Jeden genialny muzyk na scenie to już zwiastun sukcesu. Ale co, jeśli ten genialny muzyk gromadzi wokół siebie innych, naprawdę wybitnych twórców, którzy nie boją się wskoczyć za swoim Maestro w ogień? Taka relacja łączy Hansa Zimmera i jego koncertowy zespół, z którym właśnie koncertuje w Europie. Zaledwie kilka dni temu zagrał w Łodzi, a kolejnym polskim przystankiem na jego trasie był Kraków.
Pierwszym filmem, do którego ten niemiecki kompozytor stworzył muzykę, była produkcja Jerzego Skolimowskiego "Fucha" z 1982 roku. I czterdzieści lat później ten sam Zimmer, bogatszy o dziesiątki nagród i nut spisanych złotym tuszem, staje na scenie jako jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów muzyki filmowej. Jego koncerty zawsze się wyprzedają - nie inaczej było w wypełnionej do ostatniego miejsca Tauron Arenie Kraków.
Hans Zimmer w Krakowie, 21.04.2022
W 1995 roku Zimmer odebrał Oscara za muzykę do "Króla lwa". W międzyczasie był nominowany do nagrody jeszcze 10 razy - m.in. za "Incepcję", "Króla Egiptu", "Dunkierkę" czy "Interstellar, otwiera się w nowym oknie". W tym roku doceniono go za "Diunę", a swą "nagrodę" odebrał nie na uroczystej gali w Los Angeles, a gdzieś na hotelowym korytarzu w Amsterdamie. Symboliczną statuetkę wręczyły mu córki, ku uciesze zespołu, z którym był wówczas w trasie.
Wspominam o tym nie przez przypadek - koncert w Krakowie zaczął się od "House Atreides" stworzonego do Oscarowej "Diuny", a sama historia filmu często przewijała się w wypowiedziach kompozytora. Zimmer, gdy w końcu został doceniony przez Akademię, nie pojawił się na gali, bo był w trakcie trasy koncertowej. Jego fani od setek dni odliczali, by w końcu spotkać się z nim na żywo. Pandemia i dystans społeczny odroczyły te plany, a koncepcja nowej trasy miała bardzo podekscytować kompozytora. Dlatego też nie zdecydował się, by sprawić im zawód - nagrody to wciąż tylko nagrody, a patrząc na niezwykle płodny umysł Zimmera, pewnie wkrótce pojawią się kolejne.
Wieczór spędzony z Zimmerem to nie tylko dwa półtoragodzinne segmenty muzyki. To także wieczór integracji z legendarnym kompozytorem i anegdot związanych z filmami, do których tworzył dźwięki. I choć to on miał być w centrum uwagi, to już od samego początku widać, że jest jedynie przewodnikiem między swoimi koncepcjami a publicznością. A jego orkiestra, złożona z ponad 20 muzyków dosłownie wpatruje się w niego jak w obrazek.
Siła kobiet
Hans Zimmer wykorzystał wieczór na to, by pochwalić niemal każdego członka swojej ekipy - opowiedział historię m.in. Lebo M., który zasłynął udziałem w tworzeniu ścieżki dźwiękowej do "Króla lwa". To jego głos słyszymy w otwierającej film scenie z palącym, żółtym słońcem. Nie zabrakło także pochwał w stronę Tiny Guo, niezwykle utalentowanej multiinstrumentalistki, która naukę gry na pianinie zaczęła w wieku zaledwie 3 lat. Zimmer upatrzył sobie w publiczności jedną dziewczynkę, do której kierował apel, by gdy wyrośnie była "wspaniałą, silną kobietą". Wtedy jego sekcja smyczkowa, złożona głównie z kobiet, odegrała motyw przewodni do "Wonder Woman 1984".
Tego wieczoru nie zabrakło także politycznych odniesień. Widzów przywitał telebim w kolorze ukraińskiej flagi, a podczas wspomnianego motywu z "Wonder Woman" mogliśmy oglądać zdjęcia ukraińskich żołnierek. Ponadto muzyk założył na siebie niebieską marynarkę i żółte spodnie, w geście solidarności z Ukrainą. W drugim segmencie koncertu natomiast ubrany w białą koszulę i czerwone spodnie stał się "chodzącą flagą" Polski.
Początkowo w koncercie miała brać udział sekcja dęta z ukraińskiej Odessy, lecz wybuch wojny w Ukrainie spowodował, że na scenie znalazło się zaledwie kilku muzyków z tej orkiestry. Publiczność wiwatowała wywołanym przez Zimmera muzykom, a brakujący skład (sekcja dęta) dopełnili artyści - tym razem z Polski.
Granice możliwości
Loire Cotler, którą Hans Zimmer nazwał "muzą 'Diuny'" wykonała mocno wyczekiwane "Now We Are Free" z "Gladiatora". Trudno było zobaczyć kogoś, kogo nie roznosi radość podczas "Jack Sparrow/Davy Jones/At Wit's End/He's a Pirate" - szczególnie ostatni fragment, który stał się wizytówką twórczości Zimmera. Po utworach z "Piratów z Karaibów" nadszedł czas na mariaż elektroniki z klasyką i utwory z "X-Men", a także "Mrocznego Rycerza".
Kompozytor kilkukrotnie wspominał, że tworzenie, ale też nabywanie umiejętności gry to proces - długotrwały, który jego muzyków kosztował poświęcanie wielu godzin dziennie przez lata. Opowiedział też o tym, jak bardzo lubi sprawdzać, "gdzie jest granica ludzkich możliwości". W ten sposób przeszedł do "Interstellar", a na scenie pojawiła się skrzypaczka Rusanda Panfili i wokalistka Leah Zeger z utworem "Dust". Wtórując sobie wyciągały coraz wyższe tony - jedna ze strun skrzypiec, a druga swojego gardła. Praca świateł, a także akrobatka, która pojawiła się na scenie spowodowały, że dosłownie na chwilę czas się zatrzymał.
Finał koncertu to nieśmiertelne fragmenty z "Króla lwa". Na scenie pojawił się sam Lebo M. w towarzystwie swojej córki Refi, a afrykański klimat rozgrzał nawet najchłodniejsze serca. Bo właśnie o to chodziło w projekcie "Hans Zimmer Live" - na scenie są wszyscy ci, którzy po prostu kochają muzykę. Uwielbiają się nią dzielić, a przy okazji też świetnie się bawią. Z całego wieczoru chyba najbardziej zapadnie mi w pamięć właśnie jego końcówka, bo zdałem sobie sprawę, że od premiery tej ścieżki dźwiękowej minęło już ponad 25 lat, a pierwsze dźwięki wystarczyły, bym poczuł się znów jak dziecko. "King of Pride Rock" było jednym z najbardziej dramatycznych/pompatycznych, a zarazem najpiękniejszych momentów tego wieczoru.
My name is Zimmer, Hans Zimmer
Na bis usłyszeliśmy jeszcze wiązankę dźwięków z opowieści o Jamesie Bondzie "No Time To Die". Elektryczna, mocno rockowa wersja utworów przemieszana z latynoskim "Cuba Chase" była idealnym zwieńczeniem do momentu, gdy Zimmer usiadł przy fortepianie i zaczął grać "Time" - utwór z "Incepcji", który nie mógłby nie pojawić się w setliście. Słyszałem wokół siebie westchnienia ulgi, gdy usłyszeliśmy jego pierwsze dźwięki. A przy okazji myślałem, że nie ma możliwości skończyć koncertu z większym uderzeniem. Muzyka z Bonda rozbudziła wyobraźnię na więcej, ale nostalgiczne "Time" skutecznie zasugerowało słuchaczom, że tutaj nie da rady zrobić już niczego lepiej.
Koncert Hansa Zimmera w Krakowie był jedynym w swoim rodzaju widowiskiem. Dla fanów kina jest to nie tylko nostalgiczna podróż w świat ukochanych produkcji, ale też żywa interakcja z twórcami, którzy wkładają całe swoje serce i zaangażowanie w trzygodzinne show. Dla fanów muzyki - wirtuozerska uczta, w której swoje talenty prezentują oddani swojej pasji wyśmienici specjaliści. Czekając na kolejne nagrody Zimmera czekam też na kolejny koncert w Polsce.











