Reklama

Faustyna Maciejczuk: moment oczyszczenia będzie skutkował zmianą

Faustyna Maciejczuk wydała swój pierwszy album długogrający /Max Gronowski /materiały prasowe

W sklepach pojawił się już pierwszy długogrający album Faustyny Maciejczuk, która ma szanse podbić rynek muzyczny w Polsce. Interii opowiedziała o powstawaniu "baby blue", swoich inspiracjach oraz o tym, dlaczego nie warto się bać.

Mateusz Kamiński, Interia.pl: Pojawiła się twoja pierwsza płyta, "baby blue". Co czujesz po tym, jak ukazała się światu?

Faustyna Maciejczuk: - Po raz któryś już słyszę to pytanie od premiery i nie mam jednej odpowiedzi. Z jednej strony cieszę się, że to już się wydarzyło, ponieważ materiały i w ogóle praca nad wszystkim trwała jeszcze dużo wcześniej - też u mnie w głowie gdzieś to się układało - a teraz jak już płyta wyszła, to czuję ulgę. Dlatego, że ktoś poza mną ma świadomość tego, że jestem teraz na innym etapie niż przy mojej wcześniejszej twórczości. Jestem zadowolona, że udało się ten projekt spiąć. Słyszałam, że jest w miarę spójny, więc to też jest dodatkowa duma.

Reklama

Ile czasu tobie wewnętrznie zajęło, żeby się zebrać do jej nagrania?

- To też trudne pytanie, bo nie jest to płyta konceptualna na zasadzie, że stwierdziłam: "Dobra, dzisiaj robię płytę, zaczynam i skończę ją wtedy", tylko raczej jest podsumowaniem pewnego okresu. Najstarsze kawałki to "baby blue" i "kołysanka pod poduszkę (Pillow)", które są z 2019 roku i powstały nawet przed wydaniem wcześniejszej EP-ki ["Przebudzenie" wyszło 12 marca 2021 roku - przyp. red.].

Trwało to jakiś czas, ale nie miało konkretnych ram. Może bardziej bym to dookreśliła pewnym okresem osiągania dojrzałości jako człowiek, bo to ostatnie pół roku było najbardziej intensywne, wtedy też teksty się pozmieniały. I to może jest ta kwintesencja "baby blue".

Dla ciebie "baby blue" to debiut z prawdziwego zdarzenia, czy wcześniejsze projekty traktujesz jako tak samo ważne?

- Nie przepadam za słowem debiut, ale jestem zadowolona z tego, że teraz przekazałam to, co mi się najbardziej podoba. To jest w miarę prawdziwe, szczere. Wszystko wyszło ode mnie i prosto z mojego serducha. Dlatego ma największą wartość. Nie traktuję tego jako coś wielkiego, bo uważam, że równie istotne są elementy w połowie drogi artystycznej zarówno początek, jak i sam koniec. Słowo debiut nie jest moim ulubionym. (śmiech)

Czego Faustyna Maciejczuk słucha na co dzień, by się zainspirować? Moim zdaniem niektóre utwory z "baby blue" mogłyby trafić na ścieżkę dźwiękową do Twin Peaks. (śmiech)

- Muzyka z "Twin Peaks" jest super. Jeśli chodzi o twórców, to lubię Nicholasa Jaara, Schwefelgelb czy Kraftwerk, bo kocham muzykę elektro. Lubię też muzykę francuską, jak Daft Punk czy The Blaze. Bardzo długo ich słuchałam, mogę wracać do nich wiele razy i nigdy mi się nie znudziło. No i jeszcze muzyka klasyczna!

Muzyka klasyczna... to od twojej nauki w szkole muzycznej?

- Tak, przez 14 lat uczyłam się w szkole muzycznej, więc w szkolnych budynkach było grane, a teraz... Myślę, że było to doświadczenie, ale nie wiem, czy ukształtowało mój gust muzyczny. Wiele osób chodzi do szkoły muzycznej i słucha różnej muzyki, więc nie łączyłabym tego aż tak bardzo. Na pewno daje to w jakiejś mierze uwrażliwienie na materiał dźwiękowy.

Tak w ogóle to elektronika na pierwszy rzut oka bardzo się różni od klasyki, a z drugiej strony niekoniecznie. W jednym i w drugim gatunku nie ma wokalu, bo jak słucham muzyki, to głównie bez wokali. Więc być może upodobałam sobie różne struktury muzyczne albo ich wielopłaszczyznowość.

Czasem myślę, że ktoś, kto tworzy muzykę, a poznał dobrze jakiś realny, fizyczny instrument, jest bardziej płodny tworząc muzykę niż ci, którzy nie potrafią na niczym grać.

- Różne instrumentarium może być inspirujące. Trzeba wyszukiwać syntezy dźwięku, czyli łączenia różnych nieoczywistych elementów i dla mnie jest to megaciekawe. Robienie coś z niczego, poszukiwanie nowości i świeżości. Ja też jestem w jakichś muzycznych ramach europejskich, bo jak spojrzelibyśmy na muzykę wschodnią, ragi, orientalne smaczki, to nie mam jednak nic takiego w swojej twórczości.

EP-ka "Przebudzenie" w warstwie muzycznej, lirycznej, jest nieco bardziej optymistyczna. "baby blue" jest smutniejsze, bardziej przewrotne?

- Faktycznie "baby blue" jest trochę przewrotne. Materiał różni się od wcześniejszych moich piosenek, jeżeli chodzi nawet o sam nastrój. Dobrze to ująłeś, bo "Przebudzenie" było lekkie, można się w nim doszukiwać bardziej wesołych elementów - jest tak "wesoło" brzmieniowo ubrany, ale z jakimś kontekstem moich przemyśleń. A w warstwie tekstowej jest też dużo pewnej walki z niektórymi przekonaniami. Tak jak w piosence "Chwile", która jest taka niby urokliwa i lekka, a z drugiej strony śpiewam tam"Chciałabym to unieść/Ale nie do końca umiem" i że jestem jeszcze młoda i niewiele rozumiem. Wydaje mi się, że "baby blue" jest intensywniejsza, mocniejsza, a z niektórymi dźwiękami bardziej eksperymentowałam. Chyba potrzebowałam momentu, który by zróżnicował poprzedni materiał od tamtego i tak wyszło, ale myślę, że będę wracała też do lżejszych brzmień.

Co kryje się pod tytułem "baby blue"? Pierwsze moje skojarzenie to była depresja poporodowa, baby blue to też kolor - jasnoniebieski, w jednej z twoich piosenek pada jako kolor oczu...

- To jest właśnie ten element trochę mroczniejszy i tajemniczy. Z drugiej strony kolor niebieski jest kolorem nieba, jest kolorem spokojnym, który jest symbolicznie osadzony na jakieś fundamentach. W ten sposób wskazałam, że stworzyłam swój fundament, którego mocno się trzymam. To też jest takim spoiwem całego projektu "baby blue", na zasadzie dbania o stronę wizualną, projekt płyty i to było dla mnie bardzo ważne. Ciągle wracałam do tych fundamentów. Błękit jest też symbolem trwania i wiary, więc tak bym rozpatrzyła ten tytuł.

Czyli nadzieja w niedoli i na odwrót.

- Trochę tak jest. Doszukiwanie się w tej lekkości pochylenia się nad głębszymi sprawami. Nie na zasadzie "O nie, teraz nie mamy już nic do zrobienia, wszystko jest nie tak", tylko żeby zachować spokój, otworzyć oczy i serce, popatrzeć i pomyśleć sobie: "Rzeczy wyglądają w ten sposób, okej, dążymy do tego, żeby było lepiej".

W "konstruktorze" i "nie jesteś sam" wyczuwam jakąś walkę z własnymi lękami. Czy muzyka daje ci ukojenie, uzewnętrznianie się w ten sposób pozwala na porządkowanie siebie w środku?

- Może jest mi prościej, ale z drugiej strony czy to są moje lęki? Może nie, może podświadomie tak, skoro o tym śpiewam, to coś w tym musi być. Częściej jednak się uśmiecham i mam tak, że potrafię się z czegoś cieszyć, a tymczasem obok widzę, że ktoś stoi smutny. I wiadomo, jestem człowiekiem, więc mam momenty, gdy za dużo się wszystkiego nazbiera i w końcu pęka. Wtedy lubię sobie posiedzieć i popłakać przez chwilę i to jest moment oczyszczający. Ale na co dzień staram się iść do przodu i myśleć pozytywnie.

A czując, że ktoś tak na przykład nie umie, to chciałabym obudzić w nim to coś. Wydaje mi się też, że muzyka i same emocje, które właśnie doprowadzają do tego płaczu, tak jak śpiewałam w piosence z Tymkiem, świadczą o tym, że w ogóle coś czujemy, a moment oczyszczenia będzie skutkował jakąś zmianą, więc jest to coś cennego. Dlatego może te teksty też są przenikliwe. Żeby wniosły coś w słuchacza, żeby coś poczuł.

Strach ma wielkie oczy.

- Kiedyś napisałam mojemu bratu takie słowa: "Strach ma wielkie oczy, ale gdyby tak zgasić światło czy rozmiar oczu miałby znaczenie? Kiedy odcinasz jeden zmysł, rozszerzasz drugi. Ustawiasz fokus na odwagę, a wtedy zapalając zapałkę zapalasz ogromną latarnię morską, która dodając otuchy doprowadza cię do celu".

Z jednej strony mój brat był mały, miał 6 lat, a uczył mnie pewnych rzeczy dorastając. Widziałam też, że bał się robić coś, co mnie wydawało się ekscytujące, a dla niego było nowe. Zdałam sobie sprawę, że my, dorośli, patrzymy na zwykłe rzeczy jako coś oczywistego. A są tacy, którzy się tych samych rzeczy boją. I tak się zastanawiam, czy w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie? Gdybyśmy się cali zatopili w strachu i stwierdzili, że wszystko jest straszne, to nic w końcu nie byłoby straszne. Po prostu wszystko byłoby nowe i trzeba byłoby tego doświadczać na nowo. Tu chodzi o to uczucie, by je zmienić.

Strach ma na celu zatrzymać nas w miejscu, żebyśmy się nie poruszali. Człowiek nawet jak idzie to tyłu, to się rusza. Nawet w kwestiach artystycznych - komuś wydaje się, że jakaś nowa płyta jest słaba, nie jest dobra jak wcześniejsze i że to muzyczny regres, a dla artysty to może być ogromny krok do przodu.

- Dokładnie, najgorsza jest ta stagnacja. Nawet jak ktoś zrobi coś, co mu nie do końca wychodzi albo nie w tym kierunku, co trzeba, to dobrze - przynajmniej znamy swoje słabsze strony i wiemy, że następnym razem pójdziemy w inną stronę.

Płyta powstaje na jakimś fundamencie. Stworzenie z niej tego finałowego materiału to jest trudna praca?

- Najczęściej sięgałam po muzykę wtedy, kiedy czułam, że chcę to robić, więc po prostu się bawiłam. Nauczyłam się też, że w momencie, kiedy nadchodził przypływ weny, to rzucałam wszystko i biegłam robić muzykę. Tworzyłam też szkice, niektóre bardziej, a inne mniej gotowe. To nie powstało w jednym czasie, tylko na przestrzeni roku. Plus te dwa utwory trzymane w szufladzie, napisane wcześniej.

Później przychodziłam z projektami do producentów i pomagał mi przy tym Pham, Wuja HZG i Kuba Karaś. Każdy z chłopaków pracował trochę inaczej, trochę w innej estetyce, ale wydaje mi się, że podłapali klimat piosenek i dołożyli coś od siebie. Muszę też dodać, że oni byli koproducentami, ja przychodziłam do nich z gotową warstwą aranżacyjną. Niektórzy bardziej w nią ingerowali, inni mniej.  

Dawid Pham wyprodukował piosenkę "Wiatr" i w niej właśnie nie zmienił zbyt wiele, dopieścił cały projekt. To mi się bardzo podoba, że moja pierwotna myśl została zachowana jeden do jednego. Płytę zmiksował Eprom - też genialny gość, który, jak to mówię, "wykręca" w sposób idealny, dzięki czemu później bardzo wygodnie się tego słucha.

A jak klarowały się twoje pomysły na utwory?

- Dema powstawały tak, że śpiewałam po angielsku, a później zmieniałam słowa na język polski. Więc to było takie dwuetapowe - powstawanie melodii i konkretnej myśli, bo piosenki nie są storytellingowe, dotyczą raczej jednej sentencji. Później ta warstwa tekstowa ewoluowała bardziej w sposób dosłowny, ale mimo wszystko wydaje mi się, że większość jest bardziej poetycka i można ją na swój sposób zrozumieć dwuznacznie.

Czy będąc małą Faustynką marzyłaś o robieniu muzycznej kariery? Masz jakiś plan na to, co chcesz osiągnąć?

- Jeżeli kariera miałaby być duża, to ok. To fajnie. Ale z drugiej strony, jeśli trafię do tych osób, do których mam trafić, to już wtedy będę zadowolona. Nawet jeśli nie będą to ogromne liczby. Bo wiem, że nie robię muzyki stricte popularnej, takiej, do której można potupać nóżką, tylko właśnie może do osób, które trochę overthinkują.  I to jest w porządku, bo po prostu są to osoby, które zrozumieją moją estetykę. Tak, jak rozmawiamy teraz uciekając z tematu w temat, rozkminiamy, więc to dokładnie będą tego typu osoby. Cieszę się z każdej słuchającej mnie osoby - nawet jeśli to ma być 5 osób, to cieszę się z każdej z osobna.

A jeśli chodzi o tę małą Faustynkę, to ona nie chciała się bardzo uzewnętrznić. (śmiech) To trochę wyszło samo z siebie. Może jakoś podświadomie trochę chciałam, bo wrzuciłam demo na Soundcloud, więc coś mną kierowało. A z drugiej strony nie szukałam wytwórni, nigdzie się nie zgłaszałam. To zadziało się samo - Ania z Fonobo napisała do mnie, że zaczyna akcję Fonobo Pitcher i czy nie chciałabym wydać utworu. Tak to się zaczęło. Jak miałam zagrać pierwszy koncert, to bardzo mi się podobało samo to, że gram - bez żadnych labelów, kontraktów. Po prostu się cieszyłam, że mogę zagrać i to samo jakoś tak się potoczyło. Namawiali mnie, namawiali i w końcu się dałam, ale nigdy nie zależało mi na tym, żeby się wielce uzewnętrzniać i gromadzić liczby. Ostatnio sama się dziwię, że one się same gdzieś tam zbierają i to jest dla mnie "wow". No, ale nie mówię nie. (śmiech)

Zdarza się, że niektórzy są wytworami wytwórni - tworzą tylko, żeby tworzyć. Tobie przychodzi to bardzo naturalnie.

 - Tak, jakbym miała "być produktem", to wiem, że nie byłoby to moją mocną stroną. Wiem, że dużo bym wtedy straciła, zamknęła się sama w sobie. Było kilka takich sytuacji, że zostałam wstawiona w jakiejś ramy i autentycznie było mi przykro, że nie jestem sobą.

Marzy ci się nagrywanie muzyki odmiennej od tej, którą robisz teraz?

- Pewnie, że tak. Jestem ciekawa każdej formy muzyki - nawet tej, która w ogóle nie wydaje się być muzyką. Myślałam też ostatnio o latino. (śmiech) Latino Fausta i bioderka na boki. (śmiech) To jest bardzo ciekawe, bo każdy gatunek można zrobić pod publiczkę, na kiczowaty sposób, ale równie dobrze można to zrobić jakościowo i ze smakiem. Więc eksperymentowanie w różnych gatunkach jest super. Tym bardziej, że projekt Faustyna Maciejczuk to nie jest projekt w stylu "trzymamy się jednej rzeczy", tylko raczej zaproszenie w artystyczną drogę ze mną, by odkrywać różne muzyczne elementy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy