Reklama

"Gramy to, co lubimy"

Reprezentantów thrash metalu w naszym kraju nie ma zbyt wielu. I choć masa retroblackmetalowców zdradza zamiłowanie do tego szlachetnego stylu, ich optyka nakierowana jest raczej na nieświętą trójcę zza naszej zachodniej granicy. Zgoła innym szlakiem podążają thrashmetalowcy z Virgin Snatch, dla których niezgłębionym źródłem inspiracji pozostają kalifornijscy herosi sceny. Również na "In The Name Of Blood", wydanej pod koniec listopada 2006 roku, trzeciej płycie krakowskiej grupy, piętno gigantów z Huntington Park, San Francisco Bay Area czy Oakland, jest nadal wyraźnie wyczuwalne. - Thrash metal made in USA jest dla nas bardziej kuszący i posiadający "głębsze gardło". Bay Area ma według mnie dużo więcej do zaoferowania w sensie pogłębiania stylu. To dobry kierunek - przekonuje w rozmowie z Bartoszem Donarskim Zielony, wokalista Virgin Snatch. I nie ma chyba powodów, aby temu zaprzeczać, szczególnie, że trzeci longplay małopolskiej formacji ma do zaoferowania znacznie więcej niż mogłoby się z pozoru wydawać

Trzecia płyta wydana! Jak z samopoczuciem? Trzeba przyznać, że dość szybko uwinęliście się ze wszystkim, nie tylko nagraniami, ale i całym procesem powstawania "In The Name Of Blood". Od ukazania się "Art Of Lying" minął nieco ponad rok. Jak widać, idziecie za ciosem, nie kalkulujecie. Jest ciśnienie, są pomysły, trzeba działać. Dobrze rozszyfrowuję wasz sposób myślenia i działania?

Reklama

Dokładnie tak. Trzeba działać! Płyta już jest na rynku i to najważniejsze. Czekamy na recenzje i odczucia fanów. Mam szczerą nadzieję że będzie dobrze.

Nadrzędny cel, który chcieliście tym razem osiągnąć? Naczelna idea przyświecająca tworzeniu "In The Name Of Blood"? A może obyło się bez jakiegokolwiek planowania?

Zespół musi być w ciągłym ruchu. Musiała więc być płyta, która mam nadzieje udowodni, że zespół żyje i ma się dobrze. Jest polityczne przesłanie, jest thrash metal, jest nowy nabytek w zespole i będą koncerty. Czego chcieć więcej?

Choć nadal czerpiecie z dziedzictwa thrashowych tuzów z Bay Area, "In The Name Of Blood" okazuje się być materiałem nowocześnie ciężkim (np. "Diminished Responsibility"). Brzmienie uległo pewnemu przeobrażeniu, jednak zachowaliście znane wam przymioty. Wydaje się, że album jest niejako zespoleniem odwiecznej miłości do klasycznego thrashu z chęcią wymknięcia się ramom stereotypu. Na metal patrzycie dość szeroko. Jak to postrzegasz?

Nie chcieliśmy zrobić kalki "Art Of Lying", więc kilka rzeczy musiało pojawić się nowych. Może nawet nie tyle nowych, co są to rozwinięcia pomysłów z poprzedniczki. To cały czas energetyczny i ciężki thrash metal, ale chyba jest to bardziej nasz materiał. Nasz w sensie stylistyki. Zresztą od oceniania jesteście wy, a my tylko robimy to, co potrafimy najlepiej.

Na płycie bez problemu można też odnaleźć większe zróżnicowanie aranżacyjne. Jest bardziej wielowymiarowo, czego przykładem może być chociażby utwór "Vote Of No Confidence", którego rytm zaskakuje. Słowem o wiele więcej ciekawych pomysłów. No i chyba o to chodziło, racja?

Dzięki za miłe słowa. Efekt końcowy był dla nas pewnym zaskoczeniem w pozytywnym znaczeniu oczywiście. Nie napinaliśmy się, żeby nagrać najcięższą, najbardziej brutalną i najbardziej wirtuozerską płytę. Nagraliśmy materiał, na który w tym momencie było nas stać i jesteśmy zadowoleni. Jest metalowo, są solówki i dużo wokali. Jest szybko i wolno - słowem wszystko, co lubimy w muzyce próbowaliśmy umieścić na "In The Name Of Blood". Oczywiście trzymając się naszej virginsnatchowej stylistyki, którą jest thrash / death metal. Cholera, ufam, że nie zawiedliśmy.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: lubi | lubić | Lubień | grań | kierunek | Herosi | sceny | USA | anioł | gardło | śmiech | rzeczy | granie | virgin | metal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje