Reklama

Sting w Warszawie: użądleni energią [RELACJA]

Sting podczas koncertu na PGE Narodowym /Ewelina Eris Wójcik /INTERIA.PL

Najbardziej jazzowy wśród rockmanów i brytyjski w Nowym Jorku. Sting znów zagrał w Polsce i nie ma się co dziwić, że był u nas tak wiele razy - za każdym razem lojalni fani przychodzą i świetnie się bawią w rytm legendarnych piosenek. W Warszawie nie było inaczej!

To kolejne z serii tych wydarzeń, na które czekało się naprawdę długo. Niektórym bilety zdążyły doszczętnie się zakurzyć lub totalnie zblaknąć na półce - trzymali je głęboko schowane od dobrych trzech lat. Tym bardziej cieszył fakt, że koncert jeszcze przed rozpoczęciem ogłoszono jako wyprzedany.

Sting miał podwójny support - najpierw wystąpiła Anna Maria Jopek, a po niej w krótkim secie Joe Sumner jego najstarszy syn, który od kilku lat towarzyszy mu przy okazji niemal każdego tournée. Wyśpiewał m.in. "You, You, You", "Hope" i "Jellybean". Niemal każda z piosenek została "skażona" charakterystycznym, stingowym "uuu-ooo". Gordon Sumner nie mógłby wyrzec się swojej pociechy, która odziedziczyła po nim nie tylko głos, ale też muzyczny talent. 

Reklama

Sting w Warszawie 2022: użądleni energią

W końcu zjawił się on - w czarnym t-shircie i żółtej marynarce - stroju, jak na Żądło przystało. "Message in a Bottle" wysyłało kilkadziesiąt tysięcy osób zgromadzonych na PGE Narodowym. Na spotkanie z polskimi fanami przyszedł w towarzystwie swego słynnego basu, Fendera Precision 1954 - obdarty, obity, a zarazem pełny historii jego melodii był niemniejszą gwiazdą tego wieczoru. 

Zawsze podziwiałem muzyków, którzy potrafią grać i śpiewać jednocześnie. Jak jeszcze gitara rytmiczna wydaje mi się być w tym aspekcie prosta, to nigdy nie pojmę jak Sting czy Paul McCartney są w stanie to robić z basem. Mając tyle lat! Ten pierwszy w październiku skończy 71 wiosen, ale daleko mu jeszcze do zmęczonego dziadka. 

Show w Polsce był niezwykle energiczny i dynamiczny. Przejścia między piosenkami spadały jak grom z jasnego nieba, a po jednej zaczynała się kolejna. Może dlatego, gdy trwający niecałe 1,5 godziny koncert się skończył, miałem poczucie niedosytu. W takiej sytuacji chciałoby się jeszcze, jeszcze i jeszcze.

Były dawne przeboje z czasów The Police, solowy Sting z "Ten Summoner's Tales" i jak zawsze rozczulające "If I Ever Lose My Faith In You" oraz "Fields of Gold". W szczególności ta druga jest zawsze tym jasno świecącym brylancikiem. Ba, to przecież ta piosenka, którą kiedyś wspomniany już Paul McCartney wymienił w czołówce tych, których muzykowi zazdrości. Były też m.in. "Rushing Water" i "If It's Love" z wydanego w ubiegłym roku krążka "The Bridge".

Sting nie miał czasu nawet na łyk wody, podobnie jak na interakcję z publicznością i było jej dość mało. Jedyną anegdotą, jaką opowiedział tego wieczoru, było wspomnienie o Stevie'em Wonderze, z którym nagrał piosenkę "Brand New Day", po chwili odgrywając ją z solo niemal identycznym, jak to z albumu. 

Mam wrażenie, że przy piosenkach The Police Sting młodnieje o 30 lat. Za każdym razem, gdy gra "So Lonely" (tym razem ze wstawką z "No Woman, No Cry") czy "Walking On The Moon" w jego oku pojawia się ten błysk kilkudziesięciolatka, którego pokochał świat. Drugi wspomniany utwór zabrzmiał dosłownie kosmicznie z niezawodnym "eeeee-oooo" i grą świateł. 

To wszystko działo się tak niezwykle szybko, że nie dało rady się nudzić. Sądzę, że Sting zszedł na koniec ze sceny jedynie dlatego, że zrobił swoją robotę najlepiej, jak tylko umiał i pojechał grać dalej. Tak to się robi w tej muzycznej ekstraklasie.

Na tortową wisienkę zostawił sobie "Every Breath You Take", które fani wyśpiewali z nim dosłownie od deski do deski. Ta wersja była jeszcze szybsza w stosunku do oryginału. Panie Sting, jak Pan to robi?! Po chwili światła zmieniły kolor na czerwone, a każdy fan The Police wie, co się stanie, gdy są dwa elementy - Sting i czerwone wizualizacje. To oznacza "Roxanne"! Jeszcze jeden klasyk i z ich repertuaru i dotarliśmy do ostatniego utworu, który od lat zamyka jego koncerty, "Fragile".

Sting na początku dopowiedział, że będzie to jego manifest dotyczący wojny w Ukrainie, a na scenę zaprosił Macieja Stuhra, który pomógł przetłumaczyć ten apel. Jego słowa, finałowy utwór i refleksja, która od razu zawisła nad widzami, były trudne, a zarazem prawdziwe. Ten wybuchowy i energiczny spektakl odbywał się w momencie, gdy tak niedaleko giną ludzie. To nagłe "sprowadzenie na ziemię" w wykonaniu Stinga i Stuhra publiczność z pewnością zapamięta na długo.

"Demokracja została zaatakowana w każdym kraju na świecie. Jeśli nie będziemy jej bronić, stracimy ją na zawsze. Demokracja to bałagan, demokracja to frustracja, bywa nieskuteczna, wymaga ciągłej uwagi, naprawy ale wciąż warto o nią walczyć. Bo alternatywa dla demokracji to koszmar, alternatywa dla prawdziwej demokracji to więzienie umysłu. Alternatywa dla demokracji to przemoc, opresje, zniewolenie i milczenie. Ta alternatywa nazywa się tyrania, a każda tyrania oparta jest na kłamstwie. Im większa tyrania tym większe kłamstwo. Tyran kłamie swojemu narodowi, kłamie światy, a przede wszystkim okłamuje samego siebie. Jeśli nie zgadzasz się z tyranem ryzykujesz więzieniem, a nawet śmiercią. A jednak to właśnie musimy zrobić, musimy podjąć to ryzyko i bronić naszego prawa, by mówić prawdę. Nasz umysł musi pozostać wolny, musimy bronić wolności, by być sobą - w naszych umysłach i ciałach. Wojna w Ukrainie to absurd zbudowany na kłamstwie. Jeśli przełkniemy to kłamstwo, ono nas zje. Ale kłamstwo panicznie boi się prawdy. Prawda musi zostać usłyszana. I nie możemy przegrać tej batalii" - powiedział Sting, którego lektorem był Stuhr.

Mateusz Kamiński, Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL