Reklama

Iggy Pop: Człowiek, który oszukał śmierć

Iggy Pop na koncercie w San Sebastian, w Hiszpanii / Gari Garaialde/Redferns /Getty Images

Iggy Pop, 75-letni obecnie amerykański wokalista, nazywany też czasem najbrzydszą gwiazdą na świecie, jest prawdziwym fenomenem show-biznesu. Nie dlatego, że zrobił jakąś oszałamiająca karierę (bo jej nie zrobił), ale ponieważ przetrwał. Jest - obok np. Keitha Richardsa z The Rolling Stones, czy też Eltona Johna - muzykiem, który teoretycznie już dawno nie powinien żyć, ale - na szczęście - nadal jest z nami. A robił naprawdę sporo, by tak nie było.

Nie wygląda na swoje lata. Już dawno temu nazwano go "ojcem chrzestnym muzyki punk", co jednak zawsze uznawał za "tandetne określenie". Ale zapracował na ten tytuł nie tylko muzyką, ale i swoim zachowaniem - zarówno na scenie, jak i poza nią.

W historii muzyki jest wiele symboli nierozerwalnie związanych z różnymi artystami. Kiss zostaną na zawsze zapamiętani z makijaży, w jakich pokazywali się publicznie, a Jimi Hendrix połączony jest trwale ze swym Stratocasterem, niszczonym na wiele sposobów podczas koncertów. Natomiast Iggy Pop został legendą dzięki swej fizyczności, niebywałemu ciału, którego jakimś cudem nie dało mu się zniszczyć.

Reklama

Szaleniec na scenie

A w ciągu swej długiej, trwającej w sumie już dokładnie 55 lat kariery (legendarni The Stooges, których był wokalistą, powstali w 1967 roku!), robił rzeczy dość karkołomne. Zaczął niewinnie, od zgolenia sobie... brwi tuż przed jednym z pierwszych występów.

Ale do historii przeszły późniejsze, mocno krwawe sytuacje na scenie. Jedni z niedowierzaniem, inni z przerażeniem, wspominali np. koncert z 1973 roku w Nowym Jorku, podczas którego wokalista tarzał się w rozbitym szkle. Poranił się wtedy mocno, krew leciała mu z twarzy i brzucha, ale występu nie przerwał.

Iggy ranił się zresztą w tym czasie na scenie wielokrotnie, co w pewnym momencie stało się nawet jego swoistym znakiem firmowym, przyciągającym ludzi na koncerty. Krzyczał nawet do publiczności: "Chcecie zobaczyć krew", co oczywiście (niestety) spotykało się z aplauzem. Używał wtedy różnych, często przypadkowych, przedmiotów - złamanej pałeczki do perkusji, czy też noża zabranego fanowi.

Jedną z rockandrollowych legend jest jednak plotka, jaka miała pojawić się przed sylwestrowym koncertem Iggy Popa w 1973 roku w Nowym Jorku, iż zamierza w trakcie jego trwania... popełnić samobójstwo. Miał rzekomo uprzedzić o tym promotora występu, żądając od niego dodatkowego... miliona dolarów wynagrodzenia. Na szczęście występ przebiegł normalnie, nawet bezkrwawo, ale legenda Popa rosła.

Narkotyki i inne używki

Do tego doszły oczywiście narkotyki. Iggy dość szybko popadł w uzależnienie od heroiny, co w pewnym momencie doprowadziło do rozpadu The Stooges. Prawdopodobnie wcześniej czy później zakończyłby swój żywot tragicznie, na szczęście - dzięki pomocy swego mentora i przyjaciela, Davida Bowiego, z którym przeniósł się w 1976 roku do Berlina Zachodniego - udało mu się zapanować nad uzależnieniem. Do tego stopnia, że był w stanie nagrywać (wspólnie przygotowali m.in. dwa wspaniałe albumy - "The Idiot" i "Lust for Life") i koncertować, a w konsekwencji podpisać swój pierwszy kontrakt solowy.

Iggy Pop uważany jest za jednego z pionierów "stage divingu", czyli niekontrolowanych skoków w publiczność, z nadzieją, że tłum się nie rozstąpi i złapie wokalistę. Co prawda historycznie rzecz biorąc palma pierwszeństwa należy tu do Micka Jaggera i Jima Morrisona, ale to właśnie Pop zrobił z tego elementu stały punkt swych koncertów. Oczywiście do czasu - ostatni raz rzucił się w publiczność mając już 63 lata! Spadł wówczas prosto na podłogę słynnej sali Carnegie Hall w Nowym Jorku i doznał przemieszczenia ramienia. Potem w Europie skoczył raz jeszcze, ale tym razem po twardym lądowaniu poszła mu krew z nosa i zdał sobie sprawę, że czas skończyćze skakaniem w publiczność.

Przeżył kilka wypadków

Pop przetrwał też kilka wypadków samochodowych. Pierwsze auto kupił sobie jeszcze w liceum. Zabrał na przejażdżkę ówczesną narzeczoną, ale na szutrowej drodze poszalał, stracił panowanie nad autem, które na podbiciu poleciało w powietrze, przekoziołkowało i.... szczęśliwie wylądowało na kołach. Co niezwykłe, oboje wyszli z tego bez szwanku, ale samochód poszedł do kasacji. A Iggy dał sobie na wiele lat spokój z prowadzeniem samochodów.

Kolejne auto kupił dopiero w 1991 roku. A 15 lat później, gdy wreszcie zarobił trochę więcej kasy, jak na prawdziwego rockandrollowca przystało został właścicielem swego pierwszego Rolls-Royce'a. Jednak auto stanęło pewnego dnia w płomieniach, gdy Pop jechał nim w Miami Beach. Strażakom udało się go szczęśliwie wyciągnąć z auta, bo sam początkowo nawet nie zauważył dymu.

Niemniej jeszcze kilkukrotnie kusił los - raz wypadł z drogi i wylądował na plantacji... choinek, innym razem zatrzymała go policja, gdy trzykrotnie przekroczył swym Ferrari prędkość i przy okazji nie zwracał uwagi na czerwone światła.

Najbrzydsza gwiazda świata

W 2010 roku w Anglii zrobiono plebiscyt na "najbrzydszą gwiazdę". Iggy wygrał bezapelacyjnie, zostawiając w pokonanym polu m.in. Cher i aktora Mickey’a Rourke. Swym rockandrollowym trybem życia zapracował sobie na ten, nieco wątpliwy, tytuł. Ale jego ciało, które pokazał później m.in. w paru reklamach, nadal wygląda tak, jak wiele, wiele lat temu. Jeden z jego przyjaciół stwierdził kiedyś, że "Iggy jest jak Człowiek Lodu, wykopany w Alpach".

Co ciekawe, kilka lat temu, okazało się, że jeden z utworów Popa najlepiej nadaje się do...  ratowania życia. Grupa studentów miała wykonywać masaż serca (tzw. resuscytacja) w rytm kilku utworów o zbliżonym tempie. Zdecydowanie najlepiej robili to słysząc "Lust For Life"!

Gdy siedem lat temu Iggy przyjechał, wtedy wraz z The Stooges, po raz pierwszy na Festiwal Off w Katowicach, ludzie, którzy mieli okazję zobaczyć go wówczas z bliska, nie mogli wyjść z podziwu, jak ten facet wygląda. Miał już wtedy na karku prawie siedemdziesiątkę, ale swą fizycznością i energią mógłby się podzielić z wieloma młodszymi kolegami z branży.

Zdrowy tryb życia

Od wielu lat jest czysty, prowadzi w miarę zdrowy i regularny tryb życia. Wstaje o 6 rano, stara się regularnie pływać w pobliskim oceanie (mieszka w Miami), dawno temu rzucił palenie. Wieczorem, do kolacji, nie odmawia sobie kilku kieliszków czerwonego wina. Gdy jest w trasie, ma swoje stałe rytuały, które zazwyczaj zajmują mu 7-8 godzin. Ćwiczenia oddechowe, leżenie na podłodze, nie rozmawia w tym czasie z nikim. Dba o swoje ciało jak nigdy wcześniej.

A w jakiej jest obecnie formie, zobaczymy już w sobotę (6 sierpnia), gdy pojawi się na Offie w Katowicach po raz drugi, tym razem solo.

Wszystko wskazuje jednak na to, że niewiele się zmienił, choć już nie igra z losem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL