Reklama

Kraków Street Band: Z ulicy na największe festiwale

Szersza publiczność odkryła Kraków Street Band za sprawą telewizyjnych programów "Must Be The Music" (finał siódmej edycji) i "Mam talent" (półfinał dziewiątej edycji), ale zespół od dłuższego czasu budował popularność grając na krakowskich ulicach.

Kraków Street Band w akcji

W swoich autorskich kompozycjach grupa zgrabnie balansuje między nowoczesnym folkiem, jazzem i bluesem.

Reklama

Frontmanem Kraków Street Band jest dobrze znany fanom bluesa Łukasz Wiśniewski (m.in. Hard Times, Blue Machine, supergrupa Harmonijkowy Atak), uznawany za jednego z najlepszych harmonijkarzy w Polsce.

Formacja właśnie wydała nową płytę "Going Away" i za chwilę kontynuuje cykl koncertów klubowych.

Niedawno ktoś zrobił sobie żart w internecie i gdy próbowano przetłumaczyć w tłumaczu Google zdanie "Mieszkam na zadupiu", wychodziło "I live in the city of Krakow". Jak wam mieszka się w Krakowie?

Piotr Grząślewicz (gra na banjo w Kraków Street Band): - Akurat nie zdążyłem samemu wypróbować dowcipu z tłumaczeniem. Dowiedziałem się o nim kiedy Google już przepraszał za "zadupie". Szczerze mówiąc, jako osoba mieszkająca w Krakowie od urodzenia nie poczułem się w ogóle urażony. Wręcz przeciwnie - rozbawiło mnie to.

A sam pomysł na ten wygłup wzbudził mój szacunek - ktoś celnie pokazał jak zaawansowana technologia może zostać w banalnie prosty sposób zmanipulowana. To, że ktoś poczuł się urażony powinno raczej budzić niepokój - albo chodzi o kompleksy, albo już wszyscy całkowicie spoważnieliśmy i nie dopuszczamy dowcipu innego, niż szablonowy w przestrzeni publicznej. A śmiechu i dystansu stanowczo nam brakuje! Na szczęście w Krakowie nie brakuje rozrywek, dzięki czemu mieszka się tu bardzo dobrze.

Ale od początku, jak wygląda wasza historia i wcześniejsze doświadczenia? W jakim momencie zogniskowały się one w pomyśle na Kraków Street Band?

- Myślę, że to właśnie zabawa i luz były podstawową genezą Kraków Street Band. Zespół powstał jako próba zrobienia czegoś nieszablonowego - grupa zaprzyjaźnionych muzyków grających "na poważnie" w przeróżnych zespołach postanowiła złamać reguły i wyprowadzić 9-osobowy skład (łącznie z sekcją dętą!) na ulicę i zagrać "komu popadnie, za co łaska".

Chcieliśmy dobrze się bawić i przez chwilę skupić się tylko na muzyce i jej odbiorcy, bez wszelkich obciążeń organizacyjno-logistycznych, które towarzyszą organizacji "normalnych" koncertów. Ulica wydawała nam się do tego środowiskiem idealnym. Dodatkowym atutem stała się możliwość wystąpienia dla ludzi, którzy nie mogli mieć pojęcia, że w ogóle istniejemy. A przez krakowski Rynek w upalny letni dzień przewija się ich na prawdę wiele!

By grać na ulicy, trzeba chyba mieć odpowiedni repertuar. Od początku polegaliście wyłącznie na własnych kompozycjach? Czego ludziom najlepiej słucha się, gdy spacerują po uliczkach krakowskiego Rynku?

- Jak wiadomo ludziom podobają się głównie te piosenki, które już znają. I taki też był na początku nasz repertuar - były to tzw. "covery", wybierane jednak wedle pewnego konkretnego klucza - staraliśmy się trzymać obranej konwencji, czyli mariażu stylistycznego country, bluesa, swingu i bluegrassu. Często też aranżowaliśmy w tym guście utwory, które w oryginalnych wykonaniach wcale tak nie brzmiały. Myślę, że dzięki temu nasze granie na ulicy miało rację bytu - przechodnie byli zaskoczeni wielkością i różnorodnością naszego instrumentarium natomiast mogli posłuchać piosenek, które rozpoznawali.

Z czasem jednak, kiedy zespół zaczął nabierać coraz bardziej "poważnych" kształtów, pojawienie się naszych autorskich utworów było w zasadzie koniecznością. Na naszej pierwszej płycie znalazły się dwa takie kawałki - "Way Down" i "Save My Soul" - oba autorstwa Tomka Kruka. A już najnowszy krążek, czyli "Going Away" w całości wypełniony jest naszymi piosenkami - jest to efekt pracy całego zespołu do tekstów Tomka Kruka.

Które utwory z waszej autorskiej płyty są dla niej według was najbardziej reprezentatywne? Gdybyście mieli wskazać tak, by móc kogoś na szybko zainteresować poprzez odsłuch.

- Ja bym stawiał na "Fluke" oraz "Wheels Are Spinning". Pierwszy z nich to taki Kraków Street Band "w pigułce" - jest tam wszystko co może się kojarzyć z naszym zespołem - charakterystyczny countrowo-swingowy rytm, dynamiczna, dixielandowa sekcja dęta, chóralne refreny i ściana dźwięku powstała z gitary akustycznej, dobro, banjo i kontrabasu. No i egzystencjalny tekst autorstwa Tomka o miejscu człowieka we wszechświecie, a to przecież bardzo ważne!

Drugi utwór ("Wheels Are Spinning") to z kolei nasze bardziej soulowo-rockowe oblicze. Tu Wiśnia (nasz wokalista-frontman) pokazuje pazury, jest drapieżne solo na saksie i odrobinę funky (co jest dla mnie miłym zaskoczeniem, bo to u nas nowość). Do tego zestawu dorzuciłbym jeszcze "The Catch" - tu już Kraków Street Band rozwija swoją pełną moc - jest łomot na perkusji, wyczynowe solo na gitarze w wykonaniu Marcina Hilarowicza i wszechobecny, zdecydowanie rockowy riff.

Gracie również poza Polską - gdzie mieliście już okazję i czy tam także na ulicy?

- Obecnie coraz rzadziej zdarza nam się grać na ulicy, również za granicą. Mamy jednak już całkiem spore doświadczenie w tym temacie. W ciągu tych kilku lat istnienia zespołu występowaliśmy na różnych "streetowych" festiwalach, m.in. Haizetara w miejscowości Amorebieta w Hiszpanii, Veszprem Utcazene Festiwal na Węgrzech, Uldum Gademusik w Danii, Ferrara Busker's Festival we Włoszech, festiwale Sarnico i Sarmede Fiesta Artisti Di Strada, również we Włoszech. Ale oprócz tych ulicznych, możemy pochwalić się np. występem na największm festiwalu plenerowym w Europie czyli Sziget w Budapeszcie oraz wielu innych wspaniałych festiwalach rozsianych po całej Europie.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kraków Street Band

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje