Reklama

"Zbuntowane oblicze"

W połowie września 2005 r. ukazała się dziewiąta płyta słynnej amerykańskiej grupy Bon Jovi, zatytułowana "Have A Nice Day". Na następcę albumu "Bounce" fani musieli czekać długie trzy lata. Płyta "Have A Nice Day" w założeniu miała być nawiązaniem do bardziej rockowego etapu historii zespołu, znanego choćby z płyty "Slippery When Wet" (1986). Z okazji premiery albumu wokalista Jon Bon Jovi, gitarzysta Richie Sambora, perkusista Tico Torres i klawiszowiec David Bryan opowiedzieli o swym nowym dziele, przekonując przy okazji, iż rock nie umarł, prostują także błędne opinie na temat Bon Jovi.

Opowiedzcie o nowej płycie - jaka ona jest?

Reklama

Jon Bon Jovi: Ta płyta utrzymana jest w optymistycznym tonie.

Richie Sambora: Jest bardzo energetyczna. Chcieliśmy pokazać buntowniczą postawę.

Tico Torres: To bardzo mocny album, niesie ważny przekaz. Chcieliśmy by było słychać na nim, dobre rock'n'rollowe brzmienie. To jest ostre granie.

David Bryan: Kiedy spotykamy się razem by tworzyć, zaczyna działać magia. Nieźle się razem zabawiliśmy tworząc ten krążek i nie mam tu na myśli nic zdrożnego.

JBJ: Skupiamy się tu na wolności osobistej i pozytywnym myśleniu. Dla mnie przepis na dobrą płytę jest bardzo prosty: przekaz musi być uczciwy, jeśli jesteś szczery ze sobą i z innymi, masz szanse na sukces. Pokazaliśmy tu swoje zbuntowane oblicze. Jeżeli nagrywanie krążka sprawia nam frajdę, zazwyczaj wychodzi z tego całkiem niezły materiał.

DB: To krok naprzód.

TT: Mówią nam, że to najbardziej energetyczna rzecz, jaką zrobiliśmy do tej pory.

Pierwszym singlem był utwór tytułowy.

RS: Tytuł życzący wszystkim miłego dnia jest przewrotny. Nie chodzi w nim bowiem o grzeczne, uprzejme pozdrowienie, ale wręcz przeciwnie, to takie "Have A Nice Day" w wersji Clinta Eastwooda z filmu "Brudny Harry".

TT: To w gruncie rzeczy bardzo pozytywny utwór.

DB: Lekceważy opinię innych i mówi o niezależnym myśleniu, o tym, że zawsze trzeba być w zgodzie z samym sobą. To jedna wielka pochwała wolności i niezależności.

RS: Jest tu też sporo realizmu - świat nie jest najłatwiejszym miejscem do życia, zwłaszcza jeśli chcesz realizować swoje marzenia. Ale w gruncie rzeczy to optymistyczny utwór.

Na drugi utwór promujący wybrano kompozycję "Who Says You Can't Go Home", dedykowaną New Jersey, a więc waszemu rodzinnemu miastu.

JBJ: To utwór napisany przeze mnie i Ritchie'go. W naszym rodzinnym mieście sporo jest ludzi, których życie potraktowało gorzej niż nas. Postanowiliśmy więc w pewnym sensie odwdzięczyć się losowi i wspomóc tych, którzy mieli mniej szczęścia. Zamiast więc wydawać masę pieniędzy na jakiś głupi teledysk, wybudowaliśmy dwa domy, w których zamieszkały cztery rodziny.

To takie odpłacenie się losowi za łaskawość. Po prostu oddajemy to, co nam zostało dane.

Kto był producentem albumu?

RS: Pracowaliśmy z Johnem Shanksem, który ostatnio zdobył nagrodę Grammy dla najlepszego producenta. To duża frajda móc pracować, z kimś, kto też jest gitarzystą. Przez to partie gitary w tym utworze mają mocny groove.

JBJ: To wspaniały facet. To jeden z nielicznych kolesi z którymi pracowałem, że po prostu siedziałem w kącie i się nie odzywałem - po prostu jest tak dobry.

DB: Najlepsza rzecz to praca z kimś, kto nie myśli tak jak ty. My się znamy od lat, mamy takie samo podejście do muzyki. A tu nagle do studia przyszedł ktoś z zewnątrz, rzuca jakiś pomysł, a ty mówisz: "Wow, nigdy bym na to nie wpadł".

TT: Jest też bardzo szybki. To była wielka przyjemność z nim pracować, jest bardzo kreatywną osobą.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Zbuntowani | torres | rzeczy | rock | utwór

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje