Reklama

"Sierściu" (4Szmery): Polska stała się śmiesznym krajem [WYWIAD]

Przestaję się już wszystkim dookoła przymilać. Zaczynam mówić swoim głosem - wyznaje w rozmowie z Interią wokalista zespołu 4Szmery, Robert "Sierściu" Mastalerz. Nowa płyta autorstwa "polskiego AC/DC" ma nie tylko przypomnieć, czym jest rock'n'roll, ale również pozwolić nam na spojrzenie w głąb siebie, swoich potrzeb i pragnień.

"Rock, drugs and rock’n’roll - to hasełko w dzisiejszych czasach nie tyle przereklamowane, co śmieszne" - mówi "Sierściu"

Ewa Majewska (Interia): Zespół 4Szmery dotychczas znany był jako tribute band. Po 20 latach koncertowania zadebiutowaliście autorską płytą. Jak "Roll" odebrali fani AC/DC?

Reklama

Robert "Sierściu" Mastalerz (4Szmery): Płyta cieszy się dużym zainteresowaniem, bardzo dobrze się sprzedaje, szczególnie na koncertach. Pierwsze opinie są bardzo sympatyczne.

Autorski projekt ma być waszą odpowiedzią na kąśliwe pytanie: "Co to za zespół, który nie nagrywa własnych kawałków"?

- Jest dużo zespołów, które grają tylko covery, jak my to robiliśmy do tej pory, i doskonale funkcjonują. Nam chodziło o sprawdzenie siebie. Grać utwory, które są podane na tacy, jest stosunkowo łatwo. Natomiast zrobić coś swojego od podstaw: przygotować muzykę i aranż, napisać tekst - to jest wyzwanie. I jeszcze zaśpiewać to w języku polskim...

Jaka jest różnica w przekazywaniu emocji, śpiewając w języku braci Youngów, a w języku rodzimym?

- Gdybyśmy wzięli pod lupę wartość literacką wielu bardzo znanych zespołów doszłoby do wielkiego rozczarowania. Poczynając od wielkich bluesmanów tworzących jeszcze w latach 50., 60. ubiegłego stulecia, kończąc na współczesnych kompozycjach wielu kapel, to teksty w języku angielskim zakrawają o żenadę. Są o niczym. Nikt artyście śpiewającemu przez półtorej minuty "bejbe, bejbe" nie powie, że jest to lipa, ale zaśpiewajmy "kochanie, kochanie", to zostaniemy zrównani z ziemią. Śpiewanie po polsku to zupełnie inna jazda.

Co było dla ciebie większym wyzwaniem przy tworzeniu albumu - pisanie czy śpiewanie?

- Pisanie przychodzi mi z łatwością, za to śpiewanie było wyzwaniem. Tym bardziej, że jest mnóstwo punktów odniesienia, poczynając od Niemena, poprzez Cugowskiego, Riedla, Piekarczyka... Trzeba znaleźć swój sposób. Cieszy mnie, że publiczność szybko podchwyciła nowe teksty. Po wysłuchaniu pierwszego refrenu jest już z nami.

Jak teraz będą wyglądać koncerty?

- Niemal tak samo jak dotychczas. Będziemy mieszać repertuar AC/DC z naszymi kompozycjami.

Czyli nie zawiodą się ani fani "Rolla", ani waszej dotychczasowej działalności scenicznej?

- Nie mamy wyjścia, musimy się w ten sposób podpierać repertuarem AC/DC. Poza tym cały czas oczekuje od nas tego masa ludzi.

Mówisz o "podpieraniu się repertuarem" AC/DC. Chcecie w przyszłości zupełnie od tego odejść?

- Na pewno dojdzie do takiej sytuacji.

Planujecie wydać kolejne płyty?

- Mogę powiedzieć, że kompozycje już się robią. Idziemy za ciosem.

To kiedy kolejny krążek?

- Na pewno nie tak jak w przypadku chłopaków z Australii, nie po pięciu latach.

Porozmawiajmy jeszcze o waszej nowej płycie. Czym jest rock'n'roll bez rocka?

- Przesuwamy środek ciężkości. Teraz większość zespołów gra bardzo mocno, rockowo. Zapomina się o funkcji tej muzyki. Rock'n'roll był przecież muzyką taneczną.

O czym jest to wydanie?

- Teksty są inspirowane moimi przeżyciami, ponieważ najlepiej pisać o sobie. Możemy zająć się problemami współczesnego świata i zrobić płytę polityczno-ekologiczną, tylko po co? Człowiek budzi się rano atakowany informacjami niekoniecznie pozytywnymi. Jeżeli jeszcze wieczorem ma przyjść na koncert 4Szmerów i posłuchać o tym, że topnieje lodowiec, a stan powietrza w Krakowie utrzymuje się poniżej normy, to raczej wolę mu zaśpiewać o tym, że kiedyś było fajnie w moim życiu.

Dzięki "Rollowi" chcesz wracać do lat, kiedy było fajnie?

- Chcę zachęcić ludzi do wyjścia z domów, odłożenia telefonów. O tym mówi utwór tytułowy, ale nie tylko ten. Może to marzenie ściętej głowy, ale ja zawsze byłem niepoprawnym marzycielem.

W mediach społecznościowych i informacyjnych jest też "Profil". Kiedyś sam od razu po przebudzeniu pisałem na Facebooku post, najczęściej na tematy polityczne, i byłem przekonany, że tylko ja mam rację. Jak czytam je dzisiaj, czasem tarzam się ze śmiechu. Facebook to dzisiejsza plaża nudystów. Z jednej strony ludzie mają pretensje, że im się zabiera prywatność, a z drugiej strony sami tej prywatności bez żadnego przymusu wyzbywają się w internecie. Noszę się z poważnym zamiarem zaprzestania jakiejkolwiek działalności w tymże medium.

Tymczasem jesteś bardzo aktywnym użytkownikiem Facebooka. Często komentujesz polską scenę polityczną.

- Politykę odpuściłem już sobie. Częściej komentuję innych.

A nie pisałeś ostatnio o expose Mateusza Morawieckiego?

- To akurat było śmieszne wystąpienie - po niemal każdym zdaniu premiera słychać było gromkie brawa... Polska stała się śmiesznym krajem. Mamy namiastkę demokracji, coraz więcej tanich namiastek polityków czy artystów, których media meinstreamowe przemieniają w niezwykłych, utalentowanych ludzi. Informacja ma to do siebie, że potraf być spreparowana.

Jakim ty jesteś artystą?

- Cóż za tytuł! Ja najbardziej lubię, kiedy po koncercie podchodzą do mnie ludzie, którzy mówią, że przekręciłem słowa kawałka AC/DC lub zaśpiewałem go niepoprawnie. To mi się podoba, bo są to osoby, które słuchają, mają własne zdanie i nie boją się zwrócić wspomnianemu "artyście" uwagi.

Chociaż na scenie jesteś od 20 lat, nie jesteś idealny w tym, co robisz.  

- Oczywiście, że nie jestem. Spotykałem się ze zdaniem, że powinienem popracować nad swoim głosem, bo mógłbym brzmieć lepiej. Udałem się więc na profesjonale lekcje ze szkolenia emisji głosu i trzy niezależne osoby stwierdziły, żebym sobie to odpuścił, bo mogę zaprzepaścić to, co mam. Nikt ze starych wyjadaczy jak Piekarczyk, Cugowski czy Riedel się nie szkolił. Wyobrażasz sobie, żeby Rysiek Riedel szedł do kogoś na lekcję śpiewu? Ponadto ktoś z tych największych powiedział, że jest w stanie wybaczyć pomyłkę w intonacji, ale nigdy nie wybaczy braku uczucia w przekazie. Coś w tym jest...

Znajdziemy w twoich tekstach przesłanie dla młodego pokolenia czy zwracasz się jedynie do swoich rówieśników?

- Śpiewam dla wszystkich. Również dla tych, którzy mogliby być metrykalnie moimi dziećmi. Młodzi ludzie są bardzo inteligentni i, wbrew pozorom, kumają, co się do nich mówi. Bardzo łatwo wyczuwają fałsz. W swoich tekstach nie chwalę się doświadczeniami z narkotykami, bo takich nie mam.

Obecnie modne jest bycie eko i bycie wolnym od używek.

- Patrząc na młode społeczeństwo, mam inne zdanie. Problemem współczesnych rodziców jest to, żeby dziecko nie zaczęło brać. Narkotyki są przeraźliwie łatwo dostępne, pierwsza partia jest za darmo. Nie ma nic gorszego niż prochy.

Swoją twórczością przemawiasz głosem rodzica? Sam jesteś ojcem i dziadkiem.

- Jestem zadeklarowanym wrogiem prochów. Sam nigdy nie ćpałem. Może dwa razy w życiu miałem styczność z zielonym, ale nawet nie wiedziałem, co to właściwie jest. Nie wciągnęło mnie. Może miał na to wpływ starszych kolegów, dobierałem ich odpowiednio. Oni nauczyli, że wystarczy wódeczka (śmiech).

Kim jest "Żulietta", której poświęciłeś tytuł piątego numeru na "Rollu"?

- To reprezentantka wszystkich tych, którym w życiu nie wyszło i możemy ich teraz spotkać na ulicach naszych miast. To reprezentantka tzw. "meneli". "Żulietta" jest opowieścią o kobiecie, która kręciła się w miejscu, gdzie mieszkałem. Z różnych powodów życie jej nie wyszło. Zawsze mogła na mnie liczyć, spotykałem ją regularnie. Aż do dnia,  kiedy nie pojawiła się w umówionym miejscu.

Jej świat, jak piszesz, "zgasł"?

- Tak. Najpierw blask, później świat, życie...

Który tekst, bo jesteś autorem wszystkich, jest dla ciebie najważniejszy?

- "Ja". To autobiografia, coś w rodzaju mojej spowiedzi. Przestaję się już wszystkim dookoła przymilać. Zaczynam mówić swoim głosem.

"Coraz mniej chcesz"?

- To dotyczy kwestii materialnych. Do tej pory nie mam samochodu, mieszczę się w czterech konkretnych pudełkach, ale za to jako nieliczny w tym kraju mam 317 podkoszulków, które kupuję w ciucholandach.

Co, według ciebie, znaczy być rock'n'rollowcem?

- Rock, drugs and rock'n'roll - to hasełko w dzisiejszych czasach nie tyle przereklamowane, co śmieszne. Dla mnie to bycie muzykiem, utrzymywanie się z tego.

O byciu rock'n'rollowcem piszesz w "Pułapce". W utworze tym nawiązujesz też do oskarżeń wobec Romana Polańskiego.

- "Pułapka" to przede wszystkim historia zespołu Decapitated. Muzycy tej grupy zostali oskarżeni przez amerykański system prawny o straszne rzeczy. Natomiast sprawa naszego słynnego reżysera jest o tyle inna, że pokrzywdzoną 13-latkę przywiozła do posiadłości Polańskiego jej matka. Nikt nie chce odpowiedzieć na pytanie: "Dlaczego matka zrobiła to swojemu dziecku?". Koledzy z Decapitated zostali oskarżeni o czyny, których, w mojej ocenie, się nie dopuścili. Zakończenie "Pułapki" jest cyniczne: "Czy pijany byłem albo chamski? Nie, wysoki sądzie, byliśmy jak Polański".

Według mnie powinno być jedno prawo na całym świecie, a nie tak jak jest w USA, gdzie w jednym stanie Polański jest uznany za winnego, a w sąsiadującym już nie. To tekst, który traktuje o paranoi prawnej. Oskarżeniami możemy zniszczyć komuś życie. Napisałem go ku przestrodze.

To ostrzeżenie dla muzyków czy ich fanek?

- Dla wszystkich. Piłka jest krótka - od sytuacji bardzo miłej do przestępstwa jest jeden krok.

Mówiłeś, że nie chcesz, by muzyka była polityczna, ponieważ codziennie słyszymy wystarczająco dużo złych wiadomości, ale "Żulietta" i "Pułapka" wcale nie kojarzą się z pozytywnymi doświadczeniami.

- To są właściwie wyjątki. Pozostałe są cieplejsze.

Kawałek, który jest zwieńczeniem płyty, to "Okazja". Kończysz słowami: "nie wsiadam, już wolę stać".

- Był taki moment w moim życiu, kiedy się trochę pogubiłem. W tym kawałku porównałem swoje doświadczenia do jazdy tytułową okazją. Nie reaguję już na okazje, które mi się trafiają.

Ustatkowałeś się?

- Gdybyś spotkała dzisiaj Lemmy'ego Kilmistera czy Angusa Younga powiedzieliby ci, co jest w życiu naprawdę ważne - miłość. Ważne, żeby ją pielęgnować, a nie niszczyć. "Nuda" jest piosenką o spieprzonej miłości. Niestety, większość związków, które znałem, kończyła się rutyną.

Znałeś z własnego doświadczenia?

- Tak, piszę o rzeczach, które przeżyłem. 99 na 100 moich opowieści są o tym, czego sam doświadczyłem lub o przeżyciach moich znajomych.

Na razie tych opowieści na swoim koncie masz 10, nie 100. Będzie ich więcej?

- Mam zapisanych 178 rozdziałów książki, którą, być może, wydam. Piszę, bo jestem wrażliwcem, zodiakalną Rybą.

Wspomniany wcześniej przez ciebie Marek Piekarczyk powiedział mi kiedyś, że miłość jest dowodem na istnienie Boga.

- Dla mnie Piekarczyk jest w pewnym sensie dowodem na istnienie Boga. Obserwuję go od 35 lat. Widziałem setki koncertów i spektakli z jego udziałem, ale obserwowałem go też w sytuacjach dla artysty bardzo nietypowych. I mimo tego, ilekroć go słyszę, mam ciary. Jeśli ktoś wzbudza w nas takie uczucia, to coś jest na rzeczy... I to nie jest żaden sentyment. Tak się po prostu dzieje.

Bóg jest w ludziach? W muzyce?

- Dokładnie tak. Każdy z nas jest Bogiem. W tym, jaki jest i w tym, co tworzy każdego dnia. I nie trzeba być wielkim artystą. Wystarczy być dobrym piekarzem czy zwykłym uczciwym człowiekiem. 

***

Album "Roll" zespołu 4Szmery, który tworzą: Robert "Sierściu" Mastalerz (wokal), Andrzej Tabor (perkusja), Grzegorz "Gabi" Gruca (bas) oraz gitarzyści Jacek Szwed i Arkadiusz Kluczewski, ukazał się 8 listopada (więcej informacji TUTAJ).

Formację z Bochni na żywo można posłuchać podczas występów w całej Polsce (i nie tylko!). Plany koncertowe można śledzić za pośrednictwem Facebooka, klikając TUTAJ.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: 4 Szmery

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje