Reklama

Ogień i tęczowa flaga. Relacja z koncertu Rammsteina na Stadionie Śląskim w Chorzowie [ZDJĘCIA]

Stadion Śląski o dziwo nie spłonął, chociaż ognia na scenie i przy niej było naprawdę sporo. Niemiecka grupa zafundowała jazdę bez trzymanki, którą naprawdę trudno przebić. Tradycyjnie nie zabrakło kontrowersji, wygłupów, momentów ostrych, tych klimatycznych, a nawet wsparcia dla środowisk LGBTQ.

Till Lindemann na Stadionie Śląskim wraz ze swoim zespołem rozgrzał polską publikę do czerwoności

Gdy przy Stadionie Śląskim w Chorzowie zbierają się tysiące ludzi ubranych w skrajnej większości w ciemną odzież, wiedz, że coś się dzieje. A odbył się koncert niemieckiej grupy Rammstein - kto wie, czy nie najciekawszy muzyczny show, jaki dany będzie wielu zobaczyć w całym życiu.

Granie na czekanie

Reklama

Zanim grupa dowodzona przez Tilla Lindemanna opanowała Kocioł Czarownic, a słońce wciąż oświetlało płytę oraz trybuny, między głośne rozmowy zebranych w obiekcie zaczął przedzierać się dźwięk fortepianów. To panie z Duo Jatekok opanowały małą scenę umiejscowioną niemal pośrodku płyty i zaczęły odgrywać materiał Rammstein na żywo. Początkowo pomysł ten mógł wydawać się nieco chybiony. Instrumenty ustawione były na tyle cicho, by nie przeszkadzać w prowadzeniu rozmów, a jeszcze wczesna pora sprawiała, że występ ten tracił na klimacie, ewidentnie nakierowanym na mniejsze ilości światła. Do tego scena, na której występowały instrumentalistki, była na tyle mała, że nie zwracało się na nią specjalnie uwagi. Stąd trafna jest uwaga o funkcjonowaniu Duo Jatekok jako takiej muzyki tła, zamiast odtwarzania przez realizatorów znanych wszystkim piosenek.

Jednak wszystko zmieniło się w momencie, kiedy w grę weszły największe przeboje Rammsteina: "Du Hast" (posłuchaj!) w aranżacji na fortepian znacząco rozgrzało publiczność, a "Ohne Dich" (sprawdź!) tylko potwierdziło, że ten support nie jest tu przypadkiem. Artystki nie ograniczyły się wyłącznie do grania: pod koniec ich krótkiego, zaledwie 40-minutowego występu, pojawił się nieśmiały śpiew, po czym duet zszedł ze sceny, żegnany głośnymi brawami. Nie zapomnijmy o nich, bo będą miały jeszcze swoje pięć minut podczas koncertu głównej gwiazdy!

Porozmawiaj o koncercie z fanami Rammstein. Wejdź na czat!

Są fale, są fale

Jeżeli Dawid Podsiadło dalej twierdzi, że nie ma fal, to szkoda, że nie widział tego, co działo się przed wejściem grupy Rammstein na scenę. Fal ze strony publiczności na trybunach było co najmniej kilkanaście - swoją drogą, to nie pierwszy raz tego wieczoru, gdy rodzima publiczność okazuje się niezwykle zgrana. Jasne, można psioczyć, że prośba zespołu o schowanie telefonów komórkowych przed rozpoczęciem występu została niemalże zignorowana, ale nie zmienia to faktu, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić: na czas ballad cały Stadion Śląski oświetlany był zapalniczkami, prośba o włączenie w swoich smartfonach latarek spotkała się z entuzjastyczną reakcją, a gdy trzeba było coś dośpiewać, prawdopodobnie krzyk publiki słyszany był w jeszcze kilku miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Ale zanim do tego przejdziemy, wróćmy na początek.

Gdy widzisz ogień tak blisko perkusji, że nie wiesz dlaczego ta jeszcze się nie zapaliła, to prawdopodobnie jesteś na koncercie Rammstein. Tutaj efektów pirotechnicznych masz pod dostatkiem. Ba, pierwsze uderzenie w perkusję zaowocowało efektami świetlnymi porównywalnymi do wybuchu bomby - można było się przestraszyć.

Na szczęście później było nieco przyjaźniej: zza dymu na środku sceny wyłaniali się kolejno muzycy. Szczególną uwagę zwrócił, jak zazwyczaj, Christian Lorenz - klawiszowiec grupy - który ubrał się w dziwaczny, ekscentryczny złoty strój. Z całym wariactwem, które podąża za tym muzykiem, niejednokrotnie kradł show Lindemannowi: raz chodził po scenie monty-pythonowskim krokiem, by kiedy indziej chodzić po bieżni ustawionej na jego stanowisku (już się nie dziwię, dlaczego jest taki chudy). A Till, jak to Till: ze swoimi strojami (ach, ten bezrękawnik!) i przesadzoną mimiką sprawiał wrażenie postaci niemal kreskówkowej, jakby był wyjęty z mroków ocenzurowanej fantazji disneyowskich scenarzystów.

Był ogień!

Fantazji zresztą musiało być w tym występie sporo, bo nigdy w życiu nie widziałem tak dobrze wykorzystanej pirotechniki na koncercie. Na ustawionych na płycie wieżach początkowo skromnie palił się sam szczyt - z czasem natomiast zaczęły wylatywać z nich sztuczne ognie czy buchać ogień ocieplający swoim płomieniem cały obiekt. Wysyłanie sztucznych ogni w linii prostej do innych wież, by je zapalić? Ależ proszę bardzo! To też było! Spore wrażenie robiło to, że sami muzycy też chętnie bawili się żywiołem: przy "Mein Herz Brennt" (posłuchaj!) wydawało się, że Lindemannowi płonie pierś, z której następnie wyjmował płonące serce. Innym razem Paul Landers i Richard Kruspe - gitarzyści Rammstein - ustawiali się z dwóch stron sceny, by "wyrzucać" ogniste promienie ze swoich wioseł.

Spore wrażenie robiło też przywiezienie w trakcie "Puppe" (sprawdź!) na scenę wielkiego dziecięcego wózka z odrażającym niemowlęciem, który to wózek został następnie podpalony. Z kolei w "Mein Teil" Lindemann podgrzewał miotaczem ognia wielki kocioł, w którym umieszczony był Lorenz. Poważnie, aż głupio było pójść po napój albo skoczyć do ubikacji, bo człowiek bał się, że coś przegapi. Nawet tak pozornie nieznaczące rzeczy jak ograniczanie światła w "Diamant", skontrastowane z rozświetlaniem stadionu zapalniczkami publiczności, wywoływały niesamowity efekt. Do tego Lindemann doskonale wie, jak zadbać o kontakt z fanami: i nie, nie chodzi tu wyłącznie o to polskie "ręce w górę", które pojawiło się przy jednym z utworów.

Techno, techno, techno

Zaskoczeniem mogła być impreza techno, w jaką przekształciło się wydarzenie, kiedy to w połowie wydarzenia Kruspe wsiadł do windy ułożonej z tyłu sceny, wjechał na górę, a następnie w ramach krótkiego DJ-skiego setu zagrał inspirowany berlińską elektroniką remiks "Deutschland". Towarzyszyło mu czterech tancerzy ubranych na czarno tancerzy, którzy jednak posiadali na swoich strojach podświetlone, uproszczone sylwetki. Po tym muzycy polecieli już samymi przebojami: oryginał "Deutschland" i "Radio", czyli single z najnowszego krążka, które mają spore szanse wbić się do "kanonu" utworów Rammstein. Do tego trylogia "Du Hast", "Sonne" oraz "Ohne Dich", przy których to publiczność absolutnie oszalała.

A kiedy wydawało się, że muzycy kończą i trzeba ich wołać na bis, niespodziewanie pojawili się w miejscu, w którym wcześniej grało Duo Jatekok. Instrumentalistki powróciły do swoich ról, by zaprezentować fortepianową wersję "Engel". Jednak teraz towarzyszył im śpiew wokalisty Rammstein, stojący wokół nich muzycy niemieckiego zespołu oraz wyświetlony na ekranie nad sceną tekst dla odbiorców do wspólnego śpiewania.

Rammstein wspiera środowiska LGBTQ

Zejście z tej małej sceny było bardzo nietypowe. Muzycy jak w trakcie swojego pierwszego koncertu w Polsce napełnili pontony, którymi następnie zostali przetransportowani nad głowami fanów w stronę głównej sceny - tam czekał na nich komitet powitalny z wymownym napisem "Wilkommen". To, co jednak najbardziej zwróciło uwagę to fakt, że w trakcie tej krótkiej podróży muzycy wyjęli flagę Polski oraz tęczową flagę jako wyraz swojego wsparcia dla środowisk LGBTQ. Po ostatnich wydarzeniach w Białymstoku, które odbiły się szerokim echem również za granicą, gest ten był szczególnie wymowny i został przyjęty gromkimi oklaskami, przykrywając zupełnie pomruki niezadowolenia konserwatywnej strony publiczności. Z drugiej strony, Rammstein już dawno deklarował, że "serce ma po lewej stronie" - czy można było się spodziewać po nich czegoś innego?

Nieidealny ideał

Po powrocie na scenie pojawiło się jeszcze kilka piosenek: bardzo dobrze wybrzmiał "Ausländer"; nic a nic nie zestrzał się utwór "Rammstein" pamiętający czasy pierwszego albumu Niemców. Kiedy muzycy zagrali w końcu "Ich will", stanęli na środku sceny, by pożegnać się z fanami, po czym wsiedli do windy, a gdy dojechali do jej szczytu, światła zgasły.

Tak, to był prawdziwy, absolutnie wspaniały show i trywialne słowa entuzjazmu, pojawiające się w tej relacji w żaden sposób nie oddadzą atmosfery, która panowała 24 lipca na Stadionie Śląskim. Niech dobrą miarą będzie fakt, że akustyka Stadionu pozostawia nieco do życzenia, wokal Lindemanna pasowałoby nieco wyprowadzić na przód, bo instrumenty miejscami go zagłuszały, a co do nich, ilość basu mogła przyprawić o palpitację serca. Ale wiecie co? To mogłoby być może trochę dyskwalifikujące, gdyby sam zespół nie dał rady. A ponieważ Rammstein to czołówka w kwestii robienia show, do tego niezwykle się postarali (jak zawsze), to wszyscy obecni na Stadionie Śląskim zapamiętają ten koncert do końca swojego życia. To co? Do zobaczenia za rok na Narodowym?


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Rammstein | Stadion Śląski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama