Reklama

"W niekończącej się trasie"

Jego pseudonim, wygląd i repertuar tworzą w umyśle obraz doświadczonego songwritera rodem z ogrzanych słońcem południowych stanów USA. Ale pod szyldem Peter J. Birch ukrywa się Piotrek Brzeziński, 22-letni student z Wołowa na Dolnym Śląsku.

Nie interesuje go droga na skróty i udział w muzycznym talent show. Zadebiutował EP-ką "In My Island", a teraz ciężko pracuje nad promocją swojej pierwszej, dobrze przyjętej płyty. W rozmowie z Justyną Grochal wokalista opowiedział m.in. o zmianach, planach, o tym, dlaczego nosi brodę, a siebie nazwał "wieśniakiem" i co go łączy z pewną Islandką.

Reklama

Kiedy widzieliśmy się ostatnio, trzymałam w dłoni twoją debiutancką EP "In My Island". Teraz masz na koncie pierwszy długogrający album. Co się u ciebie zmieniło w tym czasie?

- Wiele rzeczy. Postarzałem się, trochę wyłysiałem, trochę mi broda urosła (śmiech). No i przede wszystkim została wydana płyta "When The Sun's Risin' Over The Town". Planowałem ją od dłuższego czasu i wreszcie się udało. Piosenki z tego albumu od dłuższego czasu gram na koncertach. Utrudnieniem było to, że chciałem tę płytę nagrać z szerokim instrumentarium. To był motyw, który spowolnił prace.

No właśnie, na płycie "When The Sun's Risin' Over The Town" samodzielnie zagrałeś na kilku instrumentach, ale zaprosiłeś też gości...

- Kiedy już miałem pewien szkic, wtedy mogłem myśleć, co dalej. Wówczas pomyślałem, że zaproszę kilku gości. Wymienię wszystkich. Leszek Laskowski dzięki gitarze pedal steel nadał tej płycie kształtu i brzmienia country. Przemysław "Perła" Wejmann zagrał na basie na wszystkich utworach. Magda Noweta, która gościnnie towarzyszyła mi już przy okazji EP-ki, zaśpiewała na płycie w dwóch utworach. Halla Nordfjörd z Islandii również zaśpiewała w jednym utworze. A poza tym zaprosiłem też Mariusza Szypurę z Silver Rocket, który zagrał na syntezatorach w "Nine Horses". Bardzo fajnie było z nimi współpracować i to także oni nadali kształt tej płycie.

Ale na koncertach występujesz sam. Mając doświadczenie w koncertowaniu zespołowym uważasz, że łatwiej jest być na scenie w pojedynkę, czy wręcz przeciwnie - czuje się ten ciężar skupienia całej uwagi publiczności na soliście?

- Solo jest inaczej z zespołem. Jako Peter, grając na gitarze i śpiewając, nie doświadczyłem jeszcze tego, jak to jest stać na czele kapeli. Miałem przez chwilę taki projekt z kolegą. Zagraliśmy w sumie dwa koncerty. Tak sobie hałasowaliśmy we dwóch - on na bębnach, ja śpiewając i grając na gitarze elektrycznej. Wcześniej grałem na bębnach w zespołach More Than Three i Turnip Farm.

Jednak teraz planuję granie na żywo jako zespół Peter J. Birch & His River Boat Band i odgrywanie płyty "When The Sun's Risin' Over The Town" w pełnym składzie. Mieliśmy już nawet dwie próby i wszystko się zgadzało. Gitara jest trochę bardziej schowana, a nawet tak jak na płycie - trochę się gubi, ale to też ma swój urok, bo chodzi o to, że moim głównym instrumentem jest wokal, a gitara to tylko tło i aranżacja. Zobaczymy, jak to będzie działać, bo na koncertach jest zupełnie inaczej. Chociaż z drugiej strony wiele osób mówi, że to ma swój urok, kiedy przyjeżdżam sam, gram na koncertach tylko na gitarze akustycznej i buduję taki, a nie inny klimat i im to odpowiada.

Patrzę na plan twojej trasy koncertowej i muszę przyznać, że do czerwca będziesz bardzo zapracowanym człowiekiem.

- Tak, zgadza się. Śmialiśmy się z Bartkiem Borówką, moim menedżerem, że naszą domeną stało się granie mnóstwa koncertów. Bardzo się cieszę, bo ja te koncerty bardzo lubię. Lubię kontakt z publicznością i ten fakt, że gdzieś tam się pojawiam i ludzie odkrywają tę muzykę. Często mówią mi "pierwszy raz słyszę coś takiego u nas" i to mi bardzo schlebia. To też bardzo miłe, że kupują płyty. Czasami oczywiście koncertowanie jest bardzo męczące, ale nawet kiedy się tak zmęczę i wrócę do domu, to mija dosłownie pół miesiąca, a ja już tęsknię za koncertami. Stąd ta nasza, w zasadzie niekończąca się trasa (śmiech).

Koncertowanie to niewątpliwie ciężka praca. Czy nie myślałeś nigdy o drodze na skróty i zgłoszeniu do jednego z programów typu talent show, od których roi się teraz w telewizji?

- Niejednokrotnie słyszałem takie propozycje i to nawet od najbliższych osób, które pomagają mi i mają wpływ na to, co robię. Mówili, czasami z ironią, a czasami na serio, że powinienem spróbować. Ale ja zawsze tłumaczyłem, że mnie do tego kompletnie nie ciągnie. Uważam, że takie programy są jak najbardziej potrzebne i są w porządku, ale po prostu nie czuję tej drogi. Poza tym słyszałem od znajomych muzyków i nie tylko, że nawet jeśli ktoś wygra taki program, to i tak narzucają mu materiał, jaki ma nagrać. Nie kumam tego i nie chciałbym, żeby było tak, że gram swoje utwory w programie, a potem każą mi nagrać płytę po polsku. Ta moja droga jest może bardziej okrężna i pewnie cięższa, ale taką sobie wybrałem i nie narzekam. Zresztą dzięki temu, że nabieram doświadczenia i gram czasami w miejscach totalnie niedorzecznych, w których nikt mnie nie słucha, uczę się w pewnym sensie życia i pomaga mi to zahartować się. Nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli.

Elementem promocji są też supporty. Grałeś przed wieloma uznanymi muzykami, takimi jak Tymon Tymański, Czesław Mozil czy Lech Janerka. Czy oprócz wsparcia promocyjnego otrzymałeś od nich jakieś rady, wskazówki?

- Jeśli chodzi o Tymona, to było to bardzo dawno temu. W zasadzie sam początek mojego grania. Byłem zaszczycony i dumny, że mogłem przed nim zagrać. Z Czesiem udało mi się już dwukrotnie zagrać, a niedługo gram też przed nim w Krakowie. Znamy się i wiem, że naprawdę mnie wspiera. Ma tysiące rzeczy na głowie, ale było to miłe, kiedy przyjechaliśmy ostatnio do Warszawy, a pierwsze, co zrobił, gdy mnie zobaczył, to pogratulował recenzji. Bardzo go szanuję za to, że mimo sukcesu telewizyjnego, dalej gra koncerty w małych miasteczkach, dla niewielkiej publiczności i ma podobny tok rozumowania do mnie i Borówki. To jest coś, czego bym chciał doświadczyć. Nawet jeśli kiedyś uda mi się osiągnąć sukces, to myślę, że wracałbym do tych małych miejsc, w których grywałem. Bo czemu nie? Słuchacze są wszędzie.

Dziennikarze muzyczni piszący o twojej muzyce porównują cię do różnych, znakomitych twórców. "Paul Simon", "nieślubne dziecko Boba Dylana i Joni Mitchell" to tylko niektóre nazwiska. A gdybyś ty miał wymienić muzyków, którzy najmocniej wpłynęli na twoją twórczość, to kto by to był?

- Nie zamykałbym się na konkretnych artystów, bo to się zmienia. Przychodzą nowi albo odkrywam "nowych-starych". Ale głównie to songwriterzy: Will Oldham czyli Bonnie "Prince" Billy, Neil Young, Townes Van Zandt, który jest dla mnie niesamowitym songwriterem; Damien Jurado, który nie jest zbyt popularny, ale jest artystą, który działa na mnie od samego początku, od kiedy zacząłem grać jako Peter J. Birch, a każda jego kolejna płyta jest coraz lepsza.

A wymarzony duet to z którym z nich?

- O! Z Neilem Youngiem, czemu nie? Z Johnnym Cashem, tylko, że na to już za późno! (śmiech). Nawet support przed Damianem Jurado, Joshem T. Pearsonem lub Willem Oldhamem to byłby czad!

A propos duetów, to niejednokrotnie dzieliłeś scenę z muzykami z Islandii, a na twojej płycie pojawia się wspomniana islandzka songwriterka, Halla Nordfjörd. Jak doszło do tego spotkania?

- Bartek Borówka, o którym już wspominałem, zaczął sprowadzać do Polski muzyków z Islandii. W pewnym momencie pojawiła się Halla i w sumie stylistycznie jest mi do niej najbliżej, bo też gra melancholijną muzykę. Zagrałem z nią najwięcej koncertów - trzy minitrasy. Wtedy bardzo się zżyliśmy. Jak przyjeżdża, to cieszymy się, że możemy znów ze sobą zagrać. Jest moją kumpelą, ale muzycznie też w wielu kwestiach się zgadzamy.

- A do duetu doszło w sposób bardzo naturalny. Wymyśliłem sobie taki duet w moim utworze "Wonderfull Ballad of Love", do którego Halla pasowała klimatycznie. Zaproponowałem nagranie podczas jej pobytu w Polsce. Pierwszy raz zagraliśmy ten utwór razem w Gdańsku, dosłownie pół godziny przed koncertem. Weszliśmy z gitarą do auta, zacząłem grać, a ona powiedziała, że wymyśli sobie jakąś harmonię do tego. Zaczęliśmy śpiewać, zagraliśmy sobie może z dziesięć razy, a potem wykonaliśmy na żywo na koncercie. Wtedy postanowiłem, że muszę zaprosić ją na tę płytę.

Ziemia islandzka słynie ze znakomitych i oryginalnych muzyków. Co ciebie pociąga w tej muzyce?

- No ja na pewno nie znam tylu islandzkich muzyków, ilu mój menedżer, ale myślę, że muzyka islandzka to po prostu zjawisko. Jest to ultra mała wyspa, a przecież tyle świetnej muzyki stamtąd się wywodzi, a Islandczycy koncertują po całym świecie. Wielki szacun dla nich. Tam chyba co druga osoba jest muzykiem. Nie wiem, skąd oni to mają. Zazdroszczę!

Z krainy wulkanów, ciepłych źródeł i gejzerów przenosimy się do słonecznej Hiszpanii. Studiujesz filologię hiszpańską i powiedziałeś mi kiedyś, że jak tylko udoskonalisz swoje lingwistyczne umiejętności w tym zakresie, to planujesz nagrać piosenki w tym języku. Jak się mają te plany?

- (śmiech) W sumie mój hiszpański do dzisiaj nie jest na tyle dobry, żeby napisać piosenkę po hiszpańsku. Dlatego powstał mój projekt Campesino, po polsku "wieśniak", w którym śpiewam do wierszy znanych latynoamerykańskich poetów. Nie porywałem się na pisanie własnych tekstów po hiszpańsku. Nazywam ten projekt "domowym", gdyż wszystkie utwory nagrałem na komputerze w domu. Są udostępnione za darmo w sieci. Wszystkie aranżacje są moje. Początkowo miał to być projekt do szuflady, ale uznałem, że czemu nie, może ktoś będzie chciał tego posłuchać. I okazało się, że jest jakaś mała grupka ludzi, którym się to podoba, a niektórzy z nich uznali nawet, że jest to najlepsza rzecz, jaka wyszła ode mnie.

Chciałam jeszcze spytać o twój koncert na Open'erze w 2011 roku. To jest dosyć ciekawa historia, bo dowiedziałeś się o tym, że grasz na festiwalu od fanów...

- Tak! W ogóle nie miałem pojęcia, jak ja się tam znalazłem. Pamiętam, że Bartek ogłosił to na moim Facebooku, a ja byłem w szkole. Wróciłem do domu i zobaczyłem mnóstwo gratulacji, a wśród nich komentarz Bartka - "on jeszcze nie wie". Zadzwoniłem i zapytałem, co jest grane, czy to prima aprilis. I wtedy Bartek potwierdził, że zgłosił mnie i zostałem wybrany spośród tych tysięcy chętnych. Miałem na koncie zaledwie kilkadziesiąt koncertów, a udało mi się tam dostać. Było to niesamowite.

Jak odnalazłeś się w klimacie festiwalowym, na dużej, otwartej scenie?

- No wiadomo - była to jedna z większych scen, na jakich kiedykolwiek grałem. Była to Scena Młodych Talentów. Nie chciałem wystąpić sam, zależało mi, żeby trochę urozmaicić ten koncert. Zaprosiłem gości, którzy ze mną zagrali, czyli gitarzystę Michała Jamrożego z zespołu Let The Boy Decide, a teraz Low-Cut. Zagrała też ze mną Kasia Włosek, wiolonczelistka grupy Iowa Super Soccer. Słabo pamiętam koncert - byłem tak zestresowany. Ludzi nie było jakoś bardzo dużo, ale przechodzili, zatrzymywali się. Na koniec zagrałem unplugged, bo publiczność domagała się bisu, a coś zepsuło się w sprzęcie nagłaśniającym. Wyszedłem do ludzi, bardzo miło to wspominam, super sprawa!

Nie będę pierwszą, która to powie. Zresztą nawet ty sam o tym mówisz. Masz 22 lata, a brzmisz i wyglądasz na wiele więcej. Czy ty się czujesz dojrzalszy, niż wskazuje twoja metryka?

- Może zabrzmi to głupio, ale tak - umysłowo jestem 22-latkiem. No mam tę swoją brodę, taki jest mój image. Zapuściłem ją tak po prostu, bo lubię, bo dobrze się w niej czuję. Traktuje ją jako taki talizman i śmieję się, ze póki co mi sprzyja, bo sprawy związane z płytą idą w dobrym kierunku.

A co się będzie działo u Petera po zakończeniu trasy koncertowej?

- Ale kiedy trasa się skończy? Bo po jednej następuje kolejna (śmiech). Na razie mam zaklepane koncerty do czerwca, więc myślę, że wystarczy. Ale w maju mamy zagrać pierwszy koncert jako Peter J. Birch & His River Boat Band. Planujemy kilka koncertów latem i na jesieni. Zobaczymy, jak to będzie funkcjonować. No i myślę o następnym albumie. Chciałbym pod koniec roku wejść do studia. Napisałem już mnóstwo nowych utworów i chcę je zarejestrować, żeby się nie zestarzały.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Peter J. Birch | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje