Reklama

"Maksymalny obciach"

Plateau to kolejny krajowy zespół, który inspiruje się brytyjską i amerykańską sceną niezależną. Po pięciu latach istnienia, zagraniu kilkuset koncertów, m.in. u boku zespołu Hey i nakręceniu dwóch wideoklipów do piosenek "Pomiędzy dobrem i złem" oraz "To nie ty", grupie udało się podpisać kontrakt z wytwórnią Universal, w której barwach ukazał się w październiku 2005 roku debiutancki album "Megalomania". W rozmowie z Arturem Wróblewskim wokalista Plateau Michał Szulim opowiedział o występach z Hey'em, nagraniu debiutanckiej płyty, koncertach w warszawskim więzieniu i krajowej scenie gitarowej.

Najpierw odpowiedz na pytanie, które zadawano ci pewnie już wielokrotnie. Co oznacza nazwa waszego zespołu?

Reklama

Myślę, że nazwa naszego zespołu oznacza coś przyjemnego. Plateau oznacza fazę poprzedzającą orgazm. I tym właśnie się kierowaliśmy przy wyborze. A przy okazji fajnie brzmi. Po francusku. To jest chyba całe wytłumaczenie naszej nazwy.

To teraz powiedz kilka słów na temat dosyć buńczucznego tytułu płyty. Do kogo odnosi się słowo "Megalomania"?

Oczywiście do nas. Jest ona trochę na wyrost, ale chcemy tym tytułem trochę sprowokować. Po prostu uważamy, że jesteśmy fajnymi chłopakami. Stąd nazwa "Megalomania" (śmiech).

Poza tym jedna z piosenek nosi na płycie tytuł "Megalomania". I jest jeszcze okładka, na której jest król z koroną. Wydaje mu się, że jest wszechwładny, a tak naprawdę jest nagi. Jest to więc trochę prowokacyjne.

Generalnie tytuł odnosi się do nas, tak przynajmniej opowiadamy, ale chodzi nam o sprowokowanie.

Porozmawiajmy o historii zespołu. Przełomowy dla Plateau był rok 2001, kiedy to wyruszyliście w trasę koncertową z zespołem Hey. Jak doszło do tego, że anonimowy wtedy wykonawca zagrał trasę u boku jednej z najpopularniejszych polskich grup?

Menedżer zespołu posłuchał naszych nagrań demo, które dostał od nas przypadkowo i zagraliśmy z Hey'em dwa próbne koncerty. A później zostaliśmy zaproszeni na trasę, na której zagraliśmy 15 koncertów. Było bardzo fajnie, pełne sale, dobre przyjęcie. I co ważne, ludzie zaczęli nas od tego momentu kojarzyć. Byliśmy więc z tej trasy bardzo zadowoleni.

Dlaczego na fali tego sukcesu nie nagraliście od razu płyty? Od 2001 roku do daty premiery waszego debiutanckiego albumu minęły przecież lata...

Właściwie to była już końcówka 2001 roku... Było kilka powodów. Po pierwsze, skupiliśmy się poważnie na koncertach. Zagraliśmy ich od tamtego czasu ponad 200. Drugi powód jest taki, że nie chcieliśmy chodzić do wytwórni z półśrodkami. To znaczy z materiałem, który nie brzmiał do końca tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

To było spowodowane ograniczonymi możliwościami finansowymi, co przekładało się na ograniczony czas w studiu. Chcieliśmy pójść do wytwórni z materiałem, który zostanie przez nas w 100 procentach zaakceptowany. Chcieliśmy czuć, że pokazujemy w nagraniach siebie.

I właśnie dlatego za płytę zabraliśmy się dopiero w 2004 roku. Wtedy też zaczęliśmy chodzić po wytwórniach.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wytwórnia | Myslovitz | pomysł | muzyka | koncerty | śmiech | obciach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje