Reklama

Reklama

"Reakcja łańcuchowa"

"Limbic System", druga płyta warszawskiej grupy Rootwater, to jeden z najmocniejszych punktów na polskiej scenie ciężkiego grania pierwszego półrocza 2007 roku. Ekipa ze stolicy po podpisaniu kontraktu z Mystic Production niemal z marszu ruszyła w miesięczną trasę "Mystic Tour" u boku Virgin Snatch, Frontside i Hunter, a już w czerwcu wystąpi na Mystic Festival razem z m.in. legendarnym Slayerem. Tuż po zakończeniu krakowskiego koncertu w ramach "Mystic Tour" na zapleczu klubu "Loch Ness" Michał Boroń rozmawiał z wokalistą Maćkiem Taffem. Pod koniec rozmowy do nich dołączył gitarzysta Sebastian Zusin.

Przede wszystkim gratulacje - bo w sumie dzięki udziałowi w trasie Mystic Tour z niemal nieznanej ekipy macie spore szanse stać się uznaną marką w ciężkiej muzyce. Oczywiście to również zasługa bardzo dobrej płyty "Limbic System"...

Maciek Taff: Wielkie dzięki! Ale tak naprawdę mieliśmy ogromnego farta, że akurat w tym momencie i na tym etapie naszego grania spotkaliśmy się z Michałem [Wardzałą, szefem Mystic Production - przy. red.] i doszło do współpracy z Mystic. Wiesz, jest wiele dobrych bandów, dysponujących doskonałymi materiałami, którym brakuje tego łutu szczęścia.

Reklama

Żyjemy w brutalnych czasach i nie wystarczy grać dobrą muzę i mieć dobry band, trzeba mieć jeszcze ekipę, która zadba o rzeczy stricte pozamuzyczne - wydanie, dystrybucję, promocję, zainwestuje w band (i to nie są niestety małe pieniądze). Trafiliśmy na Michała, który zaproponował nam na starcie lepsze warunki niż kiedykolwiek chcieliśmy wynegocjować - mówiąc krótko zapytał: "Wchodzę w to na 100 %, a wy?". Nie mogło być innej odpowiedzi niż "tak".

I rzeczywiście: 1 marca premiera płyty, 1 marca 30-dniowa trasa po Polsce z doborowymi bandami: Virgin Snatch, Frontside i Hunter, czerwiec to występ przed Slayerem w Katowicach [w ramach Mystic Festival - przyp. red.], wrzesień trasa z Behemoth po Polsce - mało jak na początek? Facet nie kłamał! Oczywiście trzeba dużo grać, ciężko pracować, wypracować skład, nagrać dobrą płytę itd., ale bez farta nic nie zdziałasz.

Trasa prawie za wami - jakie wrażenia, jaki był odbiór waszej muzyki?

Nadspodziewanie dobry! Bardzo dobry! Wiesz, jechaliśmy z pełną świadomością , że jesteśmy supportem, że nikt nas nie zna, że będziemy zaczynać grac dla pustej sali i do pustej podłogi. Dlatego skoncentrowaliśmy się na tym, czym nasza muza jest dla nas - a jest ogromną radością i zabawą, dla nas samych.

I może to zdecydowało, że wiele osób przyłączało się do wspólnej zabawy, a im więcej ludzi tym większa energia, wiec wiesz - zachodziło coś na kształt reakcji łańcuchowej. Ludzie bardzo nas wsparli i to ich energia w 90% zdecydowała o charakterze koncertów. Mega dzięki dla was ludzie!

Przechodząc do płyty - na mnie największe wrażenie robiły fragmenty jak "Dorico", "Caje sukarije" czy "Balcan Butterfly", gdzie pojawiają się etniczne, bałkańskie brzmienia. Skąd u was skłonności do sięgania po muzykę z tego regionu?

Czy bałkańskie? Hmmm, raczej stricte folkowe. Od lat siedzimy w folku, fascynuje nas jego pierwotna energia i puls, jaki jest uzyskiwany za pomocą naprawdę minimalnych środków. Poza tym wbrew pozorom koncentrujemy się na naszym, szerokopojętym folku słowiańskim, który został poprzez dwie wojny światowe i rządy czerwonego reżimu niemalże wytrzebiony na naszych ziemiach i zredukowany do karłowatej formy "ludowego" modelu mazowiecko-łowickiego.

A musimy pamiętać, że muzyka na naszych terenach ma wielką tradycję i jeszcze większą historię, sięgającą co najmniej kilkuset lat. Mieszały się tu i współistniały ze sobą bardzo różne kultury: polska, śląska, czeska, niemiecka, ruska, ukraińska, tatarska, pruska, ormiańska, żydowska, turecka i wiele innych. Miało to ogromny wpływ na to jakie dźwięki nam dzisiaj "w duszy grają". Tak to czujemy, tak to gramy i nie jest to dla nas żadnym obcym elementem.

Na płycie jest wasza wersja "Caje sukarije", nagrania znanego m.in. z wykonania Bregovicia. I zatem takie prowokacyjne nieco pytanie: czemu na okładce nie ma informacji, że to nie jest wasz w pełni autorski utwór?

Oryginalne "Caje" jest utworem public domain, wykonywanym od lat przez Cyganów całego świata, w różnych dialektach, z różnymi słowami, ale niezmiennie z tą samą radością i niesamowita energią.

My zrobiliśmy jej własną interpretację, nawiązując do naszych polskich uwarunkowań i bazując na wykonaniach naszych polskich Romów. Żaden z wykonawców tej pieśni nie informuje, że to nie jego kompozycja, to się rozumie samo przez się. To stara przepiękna pieśń należąca do całego świata, z całą pewnością nie napisana ani przez Bregovica, ani przez Rootwater.

Za sprawą tych bałkańskich ciągotek pojawiły mi się skojarzenia z Soulfly. A wśród nazw, które sobie wypisałem słuchając waszej płyty znalazły się również m.in. System Of A Down (wokale!), Pantera, a także Sepultura z czasów Maksa z etapu "Roots, Bloody Roots". Obrażacie się w ogóle na tego typu porównania?

Obrażać się???!!! Żartujesz! Jeżeli porównują cię do najlepszych, to tylko się cieszyć, to świadczy, że udało nam się stworzyć coś, co ma swoją, określoną, wcale nie najniższą jakość. Co do wymienionych bandów to oczywiście je znamy, lubimy i szanujemy, ale mamy zupełnie różne korzenie. Jak widać jest wiele dróg, ale wszystkie prowadzą do Rzymu (śmiech).

A jak wygląda sprawa waszych ulubieńców?

To bardzo szeroki temat. Jest nas pięciu i każdy jest z innej beczki, każdy ma inne orientacje muzyczne, fascynacje, własnych ulubieńców.

Ja z jednej strony siedzę w folku z pod znaku Hedningarny i Huun Hur Tu, z drugiej w klasycznym hc / punk jak The Exploited i Dead Kennedys, gdzieś po drodze jest Peter Gabriel, Paco de Lucia, Al di Meola, i całe spektrum ambientów i muzyki filmowej (np. "Piano").

Artur, nasz bębniarz jest zdeklarowanym jazzrockowcem, uwielbiającym Toto i Judas Priest, basista Heinrich [grający także w blackmetalowej Vesanii - przyp. red.] siedzi dokładnie we wszystkim, od eklektycznego jazzu po totalnie diabelskie wyrzygi, np. Masachist.

Gitarzyści Seba i Michał słuchają wszystkiego, naprawdę: od the Beatles do Korna, od Johna Scofielda do Pink Floyd, do tego folk, ambient. Naprawdę jest tego dużo, ale folk jest dla nas wspólnym mianownikiem.

Słychać, że przywiązujesz wielką wagę do wokali, bo na płycie nie ma czasem spotykanej rąbanki na jedno kopyto.

Trudno mi odpowiedzieć na takie pytanie, zrobiłem wokale tak jak umiałem najlepiej, lepiej nie potrafiłem. Starałem się wpasować w muzykę, przede wszystkim jej nie zepsuć, a jak wyszło - nie mnie oceniać...

Jeśli chodzi o kwestie lingwistyczne - głównym językiem jest angielski, ale słychać również polski (fragment "Caje sukarije"), serbski, hiszpański (wstęp do "Dorico"), jakiś arabski ("In Limbo"), a ostatni numer zaśpiewany jest po francusku.

Jest jeszcze hindu, i hebrajski... Wiesz, mieliśmy bardzo wyraźne wrażenie, że pewne melodie trzeba śpiewać w języku regionu, gdzie powstały, inaczej stracą swój niepowtarzalny urok. Wyobraź sobie dumki ukraińskie śpiewane po francusku, albo Ezan śpiewany z minaretu po angielsku czy flamenco po polsku. Pewnych rzeczy nie da się zrobić bez utraty pierwotnej siły, głos ludzki jest też instrumentem i my go tak traktujemy.

Szczególnie nietypowo brzmi ten francuski, bo w końcu rzadko słychać o łączeniu go z takim ostrym graniem.

Tak, ale to ta sama sprawa. Jak tylko go zagraliśmy pierwszy raz na próbie, od razu to wiedzieliśmy. "Francuz" miał taką melodię, podziały, taki swoisty klimat, tak sobie wyobrażamy melodie z nad Sekwany, więc nawet nie było dyskusji w jakim języku go zaśpiewamy.

Niestety nie znamy tego języka, więc był problem lingwistyczny, na szczęście rozwiązany przez naszą przyjaciółkę Ewę Gwiazdecką, która nie dość, że podjęła się trudu nauczenia mnie artykulacji, to jeszcze wspólnie z Arturem napisała tekst.

Zawarła w nim wszelkie zastrzeżenia jakie mamy do tzw. europejskiego ładu, porządku i sprawiedliwości społecznej. Przywołała te wydarzenia, które świadczą, że cierpliwość społeczeństw nie jest nieograniczona, że demolki z ulic Warszawy i Paryża mogą dotrzeć do Brukseli i prawdopodobnie dotrą... Być może jest to niestety jedyny sposób, aby zadowoleni z siebie eurokraci uświadomili sobie, że są w służbie społeczeństw, a nie ich władzą.

Czy są szanse na więcej utworów w naszym języku?

Tak, z pewnością. Zwłaszcza po tej trasie, gdzie przeprowadziliśmy naprawdę setki rozmów z ludźmi, którzy są autentycznie zainteresowani treściami kawałków, a samodzielne ich tłumaczenia mogą w mniejszym lub większym stopniu deformować pierwotną ich wymowę.

Dlatego przygotowujemy "oficjalne" tłumaczenia, które będą na naszej stronie. Poza tym, pierwotnie płyta miała zostać nagrana w dwóch wersjach językowych, ale Michał narzucił takie tempo nagrania i produkcji albumu, że z ledwością wyrobiliśmy się z wersją angielską.

Na mnie największe wrażenie sprawił mocny utwór "Dorico". Czy wy macie swoje ulubione?

"Dorico"? Tak, nam też się podoba. Jest to kawałek inspirowany takim tradycyjnym folkowym ambientem rodem z Portugalii, tak spokojnym, że trudno w nim wyodrębnić jakiś konkretny rytm, ale Seba usłyszał tam nawet gotowe riffy, chyba jako jedyny na świecie i zagrał je na próbie - chwyciły, więc zostały.

Co do naszych ulubieńców to trudno powiedzieć... Ostatni kwartał związany z zamykaniem, nagraniem płyty i trasą był dla nas bardzo intensywny i tak naprawdę nie zdążyliśmy jeszcze spokojnie usiąść i obiektywnie spojrzeć na to, co się wydarzyło: co nagraliśmy, jak nagraliśmy, co jest dobrze, a co źle.

Szczerze mówiąc, byliśmy tak zmęczeni tym materiałem, że najbardziej podobała nam się cisza pomiędzy kawałkami (śmiech). Na razie jesteśmy zadowoleni, że płyta trafiła do ludzi, że "żre" na koncertach, ma pozytywny odbiór, to nas bardzo cieszy, chyba najbardziej.

Tytuł albumu oznacza układ limbiczny, czyli jak sobie sprawdziłem układ w mózgu biorący udział w regulacji zachowań emocjonalnych. Na jakie emocje chcecie wpływać?

Nie my wpływamy na emocje, tylko cała rzeczywistość, cały tzw. real, który jest wokół nas. On wpływa na nasze emocje. Odpalasz telewizje i zaczynasz programowanie. Wielki Brat mówi ci, że jest nowy krem do twarzy dla twojej kobiety, a tamten jest do dupy, żebyś kupił nowy samochód, bo jest świetna cena. A nawet jak nie masz pieniędzy, to żebyś się zadłużył, bo są świetne warunki.

Zadłuż się, kupuj, nie myśl, nie wychodź z domu, wyłącz mózg - w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę przestałeś żyć. Że żyjesz cudzym życiem, które oglądasz w serialu, przejmujesz się tym, co się tam stanie. Nie masz własnego życia i zdajesz sobie sprawę, że nie powinieneś mieć własnego życia, bo to przeszkadza w konsumpcji. W całym tym przepływie pieniądza w gospodarce, twoje własne życie, twoja samoświadomość, jest ogromną przeszkodą. Jeżeli zaczniesz się zastanawiać na ch** ci nowa komórka. Ta, którą masz może i jest odrapana, ale wciskasz numer i działa, wybiera. Więc na ch** mi nowa! Ale cały czas dostajesz informację, że to jest syf, kup nową, wtedy pójdziesz do baru, spotkasz piękną dziewczynę, zakochacie się, kupicie sobie lodówkę, weźmiecie kredyt itd.

Cały czas dostajesz taki przekaz, który wpływa na twoje emocje, stymuluje je. Tak naprawdę stymuluje cię to do chciwości, że chcesz coraz więcej, nie zastanawiasz się nad relacjami z innymi ludźmi. Jestem tylko ja i nic więcej - ja i moje własne potrzeby.

W pewnym momencie albo dajesz się w to porwać - jesteś utopiony i tak naprawdę jesteś martwy, albo dostajesz totalnej kur**cy i mówisz: "Nie, zaraz, ja pierd***! Ja tak nie chcę!". Ja tak zrobiłem trzy lata temu - odkręciłem antenę, wyje**łem ją na śmietnik i nie mam telewizji. Zaczęliśmy grać, spotykać się z ludźmi, rozmawiać. Po 20 latach życia odkryliśmy, że rozmowa jest podstawą komunikacji międzyludzkiej, co na dzień dzisiejszy jest zapomniane. Mamy gadu-gadu, mamy SMS-y, mamy internet, ale nikt z nikim ku*** nie rozmawia - to jest tragedia!

Rodzina jak przychodzi do domu to odpala telewizor, a nie rozmawia o problemach, bo problemy są tematem niesympatycznym. Nie będziesz rozmawiał o problemach z żoną, bo po co sobie psuć wieczór, w pracy masz wystarczająco duże kłopoty, więc lepiej ponarzekać w stylu, co oni pier**** w tej telewizji. Jesteśmy atakowani ze wszystkich stron.

Sebastian Zusin: Przez mass media, przez to, co nas otacza. Gdybyśmy mieli po 20 lat, to może byśmy śpiewali o smokach, rycerzach, diabłach i tego typu rzeczach, ale z perspektywy czasu mamy chyba coś więcej do powiedzenia. Zmienia się próg obserwacji, postrzegania świata.

To, co Maciek mówił, że wywalił mass media ze swojego domu. Ja sam siedzę w korporacji, gdzie robię różne rzeczy - grafikę i inne duperele - dla innych korporacji, ale mam do tego dystans. Jestem powiedzmy wrzodem anarchicznym w systemie. Wyciągam z systemu potrzebne mi środki do życia, natomiast pieprzę to wszystko! Gówno mnie to obchodzi.

Stąd tytuł "Limbic System". Kiedyś powstałą ta nazwa, jakieś dwa lata temu. Szukaliśmy wtedy fajnego tytułu na album, może na piosenkę. Któregoś dnia wysłałem 300 tytułów, ale Maciek potraktował tę listę w stylu: "Seba, zajebiście, ale wszystko do dupy" (śmiech). Ale spotkaliśmy się i wtedy nam się przypomniał ten "Limbic System" i okazało się, że to fajne jest. Zgodziło się nam to z całą poetyką, z muzyką.

Jakieś podobno przymiarki do klipu będziecie robić?

Maciek Taff: Chcemy najpierw tą trasę dokończyć. Mieliśmy ostatnie 4 miesiące bardzo intensywne. Na razie jeszcze nie jesteśmy w stanie obiektywnie stwierdzić co się stało. Nie mamy totalnie do tego dystansu, ani do tej płyty, ani do tej trasy. Wszystko jest w biegu

Żeby zrobić klip - a na pewno go będziemy robić - musimy wypracować sobie w miarę obiektywne widzenie tego, co zrobiliśmy na płycie. Dopiero gdy się nam to skrystalizujemy, to dopiero do tego przystąpimy.

Produkcją płyty zajął się Tomek "ZED" Zalewski, któremu pomagał Krzysiek Palczewski. Chciałem zapytać o tego drugiego, bo "ZED" to już pewna marka metalowa, a Krzysiek jest kojarzony głównie z muzyką nieco inną niż wasza.

Maciek Taff: Krzysiu kojarzony jest przede wszystkim z Collage, Satellite, z Anitą Lipnicką i Johnem Porterem, więc jest to producent stricte popowy. Jest to też doskonały muzyk, a przy okazji mój wieloletni kolega i przyjaciel. Znamy się

Ze starej warszawskiej załogi, graliśmy razem w różnych bandach i siłą rzeczy jak przystąpiłem do nagrywania tej płyty, nie miałem najmniejszych wątpliwości z kim będę nagrywał wokale i elementy folkowe. Potrzebowałem muzyka, bo my jesteśmy grajkami, muzykantami. Krzysio jest muzykiem po pierwsze z wykształcenia, po drugie z pasji, po trzecie z tego co robi. Czyli potrójny muzyk, który doskonale zna teorię muzyki, zna praktykę muzyki, ma słuch (w odróżnieniu od nas) i wiele elementów melodii, które się pojawiają na tej płycie to zasługa Krzysia.

To, że ta płyta nap***dala, że ma dynamikę, to jest Tomek, a że tam jest muzyka i melodia to jest Krzysio. Nie wyobrażałem sobie tej płyty bez Krzyśka. Myślę, że wszystkie nasze produkcje w najbliższym czasie będą z całą pewnością z Krzysiem, oczywiście jeśli znajdzie dla nas czas.

Sebastian Zusin: Maciek jest twardym facetem, który lubi mieć dobrego przeciwnika. Gdyby to był jakiś miękki koleś, to by nie było takich wokali. A tu trafił swój na swego. Maciek się tam natężał, napinał, robił te wokale, a Krzysiu mówił "Bardzo dobrze, jeszcze raz". Po 20 razie Maciek miał wk**wa, rozp****lał ściany, wychodził. Krzysiek postawił poprzeczkę bardzo wysoko i Maciek się z tym nieźle zmierzył.

Maciek Taff: Jestem mu za to ogromnie wdzięczny, bo tego się spodziewałem od niego. Facet robił z Anitą Lipnicką, Eweliną Flintą i wie jak powinny brzmieć piosenki, a nam zależało na piosenkach.

Na sam koniec pytanie do Maćka o Neolithic. Czy w sytuacji gdy tak intensywnie działa Rootwater, oznacza, że ten zespół odchodzi całkiem w cień?

Maciek Taff: Nie chciałbym wychodzić przed szereg, bo Neolithic to nie jest mój band, ja tam jestem tylko wokalistą. Generalnie wygląda to w ten sposób, że Neolithic jako band przestał istnieć. Ustaliliśmy z Piotrem Wtulichem [Kay, gitarzysta i lider Neolithic - przyp. red.] po wielu rozmowach, że tak naprawdę kontynuacja tej nazwy, w takim składzie, z taką muzyką, jest absurdem, bo tak naprawdę nie jest to Neolithic.

Neolithic był kapelą deathowo / black metalową, a my tu gramy prostego rock'n'rolla, wesołego, bez zadęcia. Więc po pierwsze zmiana nazwy, po drugie ustawienie priorytetów i pogodzenie harmonogramów wszystkich muzyków, bo jak wiesz grają tam m.in. Orion z Behemoth i Darray z Vadera. Myślę, że to będzie raczej projekt niż band, ale to zależy od Piotra jak on to poprowadzi. Z całą pewnością materiał zostanie dokończony, premiera będzie we wrześniu w Mystic Production, będzie kupa śmiechu i zabawy. Natomiast logistycznie będzie to ciężkie przedsięwzięcie.

Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje