Reklama

Dawid Kwiatkowski: Znak od Boga [WYWIAD]

Dawid Kwiatkowski szykuje nowy album /AKPA

- Zostaję przy popie, ale będę pokazywał różne jego odsłony. Zaskoczę was jeszcze - opowiada Interii Dawid Kwiatkowski, który po przerwie wypuścił nowy utwór "Bez ciebie".

Kasia Gawęska, Interia: Powróciłeś po dłuższej przerwie z utworem "Bez ciebie". Czy w twoim życiu wydarzyło się coś, co zmotywowało cię do zmiany, którą słychać w tej piosence?

Reklama

Dawid Kwiatkowski: - Przez ostatnie dwa lata, kiedy mnie nie było, wydarzyło się sporo w moim życiu prywatnym. Zaszły duże zmiany w moim otoczeniu. Przez siedem lat miałem jednego menedżera, co teraz uległo zmianie. Obecnie jestem pod skrzydłami całkiem innych osób. To była zmiana, która wymagała ode mnie czasu na to, żebym na nowo odkrył czego chcę, jak chcę to osiągnąć i jakim Dawidem chcę obecnie być. To, kogo ludzie widzą na scenie i w teledyskach to w pewnym sensie postać. Zazwyczaj nie widzą mnie takiego, jak ty teraz - patrzysz na mnie w moim mieszkaniu, z psem.

Te dwa lata to był czas na przemyślenie tego, kim chcę być i jak ma brzmieć moja muzyka. Po raz pierwszy w życiu nikt nade mną nie stał i nie mówił, że w listopadzie mam wydać singel, więc do tego czasu muszę napisać fajną piosenkę. Dlatego "Bez ciebie" przyszło mi bardzo naturalnie i myślę, że w dobrym momencie. Zdecydowaliśmy, że pierwszy singel ukaże się dopiero, gdy mieliśmy cztery piosenki, które mogły być tym singlem. Z pomocą radiowców wybraliśmy właśnie "Bez ciebie".

A co jeśli pominęlibyśmy opinie radiowców? Dlaczego postawiłbyś akurat na "Bez ciebie"?

- Kiedy wybieram swój następny singel, od razu myślę o występach na żywo, o tym, jak będę go śpiewał na scenie, w telewizjach śniadaniowych. "Bez ciebie" bardzo dobrze mi się śpiewa. Ten numer jest napisany w wygodnym dla mnie rejestrze i w ogóle nie stresuję się tym, że coś pójdzie nie tak.

Po drugie, ten kawałek dosłownie spadł mi z nieba. Obudziłem się w środku nocy, około godziny 3, z melodią w głowie, z całym refrenem. Zdarzyło mi się to drugi raz w życiu - poprzednim razem piosenka była beznadziejna, do wyrzucenia. A ta została mi w głowie. Kolejnego dnia robiłem swoje. Pojechałem na siłownię i wracając do domu, jadąc autem, przypomniałem sobie, że po coś wstawałem w nocy, że coś się zadziało. Okazało się, że półprzytomny sięgnąłem po telefon i włączyłem dyktafon. Odnalazłem to nagranie, posłuchałem go i uznałem, że chyba będzie dobrze. Zadzwoniłem do moich ziomków, czyli Patryka Kumora, Lanberry i Dominika Buczkowskiego-Wojtaszka, że jadę do nich i będziemy nagrywali numer. Więc skoro dostałem taki znak od Boga, to nie mogłem go zawieść.

Dominik współpracuje też z moimi przyjaciółmi i słyszałam o nim same dobre rzeczy. Zastanawiam się, co takiego wniósł do twojej muzyki?

- Dominik jest bardzo utalentowanym producentem, który próbuje wyprzedzić to, co będzie się pojawiało w Polsce za jakiś czas. To działa. Teraz modne były brzmienia takie, jakie można było znaleźć na przykład na płytach Duy Lipy czy The Weeknd.

Ejtisy powróciły.

- Tak, dokładnie, lata 80. wracają. Ale Dominik wie, że ta formuła już się wyczerpuje i wracamy do brzmień lat dwutysięcznych. Słychać to w piosenkach, które przychodzą z Zachodu. Dominik już siedzi w tych dźwiękach i kombinuje, jak stworzyć najlepsze kawałki w tym klimacie. Ujmuje mnie ta jego niecierpliwość, niepodążanie za schematami, tylko wyprzedzanie ich. Myślę, że wnosi to wszystko do mojej muzyki.

Zresztą, czytałem komentarze o "Bez ciebie". Ludzie są zaskoczeni, zwłaszcza, że mój ostatni singel pod tytułem "Mordo" był całkiem inny. Nie chcę do niego wracać. Myślę sobie, że to zaskoczenie pojawiło się dlatego, że Dominik zrobił wspaniałą oprawę muzyczną do tego kawałka.

A twoi fani przyzwyczają się do nowego Dawida?

- Najważniejsze jest to, że ja byłem gotowy na wydanie takiego singla. To ja muszę być z tego zadowolony. Oczywiście, moi fani są dla mnie bardzo ważni i gdyby nie oni, pewnie nie chciałabyś ze mną teraz rozmawiać, bo po prostu nie byłoby mnie na scenie muzycznej. Ale stawiam na siebie.

Skoro ja byłem gotowy wydać taką piosenkę, uznałem, że ludzie powiedzą, co powiedzą, spodoba im się, lub nie. Nie chcę powiedzieć, że nie obchodziła mnie reakcja moich fanów, bo to złe słowa. Chciałbym, żebyś zrozumiała, że na pierwszym miejscu stawiam siebie i swoje odczucia wobec danej piosenki. Na chwilę wyłączam wtedy myślenie pod tytułem "A co powiedzą moi fani?". Bo przecież moi fani słuchają bardzo różnej muzyki. Słuchają mnie, słuchają Quebonafide, Taco Hemingwaya, a z drugiej strony Lany Del Rey. Gdybym miał podążać ich ścieżkami, szybko bym się zagubił. Dlatego wybrałem nową ścieżkę, a moi fani mają wybór - moją podążać nią ze mną, lub nie.

Nie jesteś w tym nachalny. Nawet w teledysku występujesz raczej jako narrator, który opowiada historię pewnej pary, ale nie jesteś na pierwszym planie.

- Zawsze byłem główną postacią we własnych teledyskach i chciałem, żeby tym razem było inaczej. Myślę, że chciałem w ten sposób pokazać ludziom, że to nie ja jestem w tym obrazku najważniejszy, że nie jestem megalomanem, że nie mam potrzeby tworzyć historii wokół siebie. Więc na pewno łatwiej było mi opowiedzieć tę historię MaffashionMichałowi Kotowi i zapytać ich, czy dadzą radę ją pokazać.

Gdybym to ja miał grać pierwsze skrzypce w klipie, musiałbym dobrać sobie osobę, z którą bym tę historię opowiedział - to byłoby już z mojej strony nieprawdziwe. Więc tak, wolałem opowiedzieć tę historię przez innych i być takim skrzatem, duchem, który opowiada, jest przy nich, próbuje ich naprawić. Pisząc ten scenariusz nie wyobrażałem sobie innej opcji.

Czujesz obecnie presję? Zaczynałeś tworzyć muzykę jako dzieciak. Niektórzy cię pokochali, inni znienawidzili. Mówiono o tobie wiele rzeczy, nie tylko miłych. Chcesz teraz coś udowodnić ludziom, czujesz taką potrzebę?

- Wydaje mi się, że od ośmiu lat cały czas udowadniam ludziom, że na polskiej scenie muzycznej jest dla mnie miejsce. Tak jak powiedziałaś, kiedy zaczynałem, byłem dzieciakiem. Moja muzyka dorastała razem ze mną, z moimi myślami, które cały czas dojrzewały. Czy chcę coś teraz udowodnić? Nie. Po prostu robię swoje.

Ale nie zmienia to faktu, że zdecydowanie czuję presję. Czuję ją dlatego, że przez lata odklejałem od siebie łatkę "polskiego Justina Biebera", która została mi przyklejona pewnie dlatego, że przechodziliśmy podobną drogę, czyli ktoś odnalazł nas na YouTube i nas wypromował. Ale nigdy nie tworzyliśmy podobnej muzyki, no i oczywiście nie działam na taką skalę jak on, więc nigdy się z tym nie pogodziłem. No dobra, może nasze fryzury były podobne, ale taka wtedy panowała moda [śmiech].

Mocno się wkurzam, kiedy ktoś mnie nazywa polskim Justinem Bieberem. Często się to zdarza na koncertach plenerowych, kiedy ktoś zapowiada mój występ. Ja stoję z tyłu i czekam na wejście, a ze sceny słyszę taką zapowiedź. Teraz już bardzo tego pilnuję i każę sprawdzać moim menedżerom, co ma w swoich notatkach napisane wodzirej danej imprezy i co o mnie powie, bo później muszę to prostować. Po prostu po pierwszej piosence mówię: "No, wasz polski Justin Bieber zagrał teraz piosenkę w mocno rockowym klimacie. Słyszeliście kiedyś Biebera, który tak gra?".

Czuję presję, na pewno. Czuję ją nieustannie. Ciągle walczę o swoje miejsce na scenie i chociaż wydaje mi się, że jak na razie wszystkie bitwy wygrywam, to wojna ciągle trwa. Już na początku mojej kariery nazywano mnie artystą jednego sezonu, który będzie grał rok, może dwa lata. A tymczasem za dwa lata będę świętował dziesięciolecie swojej działalności muzycznej, więc na szczęście wszyscy ci ludzie mocno się pomylili.

Na dłuższą rozmowę będziemy mieli jeszcze czas, zapewne przy premierze twojej płyty. Dlatego teraz na koniec zapytam cię właśnie o twój nadchodzący album. Czy "Bez ciebie" to dobry wyznacznik tego, co na nim znajdziemy?

- Cała płyta nie będzie utrzymana w tym klimacie, bo choćby świat się walił, nie jestem w stanie zamknąć się w jednym gatunku i stworzyć tak na maksa spójną płytę. Mam bardzo dużo pomysłów, które nie pozwalają mi tego zrobić. Na pewno usłyszycie jeszcze kilka piosenek w podobnym klimacie do "Bez ciebie", ale też zaskoczę ludzi.

Chciałbym, żeby ten Dawid Kwiatkowski, którym teraz jestem, z każdym kolejnym singlem zaskakiwał. Oczywiście nie będzie tak, że za chwilę wydam piosenkę popową, a później death metalową [śmiech]. Zostaję przy popie, ale będę pokazywał różne jego odsłony. Zaskoczę was jeszcze.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dawid Kwiatkowski | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama