Reklama

Margaret: Cały czas szukałam akceptacji [WYWIAD]

Margaret mocno zmieniła swój wizerunek /Łukasz Jasiukowicz /materiały prasowe

"Ja po prostu chciałam być lubiana" - mówi Interii Margaret, która jako młoda kobieta podbiła scenę popową, zdobywając platynowe płyty i czołowe miejsca na listach przebojów. Była trenerka "The Voice of Poland" właśnie wydała płytę "Maggie Vision", o której mówi jako o swoim prawdziwym debiucie.

Kasia Gawęska, Interia: Rozmawiamy przed premierą twojej płyty. Jakie uczucia ci teraz towarzyszą?

Reklama

Margaret: - Czuję się dobrze. Jestem bardzo ciekawa odbioru tego albumu.

To, co się od jakiegoś czasu u ciebie dzieje, kojarzy mi się z Miley Cyrus. W "Przebiśniegach" sama zastanawiasz się, czy twój target jest gotowy na nową muzykę, a ona też przechodziła lata temu podobną przemianę.

Sprawdź słowa utworu "Przebiśniegi" w serwisie Tekściory.pl!

- Wydaje mi się, że target jest gotowy, ale że się zmienia. To jest moment, w którym występuje "migracja" mojego targetu. To się dzieje, ale myślę, że z piosenki na piosenkę, z singla na singel, że ludzie się do mnie przekonują. Słyszę dużo głosów typu: "Nigdy bym nie pomyślał, że będę słuchać Margaret, ale teraz słucham i jest fajnie". Dlatego daję temu czas i podchodzę do obecnej sytuacji ze zrozumieniem, ale to się dzieje, więc bardzo się cieszę.

Ostatnio mówiłam mojej psychoterapeutce, że mam wrażenie, że nigdy do tej pory nie byłam w pełni sobą. Jasne, ludzie myśleli, że wiedzą o mnie wszystko, ale dopiero teraz nadszedł dla mnie ten moment, w którym zaczynam myśleć nad tym, czego chcę, kim jestem. Wydaje mi się, że "Maggie Vision" to właśnie owoc takiej przemiany u ciebie. Jak ten proces u ciebie wyglądał?

- Wydaje mi się, że to jest konsekwencja zmieniającego się PESEL-u. Też miałam dokładnie tak, jak mówisz. Ja po prostu chciałam być lubiana. Moja nastoletnia dusza potrzebowała być lubiana i myślę, że faktycznie była. Jednak w momencie, w którym zaczęłam zwyczajnie dojrzewać, to coś się zmieniło. Od jakiegoś czasu to ja chcę lubić siebie i chcę znać siebie taką, jaką jestem, a niekoniecznie cały czas się przypodobywać innym ludziom.

Ale też wydaje mi się, że to jest mocny temat w kontekście kobiet, bo jednak cały czas dorastamy w takim klimacie, że ludzie nam podpowiadają: "Ładnie się ubierz, uśmiechaj się. A co ty gadasz? Nie kłóć się, ty wariatko! Nic ci nie odpowiada. Okres masz?". W nas się wręcz zabija taką chęć robienia rzeczy po swojemu. Zgniata się nas, mówi się nam, że mamy być takie, jakie ktoś sobie nas wymyślił.

Na początku musiałam się odkopać właśnie z tych swoich przyzwyczajeń, z rozmyślań, czy coś wypada, czy czegoś nie wypada, z powstrzymywania się przed mówieniem czegoś dlatego, że komuś innemu zrobi się przykro, pomyśli, że jestem wariatką i się awanturuję. A z drugiej strony, jeśli na coś takiego zdobędzie się mężczyzna, to wszyscy mu kibicują, bo postawił na swoim, jest taki męski. Musiałam zedrzeć z siebie te wszystkie stereotypy, a dopiero później zaczęłam się dokopywać do siebie, do tego, kim jestem, jaka jestem, i że to jest fajne.

Mówisz teraz o tych fajnych aspektach takiej przemiany, ale czy musiałaś się w związku z tym z czymś lub kimś pożegnać?

- Jasne, z wieloma rzeczami! Ale mam też takie wrażenie, że zmieniam coś w sobie, bo właśnie walczę o siebie. Kiedyś myślałam sobie: "Co ty robisz? Przecież wszystko było dobrze". Oczywiście występowało to powątpiewywanie, myślałam, że może rzeczywiście zwariowałam, skoro tak mówią ludzie. Ale koniec końców każdy z nas wie, czego tak naprawdę chce. Trzeba się w siebie mocno wsłuchać. Natomiast faktycznie te szumy ze świata, to poczucie powinności, zastanawianie się, czy coś się opłaca, czy nie - to zdecydowanie jest zakłócenie na linii, które też miałam. 

A czy coś straciłam? Oczywiście! Nawet tak biznesowo, bo byłam w momencie, w którym mogłam sobie dalej robić to, co robiłam, mieć kolejny numer w radio, zagrać kilkadziesiąt koncertów i dostać angaż w trzech reklamach. W sensie biznesowym zrezygnowałam z pewnych pieniędzy. Nawet wtedy słyszałam, że przecież każdy marzy, żeby być na moim miejscu, tyle osiągnąć, a ja nagle postanowiłam wszystko zepsuć. A ja po prostu czułam, że to nie jest miejsce dla mnie, że ja jestem już gdzieś daleko.

Więc z jednej strony miałam w sobie dużo siły, bo wiedziałam, czego chcę, ale równie wiele wątpliwości, bo w pewnym momencie cały świat łapał się za głowę i nie wiedział, co robię. Teraz jest tak, że już postawiłam na swoim. Zaczęłam stawiać pewne kroki i po pewnym czasie ta moja "zmiana" się przyjęła, zaczęły się pojawiać miłe głosy. No ale musiałam przejść ten okres, kiedy byłam dość osamotniona.

Tę siłę i samoświadomość, które zdobyłaś, oczywiście słychać na "Maggie Vision". Twoje teksty diametralnie różnią się od tych z poprzednich płyt. A ty do tego dodałaś jeszcze muzykę urban. Nie jest tak, że ludzie nie poznają Margaret, bo dalej dużo czerpiesz z popu, ale jednak wykonałaś zdecydowany krok w stronę hip hopu. To była naturalna zmiana?

- Zawsze słuchałam jazzu, popu, soulu...

Z jazzem miałaś nawet przelotny romans.

- Dokładnie! Ta zmiana w warstwie muzycznej zaszła naturalnie, bo po prostu taką muzykę lubię. Tworzenie to jedno, ale tego słucham, to mi się podoba, to mnie kręci. W kontekście stawiania granic i stawania za sobą uznałam w pewnym momencie, że pójdę właśnie w tym kierunku, bo na maksa go czuję.

Uważam, że branża muzyczna jest absolutnie zdominowana przez mężczyzn, a w świecie muzyki urban jeszcze trudniej jest znaleźć kobiety.

- Tak, w tym świecie są prawie sami mężczyźni, a na dodatek kobieta jest bardzo uprzedmiotowiona w ich tekstach. Więc w ogóle w hip hopie jest tak, że facet jest super-bossem i zarabia hajs, a ona po prostu kręci dupą i jest ładna. Więc oprócz tego, że odchodzę od tego różu i popu i przerzucam się na hip hop, to jeszcze chcę trochę ten świat muzyki urban odczarować, bo jestem też po prostu zbyt dumna, żeby chować się za maską i pindrzyć się przy jakimś raperze. Uważam, że my, kobiety, zasługujemy na dużo więcej niż pindrzenie się przy typie.

Nawet ten slow life, o którym mówię na swojej płycie, jest czymś nowym w hip hopie. Przecież tam się nosi złote łańcuchy i rapuje o tym, ile się ma hajsu. A tutaj nagle wyskakuję ja z lasu, a obok mnie Reksio z budy. Były wątpliwości, bo nie dość, że ja z tego popu, cała na różowo siedzę w tym lesie i robię hip hop, a na dodatek gadam o tych kobietach, jestem wk***iona na ten kraj...

To się jeszcze okaże jakiś czas po premierze płyty, ale po singlach widzę, że w zasadzie to się podoba, że to nie jest po tej linii męskiej, tylko na własnych zasadach. I chyba dlatego się podoba... Nie wiem, tak zgaduję, ale widzę, że jest fajny odbiór i że ludzie zauważają, że może poruszam się po stylistyce urban, ale wyznaję zupełnie inne wartości.

To jest super, ale jednak ten świat, w którym żyłaś wcześniej chyba nie do końca chce dać ci odejść. Pamiętam, że przy premierze "Reksia" jeszcze pracowałam w firmie wydającej twój album, więc byłam bardzo zaangażowana we wszystko, co się wokół tego działo. Osobiście uderzyło mnie to, że portale plotkarskie rozpisały się na temat tego, że "polecasz seks zamiast fitnessu", jakby to było jedyne, co przekazujesz światu.

- To jest dla mnie trochę jakiś Monty Python, bo świadomie zrezygnowałam z tego świata, a oni tak mocno się mną interesują i gdybym się nie znała i przeczytała te nagłówki na mój temat, to pomyślałabym, że piszą o jakiejś skończonej idiotce. Portale plotkarskie mocno manipulują swoimi czytelnikami.

No tak, ten "news" był bardzo mocno wyrwany z kontekstu.

- Tak, i oni zazwyczaj tak robią. Mnie to nawet nie boli, ale nie podoba mi się to, bo to manipulacja. W moich piosenkach chodzi o coś zupełnie innego, czyli o normalność, o powrót do najprostszych, ludzkich emocji, o slow life, o bycie milszym dla siebie i dla ludzi, o dziewczyny. Zauważyłam, że czasami i tak boję się cokolwiek powiedzieć, nawet w komunikacji z moimi słuchaczami, bo zawsze robi się z tego jakaś afera, a ja tego zupełnie nie rozumiem. Więc rzeczywiście jest tak, że wolę już nie mówić, bo się boję. Najbardziej mi przeszkadza, że to wpływa na moją rodzinę. W tej kwestii jest mi smutno. Moi rodzice mieszkają w małej miejscowości i moja mama ma prze...ne, bo przychodzi do pracy, a tam ludzie załamani pytają: "O Boże, co się stało z tą Gosią?".

Zostawię twoją rodzinę w spokoju i wrócę trochę do przeszłości. Nie odcinasz się od swoich dotychczasowych dokonań, ale ciekawi mnie, ile było w nich ciebie?

- Oczywiście, było tam dużo mnie. Było dużo mnie na tyle, na ile mogło być, bo też był taki kontrakt, więc do głosu dochodzili również inni ludzie, do których także należała jakaś decyzyjność. Ja też ją miałam. Ale myślę, że to też kwestia tego PESEL-u. W wieku dwudziestu lat byłam całkowicie inną osobą. Tak szczerze, to właśnie dwudziestoletnia ja, dziewczyna z małej miejscowości, cieszyłam się, że mi się coś udaje i ludzie mnie lubią. Biorę na klatę decyzje, które podjęłam w życiu, ale teraz dojrzałam i jestem bardziej świadoma.

Weszłam do show-biznesu jako dzieciak, i to tak z buta, bardzo mocno, i to też było przytłaczające. Nie miałam chwili, żeby się zatrzymać i nad czymkolwiek mocniej zastanowić. Wszystko robiłam na już, natychmiast, bez większej refleksji. Strasznie chciałam dać radę, wykorzystać swój moment, przez co często odsyłałam siebie, moją duszę do kąta. Oczywiście była też wytwórnia, która chciała osiągać jakieś swoje cele, ale z perspektywy czasu nie chcę tego demonizować, bo to byłam ja, tylko dziewięć lat młodsza, a to naprawdę robi różnicę. A na dodatek byłam dziewczyną. I jak teraz patrzę na kwestie typu pewność siebie, to tego w ogóle nie miałam. Cały czas szukałam akceptacji i przyzwolenia na pewne rzeczy w innych ludziach.

A czy teraz tworzenie muzyki to "pure fun", jak śpiewasz w piosence o tym tytule?

Sprawdź "Pure fun" w serwisie Tekściory.pl!

- Robienie muzyki to pure fun. Dzięki temu, co wcześniej przeżyłam, dzięki współpracy z producentami w Szwecji, mnóstwo rzeczy się nauczyłam. Pracowałam ze świetnymi, wybitnymi postaciami i zawsze po prostu patrzyłam im na ręce w studio [śmiech]. To była ogromna lekcja. W moim myśleniu o muzyce, o melodiach, tekstach, jest dużo "tej Szwecji". Największą zmianą są dla mnie właśnie teksty. Wcześniej robiłam hity, wpadające w ucho melodie i "oh boy, boy, oh oh oh". Teraz mam coś do powiedzenia i mam w sobie moc, dzięki której nie boję się konsekwencji moich słów, a okazuje się, że są "sensacyjne" [śmiech]. 

Wiele ludzi za sensacyjny uzna utwór "No Future"...

- Napisałam ten tekst tuż po wyborach prezydenckich, co jest znaczące. Natomiast później bardzo przeżyłam strajki kobiet, w których zresztą uczestniczyłam. To było mocne, szczególnie w 2020 roku. Jeśli chodzi o "No Future", to właśnie w czasie tych strajków poczułam, że może jest ch....o i może nie dogaduję się z połową Polski, ale jest ta druga połowa, z którą jestem w stanie się dogadać. To mi dało nadzieję, bo jesteśmy spolaryzowani i podzieleni na pół, ale nie mogę zapominać o tej połowie, która jest mi bliska. To bardzo budujące.

To dobry przykład tego, jak muzyka potrafi nas w takich momentach łączyć. 

- Byłam sceptycznie nastawiona do tego, że muzyka może coś zmieniać, ale odbyłam z różnymi ludźmi kilka rozmów, po których uznałam, że muzyka naprawdę daje nadzieję i normalność. Dzieją się różne rzeczy, ale słuchanie muzyki może nas jednoczyć. Dlatego tym ważniejsze jest dla mnie to, żeby szczególnie w takich trudnych czasach muza była świadoma w wersji tekstowej. Jeszcze kilka lat temu, kiedy sytuacja na świecie mocno się pogarszała, ale my, Polacy, nie byliśmy jeszcze tak podzieleni, to piosenki o miłości były git. Nadal są git, tylko w artystach powinna się teraz wytworzyć dużo większa świadomość, wrażliwość na to, co się dzieje, bo wydaje mi się, że w ten sposób muzyka może być pomocna.

Nawet jeśli posłuchasz piosenki z tekstem, z którym się do końca nie zgadzasz, to jednak coś z tego zostanie ci w głowie. Superważne, żeby w tych czasach odpowiedzialnie podchodzić do tekstów. Nawet to, jak pokazuje się w swoich piosenkach kobiety, a jak nie, jest ważne. Oczywiście myślę, że większość raperów by się ze mną tutaj nie zgodziła.

Czujesz presję, że musisz się w jakimś temacie wypowiedzieć? Oczywiście nie mam takiej platformy jak ty, ale przyznam się, że w trakcie strajków kobiet nie wypowiadałam się na ten temat na moich profilach w mediach społecznościowych, bo przeżywałam to w środku, ale nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. Równocześnie czułam się okropnie, bo miałam wrażenie, że pokazuję brak wsparcia, a nie było to moim celem.

- Rozumiem, o czym mówisz. Często mam jasne zdanie na dany temat, ale ciężko mi cokolwiek napisać. Te wszystkie uczucia i przemyślenia po prostu trochę mnie blokują. Dlatego jestem "instagramowym szerowaczem" - jeśli przeczytam jakąś mądrą wypowiedź, to podaję ją dalej. Często myślę sobie, że przecież moje słowa nic nie wniosą, bo już tyle mądrych rzeczy zostało powiedzianych przez innych. Ale zawsze z chęcią popieram takie inicjatywy, czasami oddając swoją platformę. 

Dobrze pamiętam, że oddałaś kiedyś swojego Instagrama Grabariemu?

- Tak, to był mój pomysł na pride month. Co kilka dni moje konto przejmowali moi znajomi, którzy opowiadali swoje historie, na swój sposób, według swojego pomysłu. Bardzo jestem dumna z tego, że to się udało. Chciałam, żeby to było bez agresji, negatywnych emocji. I rzeczywiście tak wyszło, czyli na zasadzie: "Hej, jestem gejem/lesbijką. Robię w życiu to i to i jestem normalnym człowiekiem" i dostałam później wiele wiadomości, w których ludzie pisali, że nie przypuszczali, że "to normalne osoby". Szaleństwo, co? Ale dzięki temu widzę, że to coś dało.

Już ustaliłyśmy, że hip hop w twoim wykonaniu jest bardzo wartościowy, ciągle mówisz o siostrzeństwie, sile kobiet. Jak to przyjęło hiphopowe środowisko?

- Właśnie jestem trochę w szoku, że przyjęło [śmiech]. To był odważny ruch z mojej strony, nie musiał się udać. To jest proces, ale mam wrażenie, że przedstawiciele tego gatunku muzycznego w Polsce są na to otwarci, czekają, co się wydarzy dalej. Zresztą przypominam sobie moją pierwszą muzyczną wyprawę w te strony, czyli numer z Young Igim pt. "Układanki". To było też pierwsze zderzenie z tą publicznością, która bardzo ciepło mnie przyjęła. Zachęciło mnie to do dalszego działania. Czuję, że ciągle jestem na obserwowanym, ale chyba jestem spoko [śmiech]. 

Na "Maggie Vision" jest sporo gości. Jaką wartość te konkretne osoby dodały tej płycie?

- To są ludzie, których muzyką się jaram. Na przykład Otsochodzi - lubię go, jestem jego fanką. Podoba mi się to, że zawsze się zmienia. Nie rapuje jednej zwrotki od dziesięciu lat, tylko cały czas zmienia flow, bawi się muzyką. Stanislavv był w mojej grupie w "The Voice of Poland". Postawiłam sobie już wtedy za punkt honoru, że zrobię z nim kiedyś numer. To super młody człowiek, bardzo zdolny. Jest też Kara, która rok temu wyświetliła mi się na Instagramie. Zachwyciło mnie to, że świetnie rapuje i niczego się nie boi.

urboishawty - pracujemy razem w ramach wytwórni, będzie wydawał album pod naszymi skrzydłami. Wspólny numer zrobiliśmy bardziej na projekt Mikołaja, ale Mikołaj później z tego wszystkiego zrezygnował [śmiech]. A ja po prostu uwielbiałam ten kawałek, więc go "przejęłam". Lubię tych artystów, słucham ich, i dlatego zaprosiłam ich na płytę.


Myślę o tobie i tych artystach, że tworzycie to "nowe plemię", o którym śpiewasz w piosence o tym tytule. Czujesz, że coś się tutaj w Polsce w muzyce zmienia?

- Tak i myślę, że bardzo pomógł w tym internet. Artyści nie są już tak uzależnieni od tego, czy pan z radia puści ich kawałek, tylko każdy wyszukuje sobie muzykę, która mu się podoba i to daje artystom dużą wolność. Myślę, że to jest ogromna zmiana. Oczywiście w Polsce to wszystko jeszcze raczkuje, bo to ogólnie na świecie Spotify jest taką najważniejszą platformą.

Zresztą pracowałam w Szwecji, a Spotify to szwedzka firma, więc tam nie ma nic ważniejszego od tej platformy. Radio zupełnie już się tam nie liczy. Ja się cieszę, bo wolę świadomego słuchacza - i oczywiście nieważne, czy wybierze Spotify, Tidala, czy inną platformę streamingową. Ważne jest to, że taki człowiek chce słuchać czegoś konkretnego, a nie słucha przez przypadek tego, co gdzieś akurat leci. Dzięki temu mam dużo mocniejszą więź z moimi słuchaczami. Bardziej doceniam, kiedy ktoś chce słuchać akurat mnie, kiedy mnie wybiera.

Dlatego założyłaś swój label? Żeby więcej osób usłyszało początkujących artystów, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia?

- Zdecydowanie tak! Prywatnie mam taki focus na wydawanie dziewczyn, ale generalnie znajdujemy młodych artystów, w których wierzę. Idziemy w taką muzykę, którą właśnie ktoś polubi i sprawdzi na Spotify. To jest muza bez kompromisów, a bardzo mocno wierzę w taką ideę. Nie ma czegoś takiego, że trzeba wyciąć gitarę, bo pan z radia mówi, że jest za ostro. Wydaje mi się, że gdy się odrzuci takie opinie, to tworzy się inne rzeczy, bardziej jakościowe. 

Mimo wszystko nie boisz się, że zostaniesz całkiem wykluczona ze środowiska, w którym do tej pory funkcjonowałaś? Pytam ze względu na piosenkę "Antipop" (chodzi o fragment: "Wciągałam te kreski ubrana w najdroższe kiecki. W Opolu, Sopocie, wierz mi, że byłam jedną z nich. Celebryckie imprezki, wokół ten sam festyn. Koka i Hennessy, zmieniam scenę. Zapraszam za kulisy teatru tu. Pełno kreatur, pełno towaru. Tabletek, koksu, brokatu" - przyp, red.).

- Nie, bo wiem, że trudno będzie zagrać utwory z tego albumu chociażby w telewizji. To nie są tego typu treści. Nie wiem, czy miasto Sopot się na mnie obrazi, ale myślę, że na świecie są większe tragedie niż to, co opisuję w tej piosence [śmiech]. Nie wiem, w zasadzie nie myślałam o tym wcześniej. Od większości znajomych artystów czy menedżerów dostaję wsparcie, trzymają za mnie kciuki.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Margaret | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama