Reklama

"London Calling" The Clash. "Aż chce się walić głową w mur"

Członkowie The Clash. Od lewej: Paul Simonon, Mick Jones, Joe Strummer i Terry Chimes /East News/AP /East News

Zaczynał w branży ubezpieczeniowej, później został DJ-em, a skończył jako znany producent muzyczny, rzucający krzesłami w swoich podopiecznych. Artyści i tak go kochali, a płyta nagrana w takiej atmosferze stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych albumów na świecie.

Guy Stevens urodził się w Londynie. Gdy miał sześć lat, zmarł jego ojciec. Pięć lat później trafił do szkoły z internatem, skąd został wyrzucony za wszczęcie buntu. Razem z bratem zajął się branżą ubezpieczeniową. Wtedy też zafascynował się muzyką. Zaczął kolekcjonować pierwsze płyty bluesowe i R&B, które musiały być importowane zza oceanu.

W wieku 20 lat zaczął grać "R&B Disc Night" w prowadzonym przez Ronana O'Rahilly'ego klubie Scene, w londyńskiej dzielnicy Soho. Stevens nie był zwykłym DJ-em. Często częstował publiczność mrocznymi dźwiękami Stax, Chess i Motown. Jego imprezy zaczęły przyciągać coraz więcej muzyków. Właśnie tam poznał członków takich zespołów, jak The Who, The Rolling Stones i The Beatles.

Reklama

Szybko wkroczył w świat muzyki i rock'n'rolla. Zaczął tworzyć kompilacje amerykańskich płyt, współpracował z wytwórnią EMI. Później zaczął pisać dla brytyjskiego magazynu "Record Mirror", tworzył pierwsze w kraju profile muzyków, m.in. bluesmanów Muddy'ego Watersa i Howlin' Wolfa. 

Rok od rozpoczęcia pracy w klubie O'Rahilly'ego, został poproszony przez Chrisa Blackwella o poprowadzenie wytwórni Sue. Właśnie Stevens odpowiedzialny był za wydanie płyt m.in. Ike i Tiny Turner, Ineza i Charliego Foxxa. Ten okres życia młodego producenta dokumentują płyty kompilacyjne "The Sue Story", opatrzone jego notatkami. Stał się wpływową postacią w świecie muzycznym. Na tyle wpływową, że zdołał nawet wydostać z więzienia Chucka Berry'ego, by ten mógł zagrać trasę koncertową w Wielkiej Brytanii.

Wkrótce został mianowany szefem łowców talentów w wytwórni Island Records. To właśnie on przedstawił sobie Keitha Reida i Gary'ego Brookera, którzy stworzyli później razem zespół Procol Harum (nazwany zresztą imieniem kota Stevensa). Ominął go największy sukces grupy po wydaniu "A Whiter Shade Of Pale". Stevens przebywał wtedy w więzieniu, gdzie trafił za przestępstwa narkotykowe. W tym czasie jego pokaźna kolekcja nagrań została skradziona, co doprowadziło go do załamania.

Pobyt w areszcie nie był jednak dla młodego producenta straconym czasem. Stworzył wizję idealnej grupy rockowej. Miało to być połączenie wokalu Boba Dylana, klawiszy Procol Harum i rytmiki The Rolling Stones. Tam też przeczytał książkę Willarda Manusa "Mott, The Hoople", której tytuł stał się potem nazwą jednego z zespołów promowanych przez Stevensa.

Po wyjściu z więzienia pracował z grupą Free. Kiedy producent prowadził casting na nowego basistę, zgłosił się do niego Watts Overend, grający wtedy w zespole Silence. Overend nie dostał angażu, ale zauważył, że gdy grał, zarówno muzycy, jak i Stevenson ruszali głowami. Wspomniał o tym swojemu przyjacielowi, Mickowi Ralphsowi. Ten od razu udał się do Londynu, by spotkać się ze Stevensem i pokazać mu demo Silence, które zespół nagrał zaledwie tydzień wcześniej.

"Byłem tak zaskoczony, że poprosiłem go, aby usiadł" - wspominał producent. Zgodził się ich przesłuchać. Umówili się w studiu na piętrze. Gdy Guy pojawił się na miejscu, spotkał muzyków, którzy wciągali po schodach wielkie organy Hammonda. "Jeśli im się uda, nie dbam o to, jak brzmią - i tak ich biorę!" - zdecydował.

Przyjął wszystkich oprócz wokalisty, Stana Tippinsa. Stwierdził, że "nie wygląda dobrze" i lepiej będzie nadawał się na menedżera grupy. Miejsce Tippinsa zajął Ian Hunter. Sam Ian wspominał później, że nie miał ochoty jechać na przesłuchanie, bo oznaczało to "kilkakrotną zmianę autobusu, ale nie chciał spędzać lata na pracy w fabryce". Stevens zmienił nazwę zespołu na Mott the Hoople. Miał swoją idealną grupę rockową.

Po dobrze zapowiadającym się początku, nastąpiło pasmo niepowodzeń. Sprzedaż pierwszej płyty była niewielka, drugi album nagrany na żywo w studiu Stevens wspomina: "Zrujnowałem tę płytę w pojedynkę". Kolejny longplay "Wildlife" Mott wydał samodzielnie, po czym wyruszył w trasę po Europie.

Stevens szybko wrócił jednak na krzesło producenta. Zespół kolejny raz spróbował nagrać piosenki na żywo. Dla stworzenia odpowiedniego klimatu Stevens i Andy Johns (realizator) ubrani byli w zbójnickie stroje (włącznie z maskami Zorro i pistoletami). Sesja trwała cztery dni i zakończyła się próbą podpalenia studia przez producenta płyty.

Niedługo później Mott zniknął z Wysp. Razem z nimi przepadł Stevens. Wrócił prawie 10 lat później, by wyprodukować największe, i zarazem ostatnie, dzieło w swojej karierze.

1979 rok. Na amerykańskich listach przebojów królują The Eagles i Donna Summer, na Wyspach rynek podbijają piosenki Abby i Michaela Jacksona. Muzyczną rebelię prezentowali Ramones i Sex Pistols. W Londynie pierwsze kroki stawiają The Clash, którzy, choć wzorowali się na punkowych ikonach, znacznie wyróżniali się spośród zbuntowanych kapel.

"Sex Pistols bezkompromisowo odseparowali się od wszystkiego, natomiast Clash byli cieplejsi i bardziej wychodzili ludziom naprzeciw. Sex Pistols popierali zniszczenie wszystkich wartości, Clash byli bardziej ludzcy" - wspomina pisarz, Jon Savage.

Gdy The Clash wchodzili do studia, nie byli jeszcze świadomi, że ich nowa płyta stanie się najbardziej rozpoznawalnym albumem na świecie. "Przy muzyce Sex Pistols chce się walić głową w mur, a The Clash dają powód, by to robić" - mówią później krytycy. Zespół nie wiedział też, na co zgadzają się, zapraszając do współpracy Stevensa.

Początkowo album miał nazywać się "The Last Testament". Miała to być zapowiedź, że nadchodzi koniec ery rock'n'rolla. Do tego też nawiązuje okładka płyty. To graficzna parafraza słynnego wydawnictwa Elvisa Presleya, które było pierwszą płytą w historii tego gatunku.

Zdjęcie zdobiące okładkę "London Calling" to jednocześnie najsłynniejsza fotografia The Clash. Pochodzi z koncertu w klubie Palladium w Nowym Jorku, z 21 września 1979 roku. Pod koniec koncertu basista, Paul Simonon, roztrzaskał swoją gitarę na scenie. Wśród publiczności stała fotograf Pennie Smith. Miała już pakować sprzęt, jednak zauważyła, że Paul wygląda, jakby miał "naprawdę, naprawdę dość". Trzymała aparat w gotowości. "Zrobiłam jeden strzał i to było to" - śmieje się autorka zdjęcia. "Koniec rolki filmu".

Za projekt okładki odpowiadał Ray Lowry. Początkowo Smith nie chciała użyć zdjęcia, mówiąc, że jest nieostre. Finalnie jednak grafik przekonał ją, tłumacząc, że nieostrość ilustruje autentyczność i spontaniczność sytuacji. "Ta fotografia doskonale pokazuje kulminacyjny punkt w historii rock'n'rolla - całkowitą utratę kontroli" - pisał później magazyn "Q".

Na płycie zespół odszedł od punkowych korzeni. Odnajdziemy tam soul, jazz, reggae, ballady... "Słychać różne gatunki muzyczne. Ludzie, którzy ją kupowali, nie byli wiernymi fanami punkrocka, to byli wielbiciele muzyki" - podkreślał Pat Gilbert. Warstwa tekstowa również nie była zwyczajnym krzykiem rebelii. Wokalista Joe Strummer śpiewał o wojnie, problemach ludzi, godności. Nie brak jednak typowej dla punkowców bezczelności. "Nie boję się / bo Londyn tonie / a ja / ja mieszkam nad rzeką" - śpiewają w tytułowym utworze.

Na końcowe brzmienie albumu duży wpływ miał Stevens. Nie tylko przekonał muzyków do muzyki reggae, ale także dbał o odpowiednią atmosferę w studiu. Producent skakał po studiu, rzucając krzesłami, a do pianina wlał butelkę wina, twierdząc, że poprawia to jego brzmienie.

Wydana w grudniu 1979 roku "London Calling", to ostatnia płyta wyprodukowana przez Stevensa. Zmarł w 1981 roku po przedawkowaniu leków, które lekarz przepisał mu na receptę, by zwalczyć jego uzależnienie od alkoholu.

16 listopada 1989 roku magazyn "Rolling Stone" uznał płytę za najlepszą płytę lat 80. "Przecież wyszła w 1979..." - skomentował zwięźle wokalista The Clash, Joe Strummer. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy