Reklama

Obituary: W głębi duszy jesteśmy burakami (wywiad)

Florydzka grupa Obituary to jedna z najbardziej rozpoznawalnych nazw w świecie muzyki metalowej. W latach 90., wraz z Morbid Angel, Deicide czy Cannibal Corpse, budowali zręby, a następnie potęgę amerykańskiego death metalu.

O wydanej pod koniec października 2014 roku płycie "Inked In Blood", do której nagrania walnie przyczynili się wierni fani zespołu, Bartosz Donarski rozmawiał z braćmi Johnem (wokal) i Donaldem (perkusja) Tardy.

Reklama

Nad "Inked In Blood" pracowaliście ponoć aż trzy lata.

John Tardy: - Tak, ale komponując ten materiał świetnie się bawiliśmy. Sęk w tym, że było tak wiele różnych spraw, które odciągały nad od pisania, że zajęło nam to więcej czasu niż zakładaliśmy. Samo powstawanie muzyki przebiegało właściwie tak samo jak zawsze. Żadnego dwojenia się i trojenia, ani brania czegokolwiek zbyt poważnie. Po prostu Donald, Trevor i ja przy instrumentach.

Donald Tardy: - Nigdy nie byliśmy zespołem, który uważałby za konieczne wydawanie albumu co rok, ani nawet co dwa lata. Nie stresujemy się jakimś z góry wyznaczonym terminem. Te utwory same muszą nas znaleźć. Przez te wszystkie lata nauczyliśmy się, że lepiej się nie spieszyć i podążać naturalnym nurtem. Kilka razy opuszczaliśmy też studio, żeby pograć klasyczne numery, co sprawdziło się tak dobrze, że skończyło się trasą po całym świecie. Wracając do studia wznawialiśmy pracę nad muzyką, żeby upewnić się, iż jest dokładnie taka, jak chcemy. Koniec końców wydaje mi się, że ostateczny produkt dobrze to pokazuje, gdyż każdy utwór ma swój charakter i klimat.

"Inked In Blood" to faktycznie jeden z najmocniejszych zestawów utworów na jednej płycie Obituary. Od szybkich "Violence", "Minds Of The World" i "Centuries Of Lies", przez dynamiczne zmiany tempa w "Visions In My Head" i "Violent By Naure", po poteżne walce w rodzaju "Pain Inside" czy "Inked In Blood". Wszystko to brzmi bardzo ożywczo.

JT: - Dzięki, nam też podoba się ta płyta. Po całej tej pracy, jaką wkłada się w takie przedsięwzięcie, pozytywne komentarze, takie jak twoje, potrafią wiele wynagrodzić. W tej różnorodności pomógł też fakt, że niektóre utwory mają trzy lata, a inne zaledwie rok. Sporo zrobił też długi okres czasu pomiędzy faktycznym skomponowaniem tych numerów a ich nagraniem. To miało swoje znaczenie.

DT: - Kiedy widzę, że fanom naprawdę podoba się ten album, żaden z nas nie mógłby być bardziej zadowolony. To wspaniałe uczucie, zwłaszcza w perspektywie zbliżającej się, ogólnoświatowej trasy. W te utwory przelano wiele krwi, potu i łez, więc obserwowanie pozytywnych reakcji niezmiernie nas cieszy. Ze swojej strony dodam jeszcze, że my nigdy nie rozglądamy się dookoła i nie przywiązujemy wagi do tego, co dzieje się na dzisiejszej scenie. Nie zwracamy uwagi na inne zespoły, ani na to, co zrobiliśmy w przeszłości. Skupiamy się na konkretnej kompozycji i pozwalamy, by kontrolę przejął nad nami riff i perkusyjne uderzenie.

Obituary to jeden z tych nielicznych zespołów, który rozpoznaje się już po kilku dźwiękach, bo wasze brzmienie to marka sama w sobie, co w death metalu powszechnie raczej nie jest. Pielęgnowanie tego dziedzictwa jest chyba równie ważne. Być może właśnie to jest jednym z powodów długowieczności Obituary?

JT: - Własny styl to podstawa dobrego zespołu. Tego nie można się nauczyć, to się po prostu zdarza, to chemia. My mieliśmy to szczęście już na samym początku!

DT: - Bardzo wcześnie znaleźliśmy własne brzmienie i tak już zostało. Łatwo i prosto - z tego jesteśmy znani. Dobrze wiemy, że charakterystyczne brzmienie Obituary jest tym, czego oczekują od nas fani, którzy kupują nasze albumy. Bierzemy to sobie do serca. Prosto - to nasza dewiza.

John, twój wokal jest równie charakterystyczny, jak i cała reszta. Tym razem nawet bardziej wyrazisty i inspirujący.

JT: - Nie planowałem niczego odmiennego, tak to po prostu ze mnie wszyło. Z jakiegoś powodu, tym razem wydaje się, że to, co chciałem przekazać, słychać nieco lepiej niż zazwyczaj.

DT: - Podobnie jak reszta członków z zespołu, uważam, że z każdym albumem, każdą trasą i każdym kolejnym rokiem, wychodzi nam to coraz lepiej, i słychać to na tych nagraniach. Myślę, że na dwu pierwszych albumach John położył podwaliny pod swój wokal i teksty, co z każdym rokiem owocowało postępem zarówno w warstwie słów, jak i siły i skali jego głosu.

Tam, gdzie jest konsekwencja, jest i lojalność fanów, a kampania na Kickstarterze zdaje się to udowadniać. Czy jest coś, co w tej całej crowdfundingowej mobilizacji zaskoczyło was najbardziej?

JT: - Wcześniej w ogóle nie słyszałem o czymś takim, jak Kickstarter, i nie bardzo wierzyłem, że to może się udać. Mamy jednak najwspanialszych fanów na świecie i to oni pomogli nam to urzeczywistnić. Nie sądzę jednak, bym chciał to powtórzyć. Zbiórka i wysyłka wszystkich tych paczek kosztowała nas mnóstwo pracy. Było to jednocześnie świetne doświadczenie, a dla fanów możliwość otrzymania fajnych rzeczy, których na próżno szukać gdzie indziej.

DT: - Kickstarter był dla nas zupełnie nowym doświadczeniem, którego wcześniej nie bylibyśmy sobie w stanie wyobrazić. Byliśmy pod olbrzymim wrażeniem potężnego wsparcia ze strony fanów, dla których - mam nadzieję - też było to niesamowite przeżycie. Mnóstwo czarnej roboty dla każdego z nas, ale i coś, co pozwoliło nam robić to, co chcemy we własnym tempie, mieć kontrolę nad albumem, zespołem i naszą przyszłością. Chcielibyśmy podziękować wszystkim, którzy nas wsparli i mamy nadzieję, że podobało im się to, co od nas dostali.

Relapse Records wydaje się idealnym wydawcą dla tak powstałego albumu. Jaka jest właściwie natura współpracy z nimi?

JT: - Od momentu naszego pierwszego spotkania, ludzie z Relapse pomagają nam jak tylko mogą, we wszystkim. Współpraca, którą z nimi nawiązaliśmy pozwala nam zachować prawo własności do naszej muzyki i kontrolę nad tym, jak wszystko jest robione. Świetnie się z nimi pracuje; wykonują wspaniałą robotę, informacyjną, dystrybucyjną i w ogóle. Ze sposobu wydania tego albumu - dla odmiany - jesteśmy bardzo zadowoleni.

DT: - Relapse podeszła do tego zadania bardzo poważnie. Robią wszystko tak, jak obiecali. Jesteśmy nakręceni tym, że zostali naszymi partnerami przy "Inked In Blood", i z entuzjazmem patrzymy na możliwości współpracy z nimi w przyszłości.

Sami wyprodukowaliście ten album?

JT: - Nie tylko nagraliśmy, ale i zmiksowaliśmy całość sami we własnym studiu. Zrobiliśmy to po raz pierwszy. Kapitalna sprawa.

DT: - Mamy to studio już od kilku lat. Rejestrowaliśmy tam dwa ostatnie albumy, które potem zanosiliśmy do naszego inżyniera dźwięku Marka Pratora, ten zaś miksował je nam w swoim studiu "RedRoom". Tym razem jednak poszliśmy na całość i wszystkim zajęliśmy się na własną rękę. Zawsze byliśmy zespołem, który w studiu trzyma rękę na pulsie, jest zaangażowany, było to więc kolejny, logiczny krok, który chcieliśmy zrobić. Poza tym chcieliśmy pozostać w zgodzie z własnymi korzeniami, nagraliśmy więc ten album w bardzo oldskulowy sposób, polegając wyłącznie na sobie i naszych instrumentach. Zero triggerów, podmieniania dźwięków, grzebania w czymś po fakcie. Ustawiliśmy perkusję, porozstawialiśmy mikrofony, żeby uzyskać właściwe brzmienie, a to co słyszysz na albumie to po prostu dźwięk bębnów z pomieszczenia, i tyle. Może i nie jest to najmodniej brzmiący album, ale taki był nasz zamiar. Nagrywamy albumy od niemal 30 lat i chcemy pozostać w zgodzie z tradycją oldskulowej produkcji.

W tym składzie gracie już od kilku lat. Czy Terry (Butler; bas, eks-Death, Six Feet Under) i Kenny (Andrews; gitara) mieli jakiś wpływ na ostateczny kształt tej płyty od strony kompozytorskiej?

JT: - Choć to Donald, Trevor (Peres; gitara) i ja napisaliśmy te utwory, oni też byli z nami przez cały ten proces i sporo do niego wnieśli. Kenny natrudził się z solówkami we wszystkich utworach i wykonał świetną robotę. Praca z takimi ludźmi, jak ci dwaj, to przyjemność.

DT: - Obecność Terry'ego i Kenny'ego podczas procesu komponowania i nagrywania wywołała w nas jeszcze większe podekscytowanie w sensie generalnego klimatu tych kompozycji i samej pracy w studiu. W przeszłości praca w studiu była dla większości z nas nerwowym okresem, więc ta wyluzowana atmosfera w studiu, która towarzyszyła nam tym razem pomogła każdemu z nas w wykonaniu swojego zadania, bo jeśli jesteś w dobrym nastroju i dobrze się przy tym bawisz, zawsze zagrasz o wiele lepiej.

Macie jakiś kontakt z Allenem Westem i Frankiem Watkinsem (dawnymi, długoletnimi członkami Obituary)?

JT: - Ja nie. Jestem zbyt zajęty, żeby żywić urazę do kogokolwiek. My po prostu poszliśmy naprzód, ruszyliśmy dalej.

Z innej beczki. Cannibal Corpse wydali niedawno biografię. Myśleliście, by zrobić coś podobnego?

JT: - Nie.

DT: - Na tę chwilę nie. Może w przyszłości znajdziemy czas, żeby opowiedzieć fanom naszą historię na florydzkiej scenie deathmetalowej, żeby mogli to sobie przeczytać, teraz jednak koncentrujemy się na tym, co przed nami i na tym, co wiąże się z muzyczną stroną działalności Obituary.

Może zabrzmi to głupio, ale Obituary to zespół, który właściwie nie ma image'u; bluzy przez głowę, szorty, koszulki, zero wymyślnych dżinsów czy lśniących, skórzanych wdzianek. To chyba też w jakiś sposób odzwierciedla filozofię waszej grupy?

JT: - W głębi duszy jesteśmy burakami. Jesteśmy jacy jesteśmy.

DT: - Poza tym mieszkamy na Florydzie i podchodzimy do tego w sposób praktyczny. W skórzanych spodniach i kurtce nie dotarłbyś nawet do skrzynki na listy. Prędzej dostałbyś zawału. Floryda to kraina słonecznej pogody, klapek na nogi, kremów do opalania, środków przeciw komarom i krótkich spodenek - zapomnij o skórzanych ciuchach!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Obituary | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje