Reklama

Reklama

" Nie wiemy, dokąd zmierzamy "

Szkocka grupa Travis od niedawna robi furorę nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także za Oceanem. Jej drugi album „The Man Who”, wydany jeszcze w ub. roku, w Anglii znajduje się na liście przebojów już od ponad 50 tygodni, a sprzedano go tam już w ponad dwóch milionach egzemplarzy. Z kolei w USA Travis są lepiej przyjmowani niż zespół Oasis, którego koncerty obecnie otwierają. Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu nowemu fenomenowi i ludziom, którzy go tworzą. Oto w komplecie, specjalnie dla was, grupa Travis.

Czy możecie na początek przedstawić się?

Franny: Ja jestem Franny. W zespole Travis jestem wokalistą i autorem piosenek, a także ... właściwie szefem tego wszystkiego.

Dougie: Mam na imię Dougie. Gram na basie i usiłuję kłaść się spać tak późno jak Andy.

Neil: Cześć, ja jestem Neil, w zespole gram na bębnach i spać kładę się zwykle jako pierwszy, bo wiem, kiedy trzeba kończyć zabawę.

Andy: A ja jestem Andy, gram na gitarze i w późnym chodzeniu spać dorównuję Dougie’mu.

Jak zaczęła się historia znana nam jako Travis?

Reklama

Neil: Właściwie na początku byliśmy kumplami, ciągle spotykającymi się przy okazji wykonywania różnych zawodów w Glasgow. Dougie, Fran i Andy chodzili nawet razem do szkoły plastycznej. I któregoś dnia po prostu skrzyknęliśmy się wszyscy. Zupełnie przypadkowo i to chyba właśnie przypadek pokierował historią zespołu Travis.

Fran: Nazwa grupy pochodzi z filmu „Paris, Texas”, w którym występował Harry Dean Stanton. Wygraliśmy konkurs młodych talentów i mogliśmy za darmo nagrać taśmę demo w studiu Park Lane, w Glasgow. Podczas tej sesji nagraliśmy piosenkę „She’s So Strange”, która potem znalazła się na albumie „The Man Who”, ale powstała jeszcze w 1993 roku i była pierwszą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałem. Dougie i ja przyjechaliśmy do Londynu z trzema postanowieniami: po pierwsze – znajdziemy menedżera, po drugie – salę do prób i po trzecie – jakieś mieszkanie. Wszystkie trzy udało nam się zrealizować za pierwszym podejściem.

Dougie: Przez pierwsze dwa dni, poniedziałek i wtorek, nie?

Fran: Tak, najpierw załatwiliśmy chatę i sale do prób, a zaraz potem trafił się nam menedżer.

Andy: A resztę tamtego tygodnia spędziliśmy w pubie!

Fran: Tak, tak. Po prostu pomyśleliśmy sobie, że skoro mamy kontrakt w Glasgow i wciąż jesteśmy na zasiłku, to może lepiej podpisać kontrakt w Londynie i też być na zasiłku, ale w Londynie. Wsiedliśmy do samochodu i przyjechaliśmy właśnie do Londynu. Mieszkaliśmy nawet wszyscy czterej w jednym mieszkaniu. Z piosenkami nie mieliśmy problemów, mieliśmy ich całą masę. Zacząłem pisać jak miałem 18-19 lat, może nawet mniej. Tak więc przez te wszystkie lata tworzyłem swój pierwszy album. A potem dostałem tylko kilka miesięcy na napisanie następnego.

Andy: Myślę, że to, czego uczysz się pracując w zespole, to pewne wyczucie. Jeżeli słuchasz naszego pierwszego i drugiego albumu, to widzisz pewną różnicę – wyczuwasz, kiedy należy trochę odpuścić – tak, żeby piosenka mogła żyć swym własnym życiem. Żeby nie była przeładowana.

Powiedzcie coś więcej o piosence „Why Does It Always Rain On Me?”?

Fran: Napisałem ją w Izraelu, w pokoju hotelowym – kiedy pogoda na zewnątrz była beznadziejna, a ja czułem się dokładnie tak samo. To były chyba najgorsze moje wakacje. Na szczęście nie słychać tego w piosence.

Czy pisząc utwory na wasz najnowszy album mieliście na myśli jakiegoś konkretnego odbiorcę?

Fran: Kiedy skończyliśmy nagrywanie albumu „The Man Who”, byłem przekonany, że to głównie kobiety będą rozumieć tą płytę. A faceci, szczególnie dziennikarze, będą mieli z tym pewne kłopoty. I nie myliłem się. Oni w ogóle do wszystkiego dorabiają swoje własne historie. Szczęście oceniam na podstawie tego, co mogę zrobić dla innych, a nie tego, co sam dostaję. W zespole Travis panuje bardzo fajna atmosfera, którą staramy się rozszerzyć też poza zespół. Taki pokój z otwartymi drzwiami. Tak jak w Anglii w latach 30.. Dziadek opowiadał mi, że wychodząc z domu nie zamykał drzwi. Ludzie wchodzili i wychodzili, ale nikt nie próbował nic podwędzić. Ludzie się nie kłócili. Wchodziłeś, kiedy chciałeś, dom stał otworem. I kiedy spisujesz swoje myśli w piosenkę, to nie chcesz, żeby była zbyt enigmatyczna dla innych. Chcesz, żeby potrafili ją poczuć. Ma być czymś otwartym dla wszystkich.

Fran, co jest dla ciebie najważniejsze w tym co robisz?

Bardziej od tworzenia wizerunku zespołu interesuje mnie tworzenie dobrych piosenek. Zawsze oddzielałem utwory od wykonujących je zespołów. Gwiazdy pop tylko śpiewają hity, które następnie samodzielnie pozostają w naszych umysłach, bez całego tego szumu ze scenicznym wizerunkiem. Zespół może zostać zaszufladkowany i kiedy próbuje to potem zmienić – najczęściej jest już skończony. Beatlesi nie próbowali zmieniać swojej muzyki – dlatego może będą żyć tak długo, jak ich piosenki.

Dougie: Ludzie nie rozpoznają nas, ale rozpoznają nasze piosenki. I tak powinno być.

Jesteście zadowoleni ze swoich teledysków, gdyż większość wykonawców zazwyczaj narzeka, iż nie zrobiono im tego, czego oczekiwali?

Neil: Ostatnie cztery teledyski, które nakręciliśmy, wreszcie są dokładnie tym, o co nam chodziło.

Fran: Atmosfera na planie w porównaniu do teledysków do pierwszego albumu była o niebo lepsza. Czuję – i to też ciekawe – że dlatego, iż tym razem współpracowaliśmy głównie z kobietami, a przy robieniu tamtych nie była obecna ani jedna.

Dougie: Podświadomie chyba dążyliśmy do tego, żeby wszystkie cztery klipy były ze sobą powiązane. Żeby opowiadały jedną historię. Choć wcale tego nie planowaliśmy.

Fran: W chatach w Internecie ludzie pytali ciągle: O czym opowiadają te wszystkie wideoklipy? Odpowiadaliśmy: - ‘O niczym, naprawdę o niczym. Mają tylko cieszyć wasze oczy’.

Fran: W teledysku do numeru „Writing To Reach You” rzucano we mnie kamieniami, atakowały mnie bombowce z II wojny światowej, strzelano do mnie nawet z łuku. W dodawaniu efektów specjalnych pomagali nam ludzie pracujący nad filmem „Szeregowiec Ryan”. I zrobili niezłą robotę, nie ?

Podobno nieźle bawiliście się kręcąc teledysk do nagrania „Driftwood”?

Neil: Wideoklip ten nakręciliśmy w szkole – i to przez raptem jeden dzień! Pojawiliśmy się tam rano, a zbieraliśmy się już o czwartej po południu. Pomysł był prosty - Fran chodzący z kamerą, a my grający nauczycieli. To było coś niesamowitego – siedzieć tam z małymi dziewczynkami – od 9 do 13 lat, które są jeszcze tak pełne życia, nie zadają zbędnych pytań. Dziewczynki takie chcą po prostu z tobą rozmawiać i dużo się śmiać.

Andy: To, co jest szczególne w tym wideoklipie, to jego wyraźna prostota – dzieci w szkole, uśmiechające się twarze. Możesz oglądać to tysiąc razy i za każdym razem znajdujesz w nim coś innego.

Fran: Pamiętam, że staraliśmy się ubrać tak jak nauczyciele. Mieliśmy duże, czarne torby. Tak, dobrze się wczuwaliśmy. Ja byłem ... od plastyki i religii, takim typowym katolickim belfrem. A ty byłeś ...

Dougie: Z jakiś powodów chemikiem.

Andy: Neil oczywiście uczył W-F-u.

Dougie: A ty byłeś historykiem ?

Andy: Tak. Skończyłem tak, jak mój ojciec...

Podobno mieliście spore kłopoty z video do „Why Does It Always Rain On Me ?”?

Fran: Ciekawostką jest fakt, że kiedy zaprezentowaliśmy ten wideoklip MTV, nie chcieli go grać, bo czuli się urażeni kilkoma ujęciami martwej kozy, która w rzeczywistości była wypchana. A na tym wrzosowisku – nazywało się ono Bodmir Moor – wszędzie dookoła leżały prawdziwe martwe kozy.

Dougie: Ten klip powstawał w niezłych bólach, bo było tam potwornie zimno i co chwilę lekko przymarzaliśmy.

Andy: Pierwszego dnia kręciliśmy fragmenty w wodzie, w jakimś ogromnym zbiorniku wodnym. To było trochę przerażające, jeżeli ściągali cię 30 stóp pod wodę – gdzie było potwornie ciemno – i dawali ci aparaturę do oddychania, którą następnie zdejmowali przed każdym kręceniem każdego ujęcia. Andy’emu uszkodził się bębenek w uchu.

Fran: Ja zresztą potwornie nie chciałem brać w tym udziału.

Dogie: A ja niechcący dostałem od kogoś po głowie !

Wasze koncerty mają w sobie jakąś niebywałą siłę, z miejsca przyciągającą uwagę słuchacza. Jak to robicie?

Fran: Zawsze, gdy wychodzimy na scenę, dajemy z siebie wszystko – jakby był to nasz ostatni występ. Wkładamy w nasz występ wszystko, co mamy najlepsze, za każdym razem. Na początku, kiedy otwieraliśmy występy różnych wykonawców – od Beth Orton do Oasis – ludzie ciągle byli zaskoczeni naszą energią, maksymalnym czadem – pytali się: „Kim oni są?” I właśnie ściągnięcie na siebie uwagi tych ludzi stawialiśmy sobie za cel. W Wielkiej Brytanii wszystkie bilety na nasze koncerty zostały wysprzedane, ale kiedy zaczynaliśmy trasę w Glasgow, nie robiło to na nas specjalnego wrażenia. Bardziej ekscytujące jest granie koncertów we Francji, w Niemczech ... bo tam jesteś kimś początkującym, mniej znanym i na sławę musisz sobie dopiero zapracować. Ludzie nie są zaznajomieni z twoim materiałem. I to jest dopiero wyzwanie. Chciałbym pojechać do Hong Kongu, do Australii, do Nowej Zelandii, czy choćby do Kanady – a więc miejsc, w których nas jeszcze nie było ... co jest trochę dziwne, bo w zasadzie nie znoszę podróży, jestem kiepskim podróżnikiem ... Ale może to dlatego, że w dzieciństwie nie często ruszałem się z domu. Teraz nie chodzi mi bynajmniej o zwiedzanie, ale o możliwość podzielenia się z ludźmi tam mieszkającymi naszą muzyką. Myślę, że to wystarczający powód, żeby się tam udać. Muzyka nie zna granic, jest poza geograficznymi podziałami.

Dougie: To, skąd pochodzi jakaś muzyka, jest zupełnie bez znaczenia.

Neil: W zeszłym roku byliśmy na małej trasie w Japonii i to niesamowite - tyle tysięcy mil stąd tłum ludzi ... Oni po prostu pokochali nasz zespół. I nie wiedzieli pewnie o czym śpiewamy, ale czuli te emocje pochodzące ze sceny. Wytworzyła się specyficzna więź między nami a publicznością.

I co dalej z zespołem Travis?

Fran: Nie wiem, dokąd zmierzamy. Dla mnie najważniejsze jest to, że nadal piszę piosenki. Nie mam pojęcia, czy nasza muzyka zmierza w jakimś kierunku. To tak, jak jazda rowerem bez trzymanki i w dodatku z zamkniętymi oczami. Ufam swojemu instynktowi. Nie robię planów, po prostu pozwalam wydarzać się temu, co mnie czeka. Teraz gramy w Ameryce z Oasis i jest naprawdę OK. Po wydaniu trzeciego albumu przez rok planujemy sobie porządnie odpocząć. Zobaczymy, jak to będzie.

Neil: Nie sądzę, żebyśmy kiedyś usiedli i powiedzieli sobie: zatrzymujemy się w tym punkcie. Zawsze przyświecała nam myśl – starać się być jak najlepszym, ale bez przesady – podbicia świata nie planujemy. Nie zależy nam na byciu „Najlepszą Grupą Świata”. Cały czas dopiero zaczynamy, przed nami jest jeszcze długa droga do pokonania.

Dougie: Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, co tak właściwie nas inspiruje. Myślimy o tym, żeby nadal być dobrymi kumplami i robić to, co sprawia innym przyjemność. Jeżeli tak będzie, to uznamy to za nasz życiowy sukces.

Dzięki za rozmowę i trzymamy kciuki za podbój Ameryki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy