Reklama

Reklama

"Trochę pikanterii"

The 411 to dziewczęcy kwartet rodem z Wielkiej Brytanii, reprezentujący wyjątkową mieszankę różnych stylów muzycznych. Popularność zdobyły singlami "On My Knees" i "Dumb". Ten pierwszy jest dobrym przykładem ich niegrzecznego stylu i tekstów, jakich nie powstydziłaby się żadna żeńska grupa z lat 90. Carolyn, Suzie, Tisha i Tanya łączą soul z popem, a nazwę zaczerpnęły od tytułu utworu "What's the 411", z repertuaru Mary J Blige. Prodecentem ich debiutanckiej płyty "Between The Sheets", która w Polsce ukazała się pod koniec listopada 2004 roku, był Fitzgerald Scott, który wcześniej pracował m.in. z Lemarem, Keithem Sweat i grupą Another Level. Z okazji wydania płyty z Tany'ą, jedną z wokalistek grupy, rozmawiał Maciek Rychlicki.

Po sukcesie waszych dwóch pierwszych singli, "On My Knees" i "Dumb", można było odnieść wrażenie, że jesteście alternatywną wersją girlsbandu. Co ty na to?

Cóż, nie da się ukryć, że jesteśmy zespołem składającym się z samych dziewcząt. I nazywanie nas girlsbandem nie jest dla nas w żadnym stopniu obraźliwe.

Niewielu artystów ma okazję nagrywać swój debiutancki singel z gwiazdą rapu, a tym bardziej członkiem Wu Tang Clanu!

Po tym, jak nagrałyśmy w profesjonalnym studio nasz pierwszy kawałek "On My Knees", zaniosłyśmy go do wytwórni Sony, której bardzo się on spodobał. Chciałyśmy nadać mu trochę pikanterii i ludzie z Sony obiecali coś z tym zrobić. Po czym okazało się, że taśmę z tym nagraniem wysłali do Ameryki, a partię wokalną nagrał na nią sam Ghostface Killah! Byłyśmy lekko zszokowane, ale bardzo nam się spodobała ta wersja.

Reklama

Czy miałyście okazję poznać go osobiście?

Niestety nie. Na początku planowałyśmy, że zarapuje z nami w studio, ale niestety nie dało się nam znaleźć wspólnego terminu. Ciągle jednak mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy!

To wasz pierwszy duet w karierze. Czy jest jeszcze ktoś, z kim chciałybyście zaśpiewać?

Marzymy o tym, żeby kiedyś wystąpić na jednej scenie z Celine Dion. A poza tym dla mnie spełnieniem marzeń byłby duet ze Steviem Wonderem, to wspaniały artysta.

W pierwszych materiałach prasowych dotyczących waszej płyty znaleźć można było informacje o utworze "No Excuses", który napisała dla was Ashanti, a zaśpiewał w nim z wami Lemar. Tymczasem na płycie nie ma tego utworu.

Faktycznie, ta piosenka miała trafić na naszą płytę, ale kiedy weszłyśmy do studia nagrywać cały materiał, okazało się, że mamy wystarczająco dużo kompozycji własnego autorstwa, które też są całkiem dobre! Jesteśmy współautorkami 10 z 12 kawałków na płycie. Poza tym chciałyśmy, żeby płyta ta była tak bardzo nasza, jak to tylko możliwe. Mamy ten utwór ciągle w naszych archiwach i możliwe, że trafi na nasz drugi album.

Żyjemy w czasach, kiedy prawie każdy debiutant na rynku muzycznym ma za sobą karierę w programie telewizyjnym typu "Idol" czy "Droga do gwiazd". Co sądzisz o takich widowiskach?

Bardzo dobrze bawię się oglądając je. Śmieję się z nich, choć nie da się ukryć, że "produkują" one coraz więcej gwiazd na muzycznym rynku. Jedne są bardziej, inne mniej utalentowane. W Wielkiej Brytanii z takich programów wywodzą się zarówno Will Young, jak i Lemar, artyści wykonujący całkiem różną muzykę.

Ale nieraz wystarczy po prostu dobrze wyglądać, czy być przebojowym, żeby stać się idolem. Talent nie jest już warunkiem koniecznym do osiągnięcia popularności.

Czy któryś z tych Idoli jest twoim idolem?

Nie, raczej nie.

Wróćmy do zespołu The 411, w którym obok ciebie występują jeszcze trzy dziewczyny. Jak się dogadujecie?

Wspaniale! Przed przystąpieniem do zespołu z całego składu znałam wcześniej tylko Carolyn, więc Suzie i Tishę zobaczyłam w zasadzie dopiero po sformowaniu zespołu. Później spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, zdążyłyśmy się bardzo polubić. Teraz tworzymy bardzo zgraną grupę i mimo że czasami przeżywamy swoje wzloty i upadki, to jednak jesteśmy wszystkie bardzo dobrymi przyjaciółkami.

Czy śpiewanie było twoim marzeniem od zawsze? Czy miałaś też jakieś inne pomysły na życie?

Kiedy byłam małą dziewczyną, zawsze wierzyłam, że kiedyś będę śpiewać. Z biegiem lat zaczęłam dostrzegać, że nie jest to wcale tak łatwe i przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Powoli poznawałam tajniki przemysłu muzycznego, chodziłam na lekcje śpiewu i któregoś dnia po prostu dostałam swoją szansę.

Bardzo chciałam, żeby usłyszał mnie ktoś, kto doceni moje możliwości i tak się stało. Wierzę w przeznaczenie - to, co jest nam zapisane, na pewno się nam kiedyś przydarzy.

Czyli uważasz, że nie mamy wpływu na swoje życie?

Na pewno w jakimś stopniu możemy je kontrolować, bardzo ważne są wybory, które w życiu podejmujemy.

Dziesięć lat temu Spice Girls rozpoczęły modę na "Girl Power". Co to hasło znaczy dla was dzisiaj? Czy wy też jesteście jego promotorkami?

Nie jest to hasło, które specjalnie pasuje do naszej muzyki. Dlatego nie będziemy promować go w takim stopniu, jak Spice Girls. Uważamy się za niezależne, silne kobiety, które są w stanie odnieść sukces, ale nie potrzebujemy takiego rodzaju rozgłosu.

Spice Girls i All Saints to słynne brytyjskie girlsbandy, które po nagraniu trzech płyt zawiesiły swoją działalność. Co ty na to, że to samo może kiedyś spotkać The 411?

Tak, jesteśmy realistkami. Praca w przemyśle muzycznym zawsze należała do tych bardziej ryzykownych: jednego dnia można być na szczycie, drugiego można nie mieć już nic. Dlatego staramy się pracować najciężej jak możemy, żeby nasza kariera trwała jak najdłużej. I tak długo, jak to, co robimy, sprawia nam satysfakcję, zamierzamy w niej uczestniczyć. I jeżeli wydamy tylko kilka płyt... cóż, takie jest życie!

Jak już mówiłaś, praca w zespole to teraz całe twoje życie. Masz jeszcze czas na przyjaźń z kimś spoza zespołu?

To fakt, spędzamy ze sobą tyle czasu, że śmiało możemy nazywać siebie rodziną. Wiemy już, że możemy na sobie polegać i jeżeli któraś z nas ma kiepskie dni, to reszta zawsze stara się jej pomóc. Na szczęście mamy też przyjaciół zupełnie nie związanych ze środowiskiem muzycznym i jest to dla nas zawsze niezła odskocznia od pracy.

Na koniec muszę zapytać cię o jedno: jesteś w zespole nazywana "Mamuśką". Dlaczego?

(śmiech) Może dlatego, że jestem wśród dziewczyn najbardziej wyrozumiałą i bezkonfliktową z nich wszystkich. We wszystkich konfliktach staram się być mediatorem i dlatego może dziewczyny tak mnie nazywają.

Czyli nie ma to nic wspólnego z twoim mistrzowskim pasem w karate?

Ależ oczywiście! Jeżeli o to chodzi, mam koronne argumenty w każdej sytuacji!

Dziękuję za rozmowę.

(na podstawie materiałów promocyjnych wytwórni Sony Music Polska)

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sony | spice

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje