Reklama

Sztuka śmierci

Mocno przebudowany skład, w tym nowy wokalista, znaczne poszerzenie muzycznego spektrum, zdecydowanie mroczniejsza atmosfera dźwięków czy w końcu kolejna zmiana wydawcy - na piątej płycie "Blasphemers' Maledictions" powstały w Tczewie Azarath, jeden z najważniejszych reprezentantów podziemnej sceny metalowej w kraju nad Wisłą, wszedł na kolejny poziom, i jak mówią sami muzycy, w sztuce śmierci sięgnął własnego absolutu.

- Czujemy się tak, jakbyśmy zbudowali ten zespół od początku - mówi w rozmowie z Bartoszem Donarskim - znany także z Behemotha - perkusista Inferno.

Reklama

Pamiętam, że już przy "Praise The Beast" bardzo zależało wam, "by położyć wielki nacisk na tzw. klimat i atmosferę samych utworów", że posłużę się twoimi słowami z rozmowy z INTERIA.PL sprzed dwu lat. Nowa płyta założenia te zdaje się rozwijać jeszcze bardziej. Cel został osiągnięty?

- Wykorzystaliśmy w stu procentach możliwości jakie przed nami stały, czyli wreszcie profesjonalna sesja nagraniowa, zdjęciowa, szata graficzna i można powiedzieć, że ten album jest dla nas naszym własnym absolutem. W tej chwili nawet nie miałbym pomysłu i jakiejkolwiek idei, że ten album mógłby brzmieć i wyglądać inaczej. Cel jest zawsze ten sam i osiągamy go z lepszym lub gorszym skutkiem, jednak w tym przypadku musze dać upust swojemu zadowoleniu i stwierdzić, że to najlepsze na co nas stać do tej pory. Wypruliśmy z siebie flaki, aby dotrzeć do obecnego punktu i mam nadzieje, że nie tylko my będziemy w stanie konkretnego opętania słuchać tej płyty.

Uzyskane na "Blasphemers' Maledictions" brzmienie wypada bardzo przestrzennie, na co swój wpływ miała niewątpliwie zmiana charakteru samej muzyki - dziś znacznie mroczniejszej, posępniejszej. W porównaniu do poprzedniego albumu, dźwięk nowej płyty wydaje mi się bardziej surowy. Odnosicie podobne wrażenie?

- Raczej zawsze brzmieliśmy surowo i jest to w pewnym sensie definicja brzmienia takiej muzyki, również brutalność i szybkość była naszą mocną stroną. Tym razem nie chcieliśmy się absolutnie ograniczać i chcąc rozwinąć szerzej skrzydła poszerzyliśmy spektrum. Na "Blasphemers' Maledictions" odnajdziesz mnóstwo elementów, których wcześniej nie uświadczyłeś w muzyce Azarath. Poruszanie się zupełnie w innych skalach, melodiach, sprawia że brzmi to świeżo, a jednocześnie z duża dozą klimatu i przytłaczającej atmosfery.

- Brzmienie jest przestrzenne, a jednocześnie czytelne i potężne. Miały na to wpływ różne czynniki, m.in. użycie podczas sesji odpowiednich wzmacniaczy, instrumentów i ich stroju oraz świetne wyczucie gruntu z czytaniem Wojtka i Sławka w naszych głowach.

Mocno ograniczyliście też wpływy amerykańskiego death metalu, które od dawna kojarzyły się w Azarath z muskularnymi riffami formacji pokroju Immolation. Ich miejsce - jeśli można tak powiedzieć - zajął w dużej mierze black metal, co doskonale słychać w takich numerach, jak choćby "Crushing Hammer Of The Antichrist", które przywodzą na myśl nawiedzoną agresję Marduka, Funeral Mist czy Triumphator. Zgodzicie się z taką tezą?

- Tak jak wspomniałem wcześniej, zero ograniczeń na rzecz uzyskania odpowiedniej atmosfery i pożądanego efektu. Słuchamy mnóstwa różnorakiej muzyki i nie ukrywam, że zawsze odbije się to echem w dźwiękach, które się tworzy. Uważam też, że wszelkie inspiracje są jak najbardziej zdrowe i na miejscu, gdyż poszerzają świadomość i umiejętności każdego muzyka. Obcowanie ze sztuka śmierci jest naszym uzależnieniem...

Z biegiem lat muzyka Azarath nabierała też większego rozmachu. O ile pamiętam pierwsze płyty zamykały się w 30 minutach, podczas gdy "Blasphemers' Maledictions" jest od nich o 50 procent dłuższa, a niektóre kompozycje przekraczają tu sześć minut. Cześć utworów ma bardziej rozbudowaną, wielowymiarową strukturę, zwaną przez niektórych "epicką". Czy nie jest to zatem najbardziej uniwersalne, wszechstronne dokonanie Azarath?

- Chyba mamy dziś więcej do powiedzenia niż kiedykolwiek wcześniej nagrywając tej długości materiał. Mówiąc poważnie, nie zastanawialiśmy się nad tym zbyt szczególnie i jeżeli dany utwór podczas procesu powstawania wymagał takiego, a nie innego czasu trwania, nie należało się nad tym zastanawiać. Wyrzucaliśmy bezwzględnie do kosza naprawdę całe multum riffów, które nie do końca były kompletne i mieliśmy do nich jakieś uwagi, tak więc ten materiał mógł na dobrą sprawę trwać ponad godzinę. Najważniejsze, że sama praca nad tą płytą była kreatywna, szczera do bólu i świadoma jak nigdy dotąd.

Moim zdaniem największą sztuką jest wydobywanie wspomnianego klimatu z muzyki, która pozostała przecież nad wyraz wściekła. Czy można uznać to za jedno z wyzwań, któremu udało się sprostać na nowej płycie? I czy faktycznie znajdujecie w tym większą trudność?

- Widzisz, to są właśnie elementy, które odpowiednio połączone układają się w kompletną całość. Płyta nie może nudzić. Ma natomiast brzmieć na najwyższym poziomie, zaskakiwać, eksplodować energią i agresją, zmianami tempa i atmosfery, zadziwiać melodią oraz aranżacjami. Bezczelnie wykorzystaliśmy wszystkie dostępne środki oraz cale swoje doświadczenie i wiedzę nabytą przez całe życie, by nagrać ten album.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Azarath | wywiady | metal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje