Reklama

Reklama

"Bardzo chcę przyjechać do Polski"

Brendan Perry to jedna z ciekawszych i bardziej tajemniczych postaci muzyki alternatywnej ostatnich dwóch dekad. Znamy go przede wszystkim jako połowę słynnego duetu Dead Can Dance, który jednak niedawno zakończył karierę. Lisa Gerrard zajęła się własnymi projektami, a Perry po latach przygotowań w ub. roku wydał wreszcie swój pierwszy solowy album „The Eye Of The Hunter”. Tomasz Słoń rozmawiał z nim o powodach rozwiązania Dead Can Dance, zmianach w jego życiu rodzinnym i możliwości odwiedzenia Polski.

Powiedz co tak naprawdę spowodowało rozpadnięcie się zespołu Dead Can Dance?

W październiku zeszłego roku rozpoczęliśmy pracę nad naszą kolejną po „Spiritchaser” płytą. Po czterech tygodniach dla obydwojga z nas okazało się oczywiste, iż nie podążamy w tym samym kierunku muzycznym. To doprowadziłoby nas donikąd. Pojawiło się wiele rozmaitych napięć, które różnie się objawiały. Tak naprawdę wyglądało to tak, jakbym nagrywał swój solowy album z Lisą jako wokalistką występującą gościnnie. To nie było wcale produktywne. Nie lubię w ten sposób z kimś współpracować. Zdecydowaliśmy więc wspólnie, że zamiast ulegać emocjom i robić coś, do czego nie mielibyśmy serca, co nie byłoby inspirujące, że w tej sytuacji lepiej się rozstać i pracować nad solowymi projektami.

Reklama

Dawno temu powiedziałeś, że koniec Dead Can Dance nastąpi dopiero w chwili twojej śmierci. Czy jest to więc definitywny koniec zespołu?

Jak w każdym związku wszystko ma swój koniec. Nawet wielka miłość nie zawsze przetrwa 16-17 lat małżeństwa. Myślę, że było to na swój sposób nieuniknione. Odeszliśmy od siebie mając szacunek dla własnych wizji artystycznych. Większość lat 90. spędziliśmy z dala od siebie – ja mieszkam w Irlandii, Lisa w Australii. Mamy teraz dość rozbieżne poglądy filozoficzne.

„The Eye Of The Hunter” to oficjalnie twój pierwszy solowy album, choć przecież w 1995 roku nagrałeś już własną płytę, która jednak nigdy się nie ukazała. Co się wówczas stało?

To moja wytwórnia płytowa troszeczkę przesadziła. Nagranie solowej płyty rozważałem od dość dawna. Miałem napisanych kilka utworów niezależnie od tego co robiłem w Dead Can Dance. Wytwórnia – jak to się często zdarza – nieco za bardzo podnieciła się tym faktem, choć nie znała jeszcze materiału, nad którym – jak im powiedziałem - pracowałem od kilku lat. Niespodziewanie dla mnie w pewnym momencie ogłosili światu, że oto zbliża się wydanie mojego solowego albumu. To jednak nie było prawdą. Dla mnie w tym czasie jednak najważniejszą sprawą była nowa muzyka Dead Can Dance, więc nie przywiązywałem zbyt dużego znaczenia do wydania solowej płyty. Gdy jednak zespół przestał istnieć, wróciłem do tamtego pomysłu. I oto ukazał się mój pierwszy solowy, w pełni ukończony album. Wcześniej nic takiego nie powstało.

Kiedy więc rozpocząłeś pracę nad tym albumem?

Poszczególne utwory powstawały w różnym okresie czasu. Niektóre miały kształt dema, inne wykonywałem już podczas koncertów. W ciągu kolejnych lat sporo w nich zmieniłem. Jednak właściwy proces stworzenia z nich finalnych wersji - nagrania, zaaranżowania, zebrania muzyków - zajął mi niewiele czasu. Wszystko to zdarzyło się w ciągu pierwszych czterech miesięcy 1999 roku. Poszło mi to dość błyskawicznie, łącznie ze stworzeniem zupełnie nowego materiału, napisanego specjalnie z myślą o tej płycie.

Czy podczas pracy nad płytą odczuwałeś jakiś rodzaj presji, czy to ze strony wytwórni, czy swojej własnej lub przyjaciół?

Największą presję wywieram na siebie ja sam. To trochę trudne, ale w życiu jestem bardzo zdyscyplinowanym człowiekiem, takim trochę pracoholikiem. Nie mam więc problemu z narzucaniem sobie presji.

Dla wielu fanów Dead Can Dance twój solowy album jest z pewnością zaskoczeniem, jako że zawarta na nim muzyka to spore odejście od tego, co nagrywałeś wraz z Lisą. To był świadomy zabieg, czy po prostu taki jest naturalny kierunek twojego artystycznego rozwoju?

Moją najważniejszą intencją był powrót do nadania większego znaczenia tekstom, stworzenia do nich muzyki i podzielenie się ze słuchaczem moimi wewnętrznymi przeżyciami. Pewien rodzaj muzyki narzuca niejako to co chcesz przedstawić w tekście, czym się chcesz podzielić. W moim przypadku jest to mieszanka folku i bluesa, dość odczuwalna na tym albumie, która najlepiej oddawała to, co chciałem wyrazić.

Wiele osób, szczególnie dziennikarze i krytycy, ma problemy z zaszufladkowaniem twej muzyki. Co o tym sądzisz?

(śmieje się) Sądzę, że wszyscy mamy takie problemy. Muzyka to sprawa dość trudna do sklasyfikowania, zwłaszcza w latach 90-tych. Jest ona obecnie jeszcze większą mieszanką różnych wpływów niż kiedykolwiek wcześniej. Dla mnie wiele współczesnych płyt to połączenie świata trip hopu z funkiem i muzyką ambient. Stąd rodzą się problemy, gdyż każdy stara się znaleźć w miarę precyzyjne określenie, znaleźć wszystkie wpływy. W mojej muzyce jest ich tak dużo i to dość różnych, że sam miałbym kłopoty z jej szczegółowym określeniem. W przypadku tej płyty niewątpliwie można znaleźć bardzo silną orientację folkową. To najsilniejszy element tradycyjnej muzyki.

Czy miłość pomaga twojej twórczości, czy jest raczej elementem destrukcyjnym?

Miłość jest czymś, co przypomina mi o moim człowieczeństwie. Bez niej byłbym zimnym, cynicznym osobnikiem. Ona dodaje mi optymizmu i to w bardzo głębokim znaczeniu. Mam teraz małą córeczkę, co jest dla mnie czymś bardzo inspirującym.

Na płycie umieściłeś własną wersję utworu „Must Have Been Blind”, z repertuaru Tim Buckleya. Dlaczego wybrałeś tę właśnie kompozycję?

Jak już mówiłem, niektóre utwory zacząłem tworzyć jeszcze trzy, cztery lata temu. Podjąłem dość świadomą decyzję, że chcę poświęcić więcej czasu na granie na gitarze wraz z moimi przyjaciółmi, w niezobowiązujący do niczego sposób. Wróciłem do gitary akustycznej i postanowiłem dość szybko nagrać kilka utworów, głównie coverów, z repertuaru przede wszystkim Tima Buckleya, Freda Neila, Tima Hardinga, a z biegiem czasu dołączyłem własne kompozycje utrzymane w tym właśnie stylu. Tim Buckley wywarł na mnie spory wpływ - na moją akustyczną muzykę, sposób w jaki komponuję i gram na gitarze. Dlatego zdecydowałem się umieścić na tej płycie ten ważny utwór, który byłby najlepszym hołdem dla Tima Buckleya i jego muzyki.

Jak, według ciebie, w miarę upływu czasu zmieniała się twoja muzyka?

Łatwo jest zapewne powiedzieć, że stawała się ona coraz bardziej dojrzała. Sądzę jednak, że obecnie w większym stopniu niż kiedyś potrafię odczuwać swe własne emocje i uczucia. Znalazłem w życiu stan pewnej równowagi, zarówno pod względem twórczym, jak i duchowym. Teraz odczuwam wewnętrzny spokój. To wszystko znajduje oczywiście swe odzwierciedlenie w mej muzyce. Stałem się łagodniejszy. Mimo to muzyka, którą przygotowałem na obecne, trwające pięć tygodni światowe tournee, jest szybsza, bardziej poruszająca, rytmiczniejsza, wykorzystuję także gitarę elektryczną. To wszystko jak widać podlega stałym zmianom, zależy od tematu tekstu, do którego piszę muzykę.

Większość fanów Dead Can Dance wyobraża sobie ciebie jako takiego pustelnika, zamieszkującego gdzieś na wysokiej wieży, z dala od ludzi, poświęcającego cały swój czas muzyce.

Jak więc wygląda Twój zwykły dzień?

(śmieje się) Zazwyczaj wstaję o 9 rano, robię sobie kawę i idę do mojego małego studia, które zainstalowałem w domu. Robię kilka technicznych spraw, sprawdzam e-maile, trochę surfuję po Internecie, gdzie odwiedzam ulubione strony. Trochę komponuję i tak docieram do lunchu. Po posiłku wracam do studia i pracuję tam niemal całe popołudnie. Potem staram się trochę poruszać, gdyż niemal cały dzień spędzony w studiu czuję w plecach. Trochę gram z przyjaciółmi w tenisa, mamy tu taki lokalny klub, czasami grywamy w piłkę.

Zdajesz sobie sprawę, że mówiąc to rujnujesz w oczach wielu fanów swój dotychczasowy, otoczony mgiełką tajemnicy, wizerunek?

(wybucha śmiechem) No trudno, jestem na to przygotowany.

Czego obecnie najbardziej się obawiasz?

Na szczęście nie nachodzą mnie myśli związane z mym końcem, gdyż nie jest to coś poetyckiego. Największym problemem w skali świata jest oczywiście zanieczyszczenie powietrza. Gdy w przyszłości ludzie zaczną się zabijać w imię zachowania się w pamięci, to jest to właśnie jedna z tych wielkich, nieodwracalnych spraw – zanieczyszczenie naszego naturalnego środowiska. To wywołuje u mnie pewien lęk, szczególnie teraz, gdy mam małe dziecko, które chciałbym, aby wkroczyło w świat mając zapewnioną bardziej pozytywną przyszłość.

Jak sądzisz, czym będziesz się zajmował za 10 lat?

Wydaje mi się, że nadal będę mieszkał w Irlandii, tworzył muzykę, która jest moim uzasadnieniem życia, moim dobrym przyjacielem.

Czy twoim zdaniem istnieje szansa, że w przyszłości znów usłyszymy o Dead Can Dance?

Tak, to jest możliwe.

A czy usłyszymy i zobaczymy cię w końcu w Polsce?

O tak. W tym roku robię trasę koncertową wyłącznie po Europie. Bardzo chciałbym przyjechać do Polski, rozmawiamy teraz o terminie sierpniowym. Muszę to zrobić przynajmniej raz w życiu.

Dziękuję za rozmowę

import rozrywka
Dowiedz się więcej na temat: dance | problemy | miłość | muzyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy