Reklama

"Własny styl"

Peter Tägtgren, główna postać szwedzkiej grupy Hypocrisy, to osoba niezwykle zajęta. Projekt Pain, zobowiązania koncertowe czy wreszcie produkcja studyjna, a ostatnio nawet kariera aktorska, nigdy nie stanęły na drodze jego najbardziej kochanemu dziecku - deathmetalowemu Hypocrisy. "Virus", nowe dokonanie Szwedów jest już 10. albumem w prawie 15-letniej historii formacji. Longplay, który miał swą premierę pod koniec września to kwintesencja stylu Hypocrisy. I choć w Szwecji deathmetalowych zespołów jest więcej niż jazz- i bluesmanów w Nowym Orleanie, to niewiele mamy skandynawskich formacji, których granie byłoby równie charakterystyczne. O zmianach w Hypocrisy, powstawaniu "Virusa" i nowych pomysłach na zagospodarowanie skrawków wolnego czasu, Peter Tägtgren opowiedział Bartoszowi Donarskiemu.

Na "Virus" w szeregach Hypocrisy zadebiutował Horgh. Czy jego dołączenie do składu zmieniło w jakiś sposób twój sposób pisania muzyki?

Reklama

W styczniu 2004 do zespołu dołączył Horgh. Jego pojawienie się w składzie, zmieniło pewne rzeczy i wpłynęło na moje podejście do pisania muzyki. Dzięki temu zacząłem tworzyć materiał w trochę innym stylu, szczególnie jeśli chodzi o riffy. Nie czuliśmy się niczym ograniczeni, jeśli chodzi o to, co możemy zrobić. Wiedzieliśmy, że czegokolwiek byśmy nie napisali, Horgh da radę.

Lars nie dawał w tym względzie rady?

Z Larsem wyglądało to często nieco inaczej. Horgh poświęca się swojemu graniu bez reszty. On dosłownie żyje perkusją. Jeśli jest coś, czego nie potrafi, zrobi wszystko, aby się tego nauczyć. Na płycie nie usłyszysz żadnych triggerów czy innych trików. To zestaw akustyczny i tak, jak zostanie nastrojony, tak też będzie słyszalny. To brzmi, jak Lombardo, tyle że w wersji na rok 2005.

Klimat towarzyszący całemu procesowi tworzenia tej płyty był przedni. Jeszcze w lipcu, na oficjalnej witrynie Hypocrisy, Horgh jak małe dziecko ekscytował się postępami prac nagraniowych, określając je mianem "wspaniałych chwil". Potwierdzasz tę sielską atmosferę?

Wszystko szło bardzo płynne i w tym, co robiliśmy, zgadzaliśmy się praktycznie w każdym punkcie. Pisanie albumu rozpocząłem w styczniu i zupełnie sam skomponowałem cztery utwory. Ale od maja do sierpnia siedzieliśmy już razem i tworzyliśmy wspólnie coraz więcej kawałków, które nieco później zarejestrowaliśmy w sesji przedprodukcyjnej. Następnie, kilka miesięcy przysłuchiwaliśmy się tym kompozycjom, zanim rozpoczęliśmy nagrania.

I może właśnie z powodu dłuższego niż zwykle selekcjonowania pomysłów, "Virus", w pewnym stopniu podsumowuje całą dotychczasową karierę Hypocrisy, stając się miksturą, nie tyle odgrzewaną, co po prostu pełniejszą w smaku. Na płycie znajdziemy bowiem, zarówno takie uderzenia, jak "Blooddrenched", ale i bardziej epickie, melodyjne utwory w stylu "Fearless". Słowem specialité de la maison.

Może i racja, bo właśnie w taki sposób piszemy utwory. Trudno jest mi się jednak zgodzić, że "Blooddrenched" to jedynie bardzo dosadny i bezpośredni utwór, gdyż dzieje się w nim naprawdę sporo skomplikowanego gówna. Uważam, że jest to również, bez dwu zdań, najszybsza kompozycja Hypocrisy, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy. Blasty osiągają w niej niesamowite prędkości.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: utwory | rzeczy | Peter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje