Reklama

Ostatnie spotkanie z The Rolling Stones, czyli co dalej?

The Rolling Stones zakończyli trasę "Sixty" /David Wolff - Patrick/Redferns /Getty Images

Czy 20 tysięcy fanów zgromadzonych w amfiteatrze Waldbühne w Berlinie było świadkami konkluzji koncertowej kariery The Rolling Stones?

Nagłówki niemieckiej prasy cytowały w dniu koncertu fragment ich piosenki "The Last Time", a wśród wieloletnich miłośników krąży kilka teorii - jedna zakłada, że koncert w Berlinie był pożegnaniem ze sceną, na pewno tą europejską. 

Inni twierdzą, że tylko Londyn może być miastem, który gościć będzie ostatni w historii występ The Rolling Stones, dlatego w najbliższym czasie wybiorą się na tournee w inną część świata, by ostatecznie zakończyć tę ponad 60-letnią historię w stolicy Wielkiej Brytanii. Ale czy oni w ogóle chcą kończyć? 

Reklama

The Rolling Stones zagrali w Berlinie. To ich ostatni koncert?

Po widowisku w Berlinie sam mam wobec tego mieszane uczucia. To był fenomenalny występ. Ogromny katalog piosenek pozwolił na zaspokojenie gustów niedzielnych fanów (przeboje jak "Jumpin' Jack Flash"), ale też tych, którzy traktują spotkanie z Włóczykijami niczym coś mistycznego - to tam dzieją się muzyczne cuda, gdy 79-letni Mick Jagger łamie wszelkie stereotypy na temat starości i wieku emerytalnego. To tam mogą porozmawiać z innymi fanami, którzy z wielkim poświęceniem przyjeżdżają na koncerty dosłownie jeden po drugim.

Wiem, że w Waldbühne mimo wszystko nie było przypadkowych widzów. Bilety na ten koncert wyprzedały się dosłownie w ciągu kilkunastu minut. Był to najmniejszy koncert grupy w Europie od wielu lat ("jedynie" 20 tysięcy widzów), a wśród obiektów muzycznych amfiteatr wybudowany w latach 1934-36 cieszy się naprawdę świetną renomą - dźwięk nie odbija się od ścian, więc gwarantowany jest świetny odsłuch. Przed wejściem do obiektu mijałem kilkanaście osób, które szukały jakiejkolwiek nadziei na bilet. Wiem, że nie każdemu się udało.

Mick Jagger zawstydza

Mam przypuszczenia, że Mick Jagger jest robotem. To niemożliwe, żeby 79-letni człowiek przy 34 stopniach Celsjusza w cieniu wyprawiał przez dwie godziny to, co pokazał w Berlinie. Ale w sumie - przecież sam to widziałem, na własne oczy. To prawda. Jagger na scenie w przeszłości miał dużą konkurencję, m.in. w postaci Freddiego Mercury'ego, Davida Bowiego czy Michaela Jacksona. Wtedy trudno było go jednogłośnie nazwać frontmanem wszech czasów. 

Lata jednak lecą, a on nadal tu jest i nadal dostarcza - radości, doznań, a w momentach, gdy stara przekraczać się własne granice, mówi wszystkim: "To nie było moje ostatnie słowo!". Widać to na scenie, gdy doznaje hiperwentylacji, bo ledwo kończy śpiewać, a zaraz zaczyna grać na harmonijce. Nigdy nie zawodzi. 

Stąd we mnie te mieszane uczucia, bo zdaję sobie sprawę z tego, że na wszystko przychodzi kres. Drastycznie odczuli to członkowie zespołu w zeszłym roku, gdy zmarł Charlie Watts. Zdecydowali jednak, że będą dalej "pchać ten wózek". Jedni powiedzą, że dla pieniędzy. Ja jednak stoję po tej stronie, że duże zainteresowanie ich koncertami, ciepło, które otrzymują od fanów, mają tutaj wielkie znaczenie i nie można go wkalkulować w czysto biznesowe ramy. Dlatego to naprawdę niezwykłe, a zarazem dziwne doznanie obcować z legendami rock'n'rolla i rhythm & bluesa w ich wieku, bo patrząc na to świetne widowisko gdzieś z tyłu głowy dobija się myśl "czy to jest już naprawdę koniec?". 

Ile osób tyle opinii. Niektórzy nie rozumieją przecież fenomenu tego zespołu od samego początku istnienia, inni nie są w stanie słuchać nikogo innego. W Waldbühne zjawiło się najwięcej osób w wieku senioralnym, którzy znają Stonesów jeszcze z lat młodości. Tym bardziej podziwiałem, jak dzielnie radzili sobie z upałem, przy którym mnie samemu było słabo. Oni jednak żyją zasadą, że "to po prostu rock'n'roll". I nic nie jest im straszne.

Supportem wieczoru była grupa Ghost Hounds, a zdania zgromadzonych obok mnie osób w tym wypadku były jednogłośne, był to najlepszy wybór "rozgrzewających" na tej trasie. W setliście, jak już wspomniałem, znalazły się numery dla każdego - przekrój od "Street Fighting Man", "Tumbling Dice" czy "Start Me Up". Dla tych die-hard fanów były trzy niespodzianki - "Rocks Off", "All Down The Line" oraz "Fool To Cry" wyśpiewane tak, jak w oryginale, falsetem (!). 

Wszyscy trzej Stonesi byli w wyśmienitych nastrojach. Z powodu żaru lejącego się z nieba w pewnej chwili Jagger sięgnął po wiadra, którymi oblał publiczność. Dziękował też za wielką lojalność niemieckich fanów, którzy przez ostatnie 60 lat przychodzili oglądać The Rolling Stones w sumie na 119 koncertach. 

"Świetnie, że się spotkaliśmy, bo nie wiadomo było, czy to się uda" - zażartował Keith Richards, robiąc aluzje do odwołanego z powodu zakażenia Jaggera koronawirusem w lipcu. Publiczności zaprezentował dwie piosenki - "Happy" i "You Got The Silver".

Było wyjątkowo, bo gdyby nie odwołanie koncertu w Bernie, nigdy nie pojawiłaby się berlińska data, którą dodano w zamian. Pierwotnie trasa miała skończyć się w Sztokholmie 3 dni wcześniej. Znaczy się - nie ma tego złego. I nawet że doskwierał upał, Stonesi nie zdecydowali się skrócić koncertu, co zrobili kilka dni wcześniej w Lyonie. 

Pewnie się powtarzam, ale muszę przyznać jeszcze raz. Ten zespół jest u szczytu. Dosięgnęli takiego pułapu, że nikt nie jest w stanie ich zdetronizować - może to zrobić jedynie wygaśnięcie grupy, które jest naturalne gdy mówimy o królewskich dynastiach. "Potomków" The Rolling Stones na razie na horyzoncie za bardzo nie widać, ale sądzę, że nie prędko ich zobaczymy. Tak w ogóle, to czy ktoś potrzebuje "nowych Stonesów"? Wątpię. Istnienie, fanbase, historia, muzyka i artystyczna spuścizna nie pozwala, by ktoś "wskoczył w ich buty". Są jedyni tacy. Nam, zamiast zastanawiać się jak długo to potrwa, pozostaje się cieszyć, że w ogóle jeszcze jest. Kiedy ich zabraknie, to choć nie wydali nowego albumu od 2005 roku, to muzyczny świat mocno zubożeje. Cieszmy się więc tym, co jest.

W Berlinie mogliśmy namacalnie poczuć, że to nie jest tribute band złożony z członków zespołu z dawnej jego świetności. Im dalej zależy, gitara Keitha jest głośna jak kiedyś, są na topie. Oni nie mają na celu wskrzeszać nagle swojej wielkości z lat 70., kochają muzykę i pokazują to fanom. A koncert w Berlinie według mnie nie był pożegnaniem. W ostatnich latach ich trasy koncertowe były dwuletnie, więc zespół powróci, mam taką nadzieję, w przyszłym roku, ale wtedy powie nam już na pewno "żegnajcie", po którym świat stanie się o wiele smutniejszym miejscem.

Mateusz Kamiński, Berlin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL