nie kryje radości, jaką sprawia jej występowanie.

"Nie towarzyszy mi już żadna presja" - zapewnia. "Robię to, co kocham i otaczam się ludźmi, których kocham" - mówi, mając na myśli przede wszystkim pięcioro swych dzieci; córki: Rhondę, Tracee i Chudney oraz synów: Rossa i Evana.

Diana Ross spełniła wszystkie swoje marzenia, zostając uwielbianą przez miliony gwiazdą i matką, której dzieci okazują bezwarunkową miłość nie tylko od święta.

PAP/INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Diana Ross | urodziny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje