Reklama

Pull The Wire: Liczą się szybkie strzały [WYWIAD]

Zespół Pull The Wire wydał album "Życie to western" /Dominik Malik /materiały prasowe

Zespół Pull The Wire jest obecny na polskiej scenie rockowej od 2005 roku. W lipcu ukazał się kolejny w dorobku grupy album - "Życie to western".

Skład Pull The Wire tworzą: Paweł "Marszal" Marszałek (gitara, wokal), Daniel "Koziar" Koźbiał (gitara), Adam "Micro" Marszałek (bas), Marek "Janek" Adamek (perkusja).

Oliwia Kopcik, Interia: Ostatnio występowaliście na Jarocinie. Jak wrażenia?

Marszal: Bardzo pozytywnie, było super. Deszcz straszył, ale na szczęście nie było burzy, ludzie dopisali, świetnie się bawili. Zresztą my również. Wszystkim polecam festiwal w Jarocinie.

Micro: No i polecamy kolejne edycje, bo zespoły, które są zapraszane, fajnie wpasowują się w nurt tego, co się w polskiej muzyce teraz dzieje.

Reklama

A macie taki festiwal, na którym wyjątkowo chcielibyście zagrać? Taki, z którego sceny moglibyście powiedzieć, że to spełnienie marzeń?

Micro: Ja bym chciał na jakimś zagranicznym festiwalu wystąpić, bo do tej pory mieliśmy przyjemność tylko na Ukrainie i w Czechach. Myślę, że to nam bardzo dobrze zrobiło i nie mogę się doczekać, aż znowu pojawi się propozycja zagrania za granicą.

Marszal: Sziget Festival!

Marek: O tak, Sziget... Nie wiem, czy jakiś festiwal konkretny, ale na pewno wyjazd gdzieś do Polonii, czy to do Wielkiej Brytanii, czy do Stanów, mi się marzy.

Marszal: To by się na pewno super sprawdziło. Bo w Polsce z takich ważniejszych rockowych festiwali to mamy już odhaczone prawie wszystko. Ale to nie znaczy, że nie chcielibyśmy tam wracać. Zawsze chętnie gramy na dużych scenach. Na małych zresztą też.

Wszyscy mówią, że rock'n'roll zatacza koło, wy śpiewacie, że jest zgniły. Naprawdę myślicie, że jest aż tak źle?

Marszal: AŻ TAK źle nie jest, ale to jest nasza obserwacja sytuacji. Możemy to obserwować z naszej perspektywy, bo jesteśmy takim zespołem, który wystąpi na Jarocinie obok wielkich gwiazd polskiego rock’n’rolla, ale gramy też samodzielne koncerty po małych klubach i wtedy występujemy z początkującymi zespołami. Więc mamy widok na przekrój całej rockowej sceny i niestety musimy stwierdzić, że tak jak w tej piosence, często i młodzi i starzy mają sporo za uszami. Dzieje się tam nieciekawie, ale oczywiście są też wyjątki. Znamy dobre, młode zespoły, które zachowują się zupełnie inaczej niż w "Zgniłym polskim rock’n’rollu". Są zespoły The Suits i Nietrzask i są też takie z ponad 30-letnią historią, jak Big Cyc, gdzie wszyscy są cały czas kumplami i mimo często bardzo radykalnie różnych światopoglądowych podejść do życia, tam nie ma żadnych tarć i wszyscy dobrze się ze sobą czują. Odpowiadając krótko - i tak, i nie. Rock’n’roll polski jest zgniły, ale są wyjątki. I tymi wyjątkami należy się cieszyć, a o tych niechlubnych momentach warto mówić, żeby to wyplenić.

Odnosicie się do polskiej sceny - ta sztuczność, o której śpiewacie, faktycznie dotyczy tylko naszej sceny czy to światowy "trend"?

Marek: Oczywiście, że nie tylko u nas tak jest. Rock’n’roll bywa zgniły na całym świecie. Na przykład w zespole Aerosmith była taka sytuacja, że nie chcieli wpuścić na scenę swojego perkusisty, bo stwierdzili, że nie umie grać. Takie sytuacje mają miejsce i naprawdę jest to duży kaliber. Podejrzewam, że to idzie w parze z pieniędzmi.

Micro: Trochę czarny humor, ale moda przychodzi z Zachodu.

Marszal: U nas w piosence śpiewamy, że "tu nie chodzi o kasę", a tam już może chodzić. Musimy zagrać trochę tych festiwali, wtedy podejrzymy, jak wygląda rock’n’roll za granicą i wrócimy z drugą piosenką - "Zgniły światowy rock’n’roll" albo "Rock’n’roll zgnił tylko u nas" [śmiech].

To kto według was jest takim prawdziwym rock'n'rollowcem?

Marszal: Koziar [Daniel "Koziar" Koźbiał, gitarzysta Pull The Wire - przyp. red.]. Nasz gitarzysta jest prawdziwym rockmanem, który daje z siebie zawsze 100% na scenie, dużo krzyczy, dobrze się bawi, a później spełnia się jako hydraulik [śmiech].

Marek: Albo na wspomnianym Jarocinie - pan Patyczak ma zdecydowanie punkowo-rock’n’rollowe serce. Zrobić takie show, mając tylko gitarę i 20 minut na scenie... No coś niesamowitego.

Kiedyś rock był traktowany jako muzyka buntowników, był ważną częścią "walki z systemem". Myślicie, że nadal może mieć taką moc czy to już gatunek jak każdy inny?

Micro: Myślę, że cały czas ten buntowniczy pierwiastek w muzyce rockowej jest. Ja na przykład jestem wielkim fanem zespołu Anti-Flag i jak tylko przyjeżdża do Polski, to pojawiam się ze względu na energię, którą mają na koncertach. Razem z tą energią niosą ze sobą jakiś przekaz pełen buntu. Podziwiam ich właśnie za tę energię i rozkręcanie magicznej atmosfery rock’n’rolla.

Marszal: To też pytanie, jak definiujemy bunt. Z jednej strony zwłaszcza młode zespoły mówią: "Krzycz, rzucaj cegłami, walcz, zdzieraj pięści", ale takim buntem też jest, tak mi się wydaje, przedstawienie jakiejś sytuacji i nakłonienie do rozmyślania nad tym, o czym się śpiewa. Na pewno rock’n’roll taki bunt przejawia, tylko w trochę mniej agresywny sposób. Chociaż teraz też dużo w rock’n’rollu jest na wesoło, może trochę szyderczo. To też jest potrzebne, ale myślę, że jest jeszcze sporo kapel, które mają coś ciekawego do powiedzenia, może w mniej buntowniczo-agresywny sposób, ale właśnie taki nakłaniający do kontemplacji. Może to jest nawet lepsze niż agresja...

Micro: Ja bym też zwrócił uwagę na jeden z naszych utworów pt. "Krzycz". Jak wypuściliśmy refren tej piosenki, to jeszcze nie do końca było wiadomo, o czym tak naprawdę ta piosenka jest. Polecam przysłuchać się zwrotkom, bo ten bunt jest trochę inny, niż wszyscy się spodziewali.

Przy okazji teledysku do "Zgniłego polskiego rock'n'rolla" mówiliście, że młode zespoły "nieumiejętność pisania tekstów maskują językiem angielskim". Ja na przykład bardzo lubię, kiedy ktoś śpiewa po polsku, ale bez angielskich tekstów chyba nie ma szans na karierę gdzieś poza krajem?

Marszal: Oczywiście, ale poza angielskim, żeby zrobić karierę za granicą, potrzebne są też jaja. Jeżeli zespół decyduje się na granie po angielsku i chce grać koncerty tylko w Polsce albo nie ma odwagi, żeby wziąć kredyt, wpakować się do busa, pojechać na rok w trasę do Niemiec, Francji, Czech, Wielkiej Brytanii, gdzie to mogłoby się sprawdzić... Są w Polsce kapele, które świetnie grają i śpiewają po angielsku, ale nie wychylają nosa z Polski, bo do tego trzeba odwagi. Trzeba podjąć duże ryzyko, bo w inny sposób to się nie sprawdzi. Trzeba zrobić taką trasę i wrócić, jak Vader czy Decapitated. Dopiero wtedy to w Polsce zadziała. Wydaje mi się, że w tym momencie nie ma innej drogi dla kapel śpiewających po angielsku. To się w Polsce na początku nie wybije. Trzeba się pokazać za granicą i wrócić z tarczą, a nie na tarczy. A poza angielskim i dobrymi słowami, trzeba też umieć śpiewać po angielsku, bo z tym też nie jest tak łatwo - ja na przykład nie umiem tego robić, dlatego nie robię.

Śpiewacie, że "Internet to teatr absurdów, gra pozorów" - to ma bardzo negatywny wydźwięk, ale jednak, jeśli chcecie dotrzeć swoimi tekstami do młodych ludzi, to chyba jest to najlepsze miejsce? Poza tym jeszcze niedawno nie dało się grać koncertów inaczej niż "na nieżywo", jak to określacie. W tym wypadku bez Internetu fani nie mieliby żadnego kontaktu z muzykami.

Marszal: Tak jest. To nie jest piosenka o tym, że uważamy Internet za zło i pomiot szatana. Absolutnie nie. Chcieliśmy wskazać na takie patologiczne wynalazki. Chcieliśmy ośmieszyć wszystkie te złe tematy, a jednocześnie dać do myślenia, zarówno klipem, jak i warstwą liryczną. Ale to nieprawda, że uważamy Internet za zło i najchętniej byśmy się go pozbyli. My dzięki Internetowi istniejemy tak naprawdę. Naszych piosenek też ludzie słuchają głównie za pośrednictwem Internetu. To jest fajne medium, fajne narzędzie, tylko trzeba umieć je dobrze wykorzystywać i aplikować sobie odpowiednie treści, a nie te odmóżdżające i patologiczne.

Micro: To jak z nożem, którym możesz sobie posmarować kanapkę albo wyjść na ulicę i straszyć ludzi.

Marek: Ktoś nam nawet zwrócił uwagę w komentarzu, że przez czarne okulary patrzymy na Internet i że wcale nie jest tak źle. No nie jest, to prawda. Internet jest wielobiegunowy, my się uczepiliśmy kilku obszarów, które nas gryzą i zarysowaliśmy niepokojący kierunek, w którym może to zmierzać. Nie negujemy Internetu per se.

Marszal: Pozwoliliśmy sobie użyć hiperboli, bo artystom wolno [śmiech].

Jeśli życie to western, to raczej "W samo południe" czy "Pewnego razu na dziki zachodzie"?

Marszal: "W samo południe" zdecydowanie. Liczą się szybkie strzały i emocje. To jest najważniejsze w życiu. I w westernie.

Gdybyście wiedzieli, że słucha was cały świat, to co byście powiedzieli?

Marszal: Słuchajcie dalej i do zobaczenia na koncertach!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: pull the wire | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje