Reklama

Alicia Keys w Krakowie: miłość jest kluczem [RELACJA]

Alicia Keys - this girl is on fire! /credit - Przemek Kokot /INTERIA.PL

Piętnastokrotna zdobywczyni nagrody Grammy przyjechała do Krakowa z trasą "The Alicia + KEYS World Tour". Była to jej pierwsza wizyta w naszym kraju od niemal 10 lat, a TAURON Arena była zapełniona po brzegi. Alicia Keys w niedzielny wieczór po raz kolejny udowodniła, że jest wyjątkową artystką z głosem, o którym jeszcze za wiele dekad będzie się mówić w kategorii fenomenu.

Dotąd artystka występowała m.in. w Poznaniu czy Warszawie, ale dopiero do Krakowa mogła dowieźć repertuar z ostatniego, jednocześnie najdojrzalszego w jej karierze albumu "KEYS". Jeśli ktoś spodziewał się zobaczyć na scenie tę nieco introwertyczną, rozkochaną w dźwiękach fortepianu kilkudziesięciolatkę z teledysku "Fallin" (zobacz!), to spieszę przypomnieć, że od debiutu Alicii Keys minęło w tym roku... 21 lat! 

Reklama

Niektórym może wydawać się, że wokalistka jest obecna na scenie krótko - w sumie jak na jej staż udało jej się osiągnąć naprawdę wiele. Bo gdyby wziąć pod uwagę fakt, że za debiutancki krążek "Songs in A Minor" otrzymała pierwsze pięć statuetek Grammy, a kolejne dziesięć wpadało za nagrania jak "No One", "Empire State of Mind" (z Jayem-Z) czy "Girl on Fire",  a wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie 12 lat, to po prostu... niesamowite! 

Dla porównania Stevie Wonder zdobył 25 nagród Grammy, ale zajęło mu to trzydzieści trzy lata, więc przed Alicią jeszcze wiele okazji na pobicie wyniku kolegi po fachu. Sądząc po brzmieniu ostatniego, naprawdę świetnego albumu "KEYS", nie mam wątpliwości, że w najbliższym czasie jeszcze kilka wyróżnień pojawi się na półce Amerykanki. 

Przed koncertem wziąłem udział w spotkaniu z Alicią, na którym odpowiadała na pytania fanów. Podczas niego wyznała m.in. w jaki sposób udaje jej się zachować balans i dbać o wewnętrzną harmonię, a także który mit na jej temat jest najbardziej nieprawdziwy. Keys stwierdziła, że wielu ludzi sądzi, że przez cały czas jest "cool" i nic nie jest w stanie wytrącić jej z optymistycznego nastawienia. "To zdecydowanie nieprawda, na pewno za to wolę patrzeć na rzeczywistość z tej pozytywnej perspektywy" - stwierdziła. 

Wewnętrzną harmonię udaje jej się zachować dzięki odpowiednim proporcjom pracy i czasu dla siebie. W wolnych chwilach lubi czytać - szczególnie książki filozoficzne i nowele, dzięki którym może lepiej rozumieć świat, ale też odpocząć od tego, co wokół.

Po spotkaniu nadszedł czas na koncert - supportem dla Alicii była belgijska wokalistka Lous and The Yakuza. Punktualnie o 21 Keys wkroczyła na scenę w asyście piosenki "Nat King Cole" z nowego albumu. Od razu zachęciła siedzących na krzesełkach widzów, by nie krępowali się, a podbiegli pod scenę - w ten sposób ugrzeczniona, siedząca płyta prędko zamieniła się w festiwalową przestrzeń. Choć nie było wybuchów i fajerwerków, a "jedynie" prosta scena, to od samego początku miałem wrażenie, sam nie wiem dlaczego, jakbym znajdował się na którejś z edycji Super Bowl. Alicia jest niekwestionowaną ikoną amerykańskiej muzyki R&B XX-wieku, a jej obecność w Krakowie miała dla mnie znamiona koncertu Michaela Jacksona. I kropka.

Show było bardzo stylowe, subtelne i bardzo dobrze wyważone. Ubrana w czarny kostium, znajdując się jedynie na niebieskim tle telebimów - wydawało się że Alicia tworzy filmowy kadr. Na żywo, na scenie. Każde miejsce, w którym aktualnie stała, było dobrze przemyślane, by robić wizualny efekt. 

Gdy usłyszałem "You Don't Know My Name", naprawdę zrozumiałem, że widzę (i naprawdę ze względu na dobrą akustykę słyszę!) ten wybitny głos na żywo. Może zadziałał też efekt nostalgii, bo przeboje Alicii Keys puszczane w MTV czy VIVA Polska w zamierzchłych czasach na żywo, po wielu latach, brzmiały tak samo świetnie. Alicia powtórzyła też cały telefoniczny dialog z Michaelem ze wspomnianego utworu. Oczywiście - ku uciesze tych najbardziej oddanych fanów.

Występ naszpikowany był balladami, ale także bangerami, przy których ciężko było usiedzieć w miejscu. Ta niezwykła łagodność, a zarazem chropowatość charakterystyczna dla jej głosu najlepiej wybrzmiała w zagranym na bis "Like You'll Never See Me Again". Keys nie tylko dawała popis, a czasem - jak w przypadku "The Gospel" rapowała. Niespodziewanie scena została zasłonięta, a widzowie podziwiali tylko cienie poruszające się za kurtyną. Był to moment odwrócenia uwagi, bo Alicia pojawiła się na "scenie B", czyli wśród publiczności. I w sumie zagrała coś na wzór DJ-skiego setu zmieszanego z soulową esencją leżącą gdzieś na dnie jej duszy. 

Jeśli ktoś zastanawiał się, o co chodzi z "KEYS" - wokalistka stworzyła dwie wersje utworów, Originals oraz Unlocked. Podczas części w środku publiczności zamieniła się w dziką producentkę, która najpierw śpiewała oryginalne wersje "Skydive", "Is It Insane" oraz "Only You", później miksowała je i prosiła widzów o opinię, którą wersję wolą bardziej. Oklaski fanów były najwidoczniej jak miód na jej uszy, bo z jej ust nie schodził uśmiech - naprawdę szczery i radosny, przez co jeszcze bardziej chciało się dopingować jej zmagania z fortepianem i konsolą.

Wybrzmiało także "City of Gods (Part II)", czyli druga w jej karierze piosenka o jej rodzinnym mieście. "Chcecie usłyszeć jeszcze jedną o Nowym Jorku?" - spytała widzów i zaczęła śpiewać "Empire State of Mind"! W pewnym momencie "miasto, które nigdy nie zasypia" Alicia zastąpiła "Krakowem". Magia! Było to przełamanie całego koncertu, bo dla niezbyt zapoznanych z repertuarem gwiazdy mógł to być pierwszy utwór, który naprawdę znali od deski do deski.

I oczywiście nie zabrakło innych przebojów - "No One", "Girl on Fire", "Fallin'" czy zagranego jako ostatni, wyproszony przez publiczność bis - "If I Ain't Got You". Ostatnie utwory Alicia zadedykowała wszystkim, którzy przyszli na koncert w Krakowie. "To nasza piosenka!" - mówiła wskazując na zgromadzonych w Arenie. Dziękowała też za ciepłe przyjęcie i świetną energię, którą czuła w obiekcie. Szczególnie zwróciła się do Ukraińców. "Dedykuję ten numer szczególnie tym, którzy cierpią przez wojnę w Ukrainie, to dla was". Życzyła sobie, żeby ludzie uwierzyli w miłość słowami: "Miłość jest wszystkim". 

W ciągu dwugodzinnego występu 41-letnia piosenkarka na przemian roznosiła scenę w drobny mak, by za moment niczym najspokojniejsza i najskromniejsza dziewczyna na świecie stanąć przy fortepianie i odegrać nuty, które brzmią jej w sercu. To był naprawdę świetny koncert - z dziesiątek tych, które widziałem w krakowskiej TAURON Arenie był jednym z lepszych. Na koniec Alicia zapewniła, że nie może się doczekać, kiedy znowu przyjedzie do Polski. Nam pozostaje uzbroić się w cierpliwość, bo z pewnością nie była to jej ostatnia wizyta w naszym kraju.

Mateusz Kamiński, Kraków

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama