Reklama

Reklama

Wu-Tang Clan a sprawa polska

Przy okazji nowej płyty zespołu Wu-Tang Clan można dyskutować o tym czy legenda zespołu wciąż jest żywa, czy to już raczej odcinanie kuponów od dokonań, które w latach 90. zmieniły historię hip hopu. Ale nie w Polsce - tu dziewiątka ze Staten Island jak była tak jest nadal punktem odniesienia.

Zaproponowany przez Wu-Tang Clan przepis na sukces do dziś wydaje się nieprawdopodobny: Weź dziewięciu czarnoskórych facetów, którzy mają hopla na punkcie narkotyków, komiksów i azjatyckich filmów kung-fu. Wymieszaj naukę islamu, kulturę dalekiego wschodu z etosem samurajskim włącznie, realia Nowego Jorku obserwowane z perspektywy wyspy mieszczącej największe wysypisko śmieci na świecie (zamkniętym w 2001 roku). Podaj wraz z brudną, dysonansową muzyką, przypraw wyszarpywanymi prosto z kaset VHS cytatami, podlej pasją, skrop specyficznym poczuciem humoru, ale też werbalną agresją. Brzmi jak coś czym wytwórnia fonograficzna się udławi i co rozstroi słuchaczowi żołądek, prawda?

Reklama

Czas dominacji - "Enter The Wu-Tang" i "Wu-Tang Forever"

A jednak kiedy po przetarciu szlaku niezależnie kolportowanym singlem "Protect Ya Neck" ukazało się w końcu debiutanckie "Enter the Wu-Tang (36 Chambers)", to dość szybko stało się pozycją obowiązkową. Inicjatywa, która wyewoluowała z założonego jeszcze pod koniec lat 80. trio All in Together Now (w składzie byli artyści znani później jako RZA, GZA i Ol' Dirty Bastard), finansowana z uiszczanych przez wszystkich członków zespołu składek, zdołała zdominować scenę w genialnym dla hip hopu 1993 roku. Przypomnijmy - w tym czasie swoje debiutanckie płyty wydawali Beatnuts, Snoop Dogg, The Roots, Fat Joe i Onyx, a więc konkurencja była nieprawdopodobna.

- To jeden z największych klasyków w historii rapu. Sukces zawdzięcza splotowi kilku okoliczności i marketingowemu sprytowi RZ-y, ale to wałkowano już tysiące razy. 9-osobowy kolektyw pełen charakterystycznych, utalentowanych emcees sam w sobie był ewenementem. Gdy dodać do tego całą mistyczną otoczkę i oczywiście warstwę produkcyjną, którą inspirowały się całe zastępy naśladowców stylu RZ-y, to otrzymamy produkt wyjątkowy na czas, w którym został wypuszczony w świat - wyrokuje Krzysztof "Grabiszczy" Grabowski, ostatni redaktor naczelny magazynu "Ślizg" i jeden z administratorów slizg.eu, najbardziej opiniotwórczego spośród rapowych for dyskusyjnych. Istotny okazuje się fakt, że Wu nie był karnie wykonującym polecenia oddziałem pod dowództwem generała Roberta "RZA" Diggsa, a fuzją osobowości. Style się zazębiały, widać było nawet pewien podział na role - GZA i RZA to było zaplecze intelektualne, Rae i Ghost stanowili bojówkę uliczną, zaś Method Man i ODB pełnili rolę szalonych, piekielnie charyzmatycznych szołmenów. Nie znaczyło to jednak, że z powodzeniem nie mogą funkcjonować osobno.

"Wykazując się świetnym wyczuciem rynku (zwłaszcza jak na tak "nową" grupę) Clan podpisuję umowę w myśl której każdy z członków grupy może na wolnym rynku podpisać kontrakty na produkcje solowe. W latach 1994-97 płyty Method Mana, Ol Dirty Bastarda, Raekwona, Geniusa i Ghostface Killah zdobywają złoto lub platynę - co dowodzi, że bogowie z pewnością nie są szaleni" piszą twórcy słynnej "Ego Trip - książki o rapie" (Kagra, 2004) zaliczając to posunięcie do "10 przełomowych momentów w historii relacji raperów z wytwórniami".

Wu-Tang Clan nie jest już tylko grupą, a prawdziwym imperium pod które podpięci zostają podopieczni członków, które produkuje ubrania, a z czasem też firmuje gry, filmy i seriale. Artyści mają dużo więcej pieniędzy i dużo mniej czasu dla siebie. Wydany w 1997 r. "Wu-Tang Forever", drugi, podwójny album superformacji trzyma poziom, acz twórcom dostaje mu się za to, że pozwolili się komercyjnie oswoić, ugłaskać brzmienie, uprościć przekaz, sięgnęli po ładne, śpiewane refreny. Dalsza dyskografia budzi już ogromne kontrowersje.

Zdania podzielone - od "The W" do "A Better Tomorrow"

- Każdy kolejny album kolektywu spotykał się z chłodniejszym przyjęciem - stwierdza Grabowski, wyjaśniając, że Wu-Tang zdołał odstraszyć najwierniejszych fanów, a spośród jego członków poziom zdołał utrzymać jedynie Ghosftace Killah.

"Kolejne dwa albumy zespołu, wydane rok po roku (2000) i (2001), nie zyskały nawet połowy popularności pierwszych wydawnictw Klanu. Odrobinę to zdziwiło krytyków, ponieważ właśnie te dwa tytuły mocno odświeżyły brzmienie grupy, ukazały, że jest ona wciąż w stanie nagrywać hip hop na doskonałym poziomie z zachowaniem szacunku wobec własnych korzeni, a z drugiej strony odnosząc się do wszystkich zmian, jakie przez te lata zaszły na scenie rapowej" - pisze w leksykonie "Beaty, rymy, życie" Andrzej Cała, który jak widać ma na ten temat nieco inne zdanie.

Z wynikami sprzedaży oczywiście polemizować nie sposób, niemniej dwie najnowsze płyty wykazały olbrzymią zdolność do polaryzowania odbiorców. Podczas gdy łaskawy zazwyczaj (zwłaszcza dla weteranów) hiphopdx.com postawił płycie "8 Diagrams" (2007) chłodne 3/5, zarzucając produkcji nudę, zaś zwrotkom "mało ognia", to bezlitosny, często, skupiony na "tu i teraz" Pitchfork zaskoczył bardzo mocnym 8/10 komplementując siłę poszczególnych wersów oraz psychodeliczno-melancholijną muzykę.

Podobny rozdźwięk wywołał tegoroczny "A Better Tomorrow". Znów w roli prokuratora najchętniej stawały portale branżowe, tym razem Rap Reviews pomstujący na nieudane eksperymenty w podkładach, a przede wszystkim brak zbilansowania zwrotek uwidoczniony przez znikomy udział GZA, Ghosta czy skonfliktowanego z RZ-Ą Raekwona. Broniło za to NME widząc w krążku ostoję dobrego rapu... Te reakcje wskazują jasno, że trudno polubić współczesne Wu tym pamiętającym mit założycielski, czas gdy członkowie mieszkali razem, a ich maskotką był Ol' Dirty Bastard, zmarły przedwcześnie, miejski szaman. Grupa wciąż fascynuje natomiast osoby młodsze bądź krócej tę karierę obserwujące, nie rozliczające artystów z nikłej chemii między nimi, a raczej z efektów ich pracy; słuchaczy zdolnych ujrzeć wizję w dyktatorskich zapędach RZ-y.

Wu-Tang nad Wisłą

O ile na świecie Wu-Tang Clan się po prostu pamięta - czego dowodem jest sukces frekwencyjny trasy koncertowej na 20-lecie grupy, ale też Drake składający grupie specyficzny hołd poprzez numer nazwany "Wu-Tang Forever" czy reprezentant nowojorskiej młodzieży A$AP Nast zapraszający Method Mana do wspólnego nagrania - tak w Polsce fascynacja kolektywem nadal nie osłabła. Jego członkowie praktycznie od początku darzeni byli tutaj szczególnym mirem i wywarli silny wpływ na rozwój sceny. Bez surowego, ciężkiego brzmienia prosto ze Staten Island nie byłoby opatentowanego przez Kaliber 44, śląskiego psychorapu, ale przecież i warszawski Zip Skład nie mógł się opędzić od porównań do nowojorskiej dziewiątki.

"Daję rymy jak moi bracia z Wu-Tang Clan - Ol' Dirty Bastard i Method Man" - rapował Huzdemak na legendarnej składance z 1997 roku pt. "Smak B.E.A.T. Records". Branżowy magazyn "Klan" publikował zaś serię artykułów, gdzie każdy z rodziny Wu doczekał się odrębnego portretu, w którym jego przekaz analizowano z nabożną czcią, na wzór filozofii.

W 2007, gdy Wu-Tang Clan po raz pierwszy przyjechał do Polski, podekscytowani fanów zrobili w czasie występu taką wrzawę, że trudno było z niej wyłapać zwrotki. Nawet w 2014 r., po siedmiu latach przerwy, moment nadejścia "A Better Tomorrow" wydaje się stosowny. Na wydanej właśnie płycie "Czasoprzestrzeń" Hadesa i Emade znalazło się na przykład wspomnienie "36 komnat" (uzyskanych przez pomnożenie dziewięciu członków przez dwie komory serca i dwa przedsionki u każdego z nich) i aluzja do traktującego o dominującej roli pieniądza hitu "C.R.E.A.M.".

Mało tego, DJ Tuniziano sporządził specjalny mixtape "Jot-Wu-Pe Clan" starannie miksując utwory Wu-Tang z twórczością stołecznej grupy JWP. Na służewieckim murze, kultowym miejsca dla polskiego graffiti, Forin i Ogryz42 umieścili zaś pracę inspirowaną okładką najnowszego krążka Wu. Przy tej okazji powstał też film, który ponoć bardzo spodobał się w Stanach. Autorzy działali świadomie, doskonale wiedzą jaką formację upamiętniają.

- Jestem fanem Wu od "Enter the Wu-Tang", więc nie trzeba było mnie jakoś szczególnie namawiać - przyznaje Ogryz.

- Te utwory grało się na wszystkich warszawskich imprezach hiphopowych. Mam sentyment do Wu za wspomnienia, za soundtrack do wielu epizodów w moim życiu. Jaram się ich sukcesem, to że byli pierwszym zespołem, który wzniósł hip hop i rap na wyższy pułap. Przetarli szlaki innym, przez cały czas sumiennie robiąc to jak im w duszy grało. Dla mnie pierwsza płyta nie różni się klimatem od ostatniej - mówi Forin. Już samo to jest wystarczającym powodem by na temat "A Better Tomorrow" wyrobić sobie własne zdanie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL