Reklama

Reklama

T.LOVE - 40. urodziny zespołu: back to the 90s [RELACJA]

W 2022 roku T.Love świętuje 40-lecie zespołu, 30-lecie "Kinga" i wydanie nowej płyty. Tak że wisienek na torcie jest kilka, dużo powodów do radości i w ogóle. Co sądzę o "Hau! Hau!" już kiedyś pisałam i nie będę się pastwić, ale stare piosenki lubię, zespół ogólnie też lubię, do tego dodać dziennikarską ciekawość i już Oliwka stoi w krakowskim Studiu, czekając aż Muniek i reszta wyjdą na scenę. No i veni, vidi… i więcej pewnie się nie skuszę. A na pewno nie, jeśli mam w planie słuchać, a nie się bawić.

W 2022 roku T.Love świętuje 40-lecie zespołu, 30-lecie "Kinga" i wydanie nowej płyty. Tak że wisienek na torcie jest kilka, dużo powodów do radości i w ogóle. Co sądzę o "Hau! Hau!" już kiedyś pisałam i nie będę się pastwić, ale stare piosenki lubię, zespół ogólnie też lubię, do tego dodać dziennikarską ciekawość i już Oliwka stoi w krakowskim Studiu, czekając aż Muniek i reszta wyjdą na scenę. No i veni, vidi… i więcej pewnie się nie skuszę. A na pewno nie, jeśli mam w planie słuchać, a nie się bawić.
Zespół T.Love świętuje 40-lecie istnienia /Robert Wilk /INTERIA.PL

Żeby nie było, że tak kategorycznie mówię, że nie warto i koniec. Może warto, tylko jeśli idzie się tam z nastawieniem na pobawienie się, pobujanie i pośpiewanie piosenek, które każdy zna i lubi.

Koncert zaczął się "Deszczem", co w sumie było dobrym wyborem, bo śpiewanie ze sceny "Wyłącz TVP" na bank przychylnie nastawiło większość publiczności. Dalsza setlista była fajnie przeplatana, ułożona w taki sposób, że na pewno nikt nie był zawiedzony. Bo były i nowości z "Hau! Hau!", czyli wspomniany "Deszcz", utwór tytułowy ("Minister mówi, że laski to ch*je / A ja w zarazie cię kokietuję", ech...) czy "Pochodnia".

Reklama

Była też "Ponura żniwiarka" z gościem specjalnym w osobie Wojciecha Waglewskiego. Tylko że... z jakiegoś powodu ograniczył się do zagrania na gitarze, nawet nie podchodząc do mikrofonu. To było dość dziwne, ale solóweczka ładna.

Dla tych lubiących starszą twórczość zespołu były utwory z "Kinga", były "Autobusy i tramwaje", "Gnijący świat", "I love you", "Chłopaki nie płaczą", "To wychowanie", "Potrzebuję wczoraj", "IV Liceum Ogólnokształcące" i inne evergreeny. Całkiem zgrabnie wyszło "Lucy Phere" z płyty "Old is Gold", która, z tego co pamiętam, z wyjątkiem tej piosenki, przeleciała niezauważona.

Podczas wywiadu Muniek powiedział mi, że "nigdy nie czuł się specjalnym wokalistą" i trudno się z tym nie zgodzić. Publiczność (dość liczna, przyznaję) też, wydaje mi się, bardziej przyszła na koncert z sentymentu, żeby pobujać się z żoną lub mężem do "I love you", którego słuchali 30 lat temu, kiedy zaczynali się spotykać. Było to widać po reakcjach, bo po "Bogu" na liście były praktycznie już same klasyki i to właśnie wtedy tłum śpiewał najgłośniej. Zespół też złapał jakby nową energię.

Daleko mi do mówienia "kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma", ale tutaj na to stwierdzenie chyba mogę tylko przytaknąć. Do tego powtarzane ze sceny "Dziękówa", "Czadu Kraków, jea!" robiły w głowie powrót do czasów wymieniania się karteczkami i przesyłania dzwonków polifonicznych przez podczerwień.

I kiedy stałam pod sceną i myślałam o tym, że nie jest to tak bardzo złe, bo w końcu to był koncert T.Love a nie Kings of Leon, ale nie jest to też koncert, który kiedykolwiek powtórzę, podszedł do mnie kolega i wznosząc toast piwkiem powiedział: "Dają radę, nie?". Więc nie wiem. Może się czepiam.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy