Reklama

Reklama

Ronson of the blue sky

Mark Ronson był główną atrakcją piątkowego Roxy Festivalu. Równie dobrze, a najpewniej jeszcze lepiej, sprawdziłby się na imprezie Radia Złote Przeboje.

Ronson - multiinstrumentalista, producent, złote dziecko brytyjskiej sceny muzycznej - wychodził na scenę warszawskiej Stodoły jako ostatni. Trudno jednak powiedzieć, by przejął rozgrzany już tłum. Przed nim występowały dwa znane mało komu zespoły Ailo In Head i Neo Retros. Zagrał także Smolik, artysta którego najlepiej słucha się z poduszką, kołdrą i szklanką Malibu z mlekiem w dłoni.

Wszystko, co potrzebne

Gość z Wysp miał jednak wszystko, co potrzebne, by porwać przybyłych: repertuar z trzech najeżonych singlami płyt, imponująco rozbudowany band The Business Intl. i gości takich, jak Kyle Falconer, Alex Greenwald, czy wreszcie legendarny Boy George.

Występowi z pewnością nie można było odmówić zróżnicowania. Tak, jak zaczął się wśród monumentalnych klawiszowych akordów, tak skończył na potańcówce rodem z lat 80. ubiegłego stulecia. W międzyczasie zaserwował chociażby żywiołowo rapowane "Lose It" i "Ooh Wee" - pamiątkę z czasów, gdy Ronsonowi wystarczyły tylko dęciaki i sample z Bonnie M. Podczas gdy Rose Elinor Dougall zaśpiewała "Oh My God" tak dobrze, że Lily Allen powinna się zapaść pod ziemię, "Just" dodało koncertowi trochę surowości i funku.

Reklama

Z gardeł dobył się wrzask "Warsaw"

Publiczność z dużym i trudnym do racjonalnego wytłumaczenia entuzjazmem przyjęła stylizowane na lata 60. "Stop Me". Możliwie najlepiej wyszedł Markowi Ronsonowi set didżejski, kiedy to zamienił Warszawę w Nowy Jork. Od oldschoolowych perkusji i skreczy dotarł do uk funky, marszowych werbli, Jaya-Z i M.I.A. Wielkie głośniki zatętniły od basu, a audytorium zaczęło się żwawo ruszać. W refrenie "NY State of Mind" z wielu gardeł dobył się wrzask "Warsaw".

Ale energii i chemii i tak było za mało - jako wizytówkę wieczoru zapamiętam raczej histeryczne, nudne i rzewne kawałki - "The Night Last Night" oraz, zaczerpniętą z repertuaru Phantom Planet, "Californię". Nawet pojawienie się Boy George'a, zwykle zwiastujące punkt kulminacyjny, szału nie spowodowało.

Bardziej zadowolił oczy niż uszy

"Somebody to Love Me" nijak nie dorównało wersji studyjnej, choć wokalista bez wątpienia pokazał klasę. Niezapomniane "Do You Really Want To Hurt Me" w rozmemłanej, bez polotu odegranej wersji było jak prawdziwy kanon sopocko-opolskiej żenady.

Mark Ronson wraz ze swoimi ludźmi dotarł do zmysłów, choć bardziej zadowolił oczy niż uszy. Wpisana w estetykę szalonych "ejtisów" scena, oprawki okularów idealnie dobrane do koszuli i fikuśnego krwawata, pasiaste koszulki pod marynarkami, wymyślne kapelusze, cekiny sukienki z falbankami, odpowiednio zaczesane grzywki... Wszystko to zamieniło koncert w pokaz mody. Tylko ten, kto zamiast emocji i zaangażowania woli opcję "glamour" mógł być z tego stanu rzeczy zadowolony.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy