Reklama

Counting Crows w Warszawie: Rain King [RELACJA, ZDJĘCIA]

Adam Duritz (Counting Crows) podczas koncertu w Warszawie /Ewelina Eris Wójcik /INTERIA.PL

Złośliwi mówili o nich "R.E.M. dla ubogich", dla innych Counting Crows to ci od piosenki ze "Shreka" ("Accidentally in Love" z drugiej części animacji, której jednak teraz nie grają). Po 14 latach Amerykanie wrócili do Polski tam, gdzie czują się najlepiej - na klubowym koncercie. Stodoła w Warszawie to drugi przystanek na europejskiej trasie "Butter Miracle Tour 2022".

Counting Crows to zespół, którego żywiołem jest scena. Nowe płyty pojawiają się od czasu do czasu, ostatnie w dodatku przechodzą niemal bez echa. Na pewno w porównaniu do debiutu, dzięki któremu zwrócili na siebie uwagę publiczności (10 mln sprzedanych egzemplarzy, 4. miejsce na liście "Billboardu") i krytyków (dwie nominacje do Grammy).

"August and Everything After" z 1993 r. sprawił, że Counting Crows nie przepadli, przygnieceni falą grunge'u rodem z Seattle, choć to w sumie staromodne granie - mieszanka folk rocka, country, bluesa i alternatywnego rocka.

Reklama

Muzycy rodem z San Francisco obecnie mogą chodzić po ulicach odwiedzanych miast bez obaw, że będą się opędzać od fanów. Szczególnie, że lider Adam Duritz mocno zmienił swój charakterystyczny wizerunek - zamiast dreadów ma krótko ostrzyżone włosy, pozbył się też brody i wąsów.

"Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo" - takie słowa wypowiedział Adam Duritz na Stadionie Śląskim w Chorzowie 26 czerwca 2008 roku. To "niedługo" urosło do 14 lat, bo tyle minęło od pierwszej wizyty w Polsce. Wtedy zespół wystąpił w roli supportu przed słynną grupą The Police, która żegnała się ze sceną.

"Wydaje mi się, że ciekawe, intrygujące nagrania Counting Crows jeszcze by więcej zyskały w nieco zadymionej knajpce, gdzie Duritz z łatwością mógłby nawiązać kontakt z odbiorcami" - tak pisałem w relacji z tamtego wydarzenia. Po prawdzie, nie bardzo wierzyłem, że zespół ponownie pojawi się w naszym kraju, bo główną bazę fanów ma przede wszystkim w Stanach, gdzie tego typu korzenno rockowe granie ma wierną publiczność.

- Z naszego punktu widzenia grając w Ameryce gramy lokalne koncerty. Jakkolwiek byś na to nie spojrzał, bo przecież to jest olbrzymi kraj. Ale mimo wszystko jesteś cały czas u siebie. Kiedyś trudno byłoby mi sobie wyobrazić, że nasza muzyka będzie znana, dajmy na to, w Filadelfii czy w Phoenix. Więc wyobraź sobie jak muszę być podekscytowany faktem, że nasze utwory dotarły do Paryża czy do Warszawy. Przecież to cholernie daleko! - mówił wokalista w rozmowie z Interią.

Na żywo Counting Crows to świetnie działająca maszyna, która z powodu pandemii koronawirusa została uziemiona na dwa lata. Występ w Warszawie był dopiero drugim przystankiem w ramach europejskiej trasy "Butter Miracle Tour 2022". Nawet gdyby muzycy chcieli to ukryć, to nie daliby rady - po każdym widać było, jak dużą frajdę sprawiają im występy przed publicznością.

"Postaramy się tu bywać regularnie, jesteście niesamowici" - te słowa Duritza to nie kokieteria, bo choć w Stodole nie było może dzikich tłumów, to zebrani bawili się świetnie. Piosenki Amerykanów raczej są gęsto nabite od słów, raczej nie ma tu łatwo wpadających refrenów do wspólnego śpiewania, ale na scenie działa się magia.

Najbardziej działały numery z debiutu, od którego premiery pod koniec sierpnia minęło właśnie 29 lat. Przebój "Mr. Jones" od którego zaczęła się popularność grupy? Bardzo proszę, w zasadzie na sam początek koncertu. "Omaha" z partią akordeonu, na który przerzucił się grający przede wszystkim na klawiszach Charlie Gillingham - palce lizać. A jeszcze "Anna Begins", "Rain King" i najmocniej wybrzmiewający w tym zestawie przejmujący "Round Here".

Były instrumentalne popisy, piosenki do tańca, skakania i wspierania Duritza siłą gardeł ("Rain King") i takie do refleksji, że "może ten rok będzie lepszy, niż ten poprzedni" ("A Long December" z Duritzem grającym na klawiszach). Czekam na powrót szybszy niż za kolejne 14 lat, będę w pierwszym rzędzie.

Counting Crows w Warszawie - setlista koncertu:

1. "Mrs. Potter's Lullaby"
2. "Come Around"
3. "Mr. Jones"
4. "Colorblind"
5. "Butterfly In Reverse"
6. "Omaha"
7. "Richard Manuel"
8. "Anna Begins"
9. "Miami"
10. "Washington Square"
11. "Friend of the Devil"
12. "Tall Grass"
13. "Elevator Boots"
14. "Angel of 14th Street"
15. "Bobby and the Rat-Kings"
16. "Rain King"
17. "A Long December"
bis:
18. "Round Here"
19. "Haningaround"
20. "Holiday in Spain".

Michał Boroń, Warszawa


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL