Reklama

The Beatles i "Revolver" na nowo. Arcydzieła nie da się poprawić

Nowy "Revolver" brzmi tak samo, a jednak inaczej /materiały prasowe /materiały prasowe

Od dobrych kilku lat The Beatles raczy nas kolejnymi reedycjami albumów. Był "Sierżant Pieprz", były "Biały Album", "Abbey Road", a w ubiegłym roku po wielu perturbacjach także ostatni album "Let It Be". Choć rocznica jest nierówna, bo minęło 56 lat, a każdy wcześniejszy prezentowany był na okrągły jubileusz, to wreszcie doczekaliśmy się nowego miksu kultowego "Revolvera". Po wielu latach album został jedynie lekko udoskonalony. Bo idealnie oszlifowanego diamentu nie da się mocniej oszlifować.

W 2016 roku, gdy wypadała pięćdziesiątka "Revolvera", fani Beatlesów zastanawiali się, czy pierwszy "poważny" album, który na nowo zdefiniował znaczenie zespołu, zostanie na nowo zmiksowany. Tak się jednak nie stało, a serię reedycji otworzył dopiero "Sierżant Pieprz" wydany rok później. Przyczyna była prosta - zdaniem Gilesa Martina, ówczesna technologia nie pozwalała zrobić z płytą tego, co planował. Dopiero niedawny wynalazek firmy WingNut Films należącej do Petera Jacksona (tak, tego od "Władcy Pierścieni") pozwolił, by dosłownie pobawić się ścieżkami.  

Reklama

Pozwala na to technologia demiksingu, dzięki której nałożone na siebie ścieżki w końcu udało się rozdzielić. To wielki krok w remasteringu dawnych dzieł, bo dosłownie można teraz rozkładać je na części pierwsze. Martin uchylił rąbka tajemnicy opowiadając o nowej wersji "Taxmana": "Mogę zabrać gitarę, zdjąć bas, a potem mogę nawet oddzielić werbel i kick drum. I brzmią one jak werbel i kick drum. Nie ma w nich ani odrobiny gitary (mimo, że były zapieczone razem na taśmach głównych). I nie wiem, jak to się robi! To tak jakbym ja dawał im ciasto, a oni mi mąkę, jajka, mleko i trochę cukru". Dodaje jednak, że to wynalazek Jacksona i spółki, a można było go wykorzystać jedynie dlatego, że reżyser jest wielkim fanem zespołu. Z nikim innym na razie nie zamierza się tym sposobem dzielić. 

Nowe życie "Revolvera"

"Revolver" potraktowano tak samo czule jak inne wcześniejsze produkcje. A może nawet czulej? W końcu w kręgu fanów The Beatles ulubioną i najbardziej poszukiwaną wersją albumu była wersja monofoniczna, która znalazła się na wydanym w tym roku boksie. Nad wszystkim pieczę sprawował wspomniany już syn George'a Martina, który wyprodukował niemal wszystkie albumy Czwórki z Liverpoolu. Decyzje producenta aprobowali natomiast Paul McCartney i Ringo Starr

Tradycyjna wersja krążka (wydana na CD oraz płycie winylowej) zawiera klasyczną tracklistę albumu. W innych, bardziej rozbudowanych i droższych wersjach, dołożono dodatkowe sesje nagraniowe, alternatywne ścieżki i tzw. take'y - ujęcia, które nie trafiły na oficjalny album, więc po prostu materiały z prób. 

Phil Spector: ekscentryk, geniusz i bezwzględny morderca

Skupiam się jednak na samym miksie, który jest po prostu wyśmienity. Wsłuchiwałem się w album, który tak dobrze od wielu lat znam i nie mogłem nadziwić się, że pomimo braku zmian słychać tu rewolucję - rewolucję czasu. Minęło niemal 60 lat, a "Revolver" nie stał się zaśniedziałym pomnikiem. Praca ekipy Gilesa Martina raczej pozwoliła na godne odświeżenie idealnego albumu - jednego z najlepszych w historii muzyki popularnej. I to z użyciem najlepszej możliwej technologii, o której producenci jeszcze pięć lat temu mogli pomarzyć. 

Działania Martina przede wszystkim ograniczyły się do starcia kurzu, a także większego wyeksponowania basu i perkusji (żartuję, że pewnie Paul i Ringo tylko na to liczyli). Uwielbiam te smaczki, które widoczne są dla fanów maltretujących muzykę Beatlesów przez lata - m.in. dodatkowe partie gitary czy końcówki wyrazów dośpiewane nieco inaczej niż na oryginalnym miksie. Utwory zyskały nowy blask i więcej przestrzeni.

Trzy nagrania, które znalazły się w czteropłytowym boksie winylowym, a także na rozszerzonym wydaniu CD, poruszyły mnie szczególnie. 

Beatlesi jakich nie znacie

Rewolucję w tej materii fanom Beatlesów zapowiadały nowy mix "Sierżanta Pieprza" w 2017 roku, a także album "Imagine (Ultimate Mix)" wydany w 2018 roku. To tam znalazł się m.in. utwór "How" w wersji "Elements Mix", gdzie zaprezentowano jedynie ścieżkę instrumentalną. I choć nigdy nie spodziewałem się, że stanie się tak z uwielbianą przeze mnie "Eleanor Rigby", to na nowym "Revolverze" znalazło się także miejsce dla nigdy niesłyszanej wersji zawierającej jedynie kwartet smyczkowy. To prawdziwa rewolucja!  

Podobnie jest z nadaniem (poniekąd) nowego, innego sensu utworowi "Yellow Submarine". Znana z animowanej produkcji melodia nie brzmi już tak wesoło, gdy słyszymy na wokalu... Johna Lennona, który śpiewa "W miejscu, w którym się urodziłem/ Nikogo nie obchodzi/ I imię, z którym się urodziłem/ Nikogo nie obchodziło". I nagle okazuje się, że historia o żółtej łodzi nie jest bajkową wyprawą po świecie mórz, ale - być może - smętnym, podświadomym wyznaniem w stronę ojca Lennona, który był marynarzem i zostawił małego synka dla morza. To smutne odczarowanie legendarnego utworu także jest wyjątkowym odkryciem, nieznanym dotąd w światku fanów The Beatles. 

Ostatnie spotkanie z The Rolling Stones. Czy to koniec?

Trzecim utworem, który szczególnie przykuł moją uwagę, jest "And Your Bird Can Sing" - mam wrażenie, że nigdy nie słyszałem go w ten sposób. Niesamowicie prędkie partie gitary, idealne harmonie wokalne, prosta, lecz sprawiająca zawroty głowy melodia i... częste błędy czterech kumpli z Liverpoolu, które zamieniają się w salwy śmiechu. Słuchając można poczuć, że naprawdę obserwuje się geniuszy przy pracy. Którzy kochają to, co robią.  

I po wielu fragmentach tej cienkiej nitki dostajemy naprawdę gruby kłębek. Już czekam na kolejne wydawnictwo z tej serii - plotkuje się, że w przyszłym roku możemy dostać debiutancki krążek The Beatles, "Please Please Me", bo minie dokładnie 60 lat od jego premiery. Pożyjemy, zobaczymy. Z pewnością - jest na co czekać.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy