Reklama

Reklama

"Nie chcemy przypodobać się małolatom"


Kiedy w 1992 roku na sklepowych półkach pojawiła się płyta "Wilki", na polskim rynku muzycznym objawiła się nowa wielka gwiazda. Robert Gawliński i jego koledzy zaoferowali słuchaczom oryginalną i wspaniale zaaranżowaną, pełną rockowej ekspresji muzykę, która nie była kopią dokonań żadnego z artystów Zachodnich. Piosenki takie jak "Errol", "Son Of The Blue Sky" czy też "Eli Lama Sabachtani" podbijały z miejsca wszystkie listy przebojów. Kolejna płyta "Przedmieścia" została już nieco chłodniej przyjęta przez fanów, podobnie stało się także z wydawnictwem "Acousticus Rockus". Zespół przemęczony ogromną ilością koncertów i zmęczony popularnością zdecydował się zawiesić swoją działalność. Muzycy Wilków, z Gawlińskim na czele zajęli się realizacją projektów solowych. Robert wydawał płyty pod swoim nazwiskiem, a Andrzej Smolik skupił się m.in. na współpracy z Kasia Nosowską i także doczekał się swojego własnego albumu. W 2001 roku Wilki powróciły na scenę dając serię koncertów, m.in. na wspólnej trasie z niemiecką grupą Reamonn i rozpoczęły prace nad swoją kolejną płytą. Po ośmiu latach od wydania "Acousticus Rockus" światło dzienne ujrzał album "4", z którego pochodzi przebój "Baśka". Z utworem tym Wilki wygrały Konkurs Premier na Festiwalu w Opolu.

Reklama

O trudach powrotu, obawach z nim związanych, niespodziewanym sukcesie "Baśki" oraz współpracy z Grzegorzem Ciechowskim z Robertem Gawlińskim, frontmanem i wokalistą Wilków, rozmawiał Konrad Sikora.


Pierwsze doniesienia o możliwości powrotu Wilków pojawiły się dwa lata temu. Płyta ukazuje się dopiero teraz. Czy wcześniej nasz rodzimy rynek nie był gotowy na to, aby wilcze stado znów zawyło?

Nie chcieliśmy wracać przy huku sztucznych ogni i robić jakiegoś wielkiego powrotu. Chcieliśmy, aby wszystko odbyło się w jak najbardziej naturalny sposób, aby wszystko zaczęło się od muzyki, a nie by ludzi o naszym powrocie informowała tylko reklama i jakieś akcje marketingowe w stylu: "Niesamowita sensacja! Wracają Wilki!". Nie byliśmy też pewni, czy to wszystko wyjdzie nam tak, jak sobie tego życzymy. Dawaliśmy sobie czas na rozruch i graliśmy sporo koncertów plenerowych, by sobie w ogóle przypomnieć, jak to jest razem grać. Jesienią zeszłego roku zabraliśmy się na poważnie do pracy i przez pół roku koncentrowaliśmy się wyłącznie na płycie. Wydaje mi się, że to był taki naturalny porządek rzeczy.

Jednym z elementów tej rozgrzewki była wspólna trasa z grupą Reamonn. Wielu waszych fanów było nieco oburzonych, że Wilki otwierają koncerty jakiejś niemieckiej kapeli...

Zostaliśmy zaproszeni jako goście na tę trasę. Mieliśmy być prezentowani na równych prawach z zespołem Reamonn. Polacy mają jednak jakąś taką straszną cechę, z którą jak wejdziemy do Unii, to będziemy musieli szybko się rozstać. Będziemy przez nią bardzo cierpieć. Jakoś w naszej mentalności jest to, że czujemy się "służącymi Europy". Przyszedł w pewnym momencie jakiś Niemiec i zaczął się wydzierać na naszych organizatorów. W efekcie powyłączano nam połowę sprzętu i świateł. Okazało się nagle, że my mamy być supportem dla Reamonn, a oni są wielkimi gwiazdami. Chciałem wtedy zerwać tę trasę. Zrobiłem jednak wtedy taki ukłon w stronę radia RMF FM, które organizowało tę trasę. Znam to radio, jestem z nim blisko związany i mam z nim związanych wiele miłych wspomnień. Nie chciałem tego przekreślać tylko dlatego, że akurat wtedy pracował przy tej imprezie jakiś facet, który był kretynem i miał pod sobą ekipę przestraszonych ludzików. To nie była wina firmy i nie chciałem im robić zamętu i obciachu. Dlatego dokończyliśmy tę trasę. To zamieszanie z koncertu na koncert było coraz większe. Później okazało się, że nie możemy w ogóle robić prób, a jak Niemcy widzieli, że ludzie lepiej bawią się przy naszej muzyce, zaczęli nam jeszcze robić różnego rodzaju utrudnienia. W sumie niemiło to wszystko wspominam.

Po koncertach i chwilowym milczeniu, w końcu doczekaliśmy się pierwszego singla, czyli "Baśki". Bałeś się, jak będzie przyjęty ten utwór?

Oczywiście, że się bałem. Pomyślałem sobie jednak, że w naszym kraju jest taka kiepska sytuacja, są wakacje, po co więc zadręczać ludzi jakimiś dołującymi tematami. Poza tym ten utwór powstał bardzo spontanicznie, a ja wierzę w takie sprawy. Pomyślałem sobie, że to może jest dobry omen. U nas panuje takie ogromne narzekactwo. A przecież wystarczy pomyśleć, jak było dziesięć lat temu. Wcale nie było lepiej. Oczywiście, liczyliśmy wszyscy na więcej. Po odzyskaniu politycznej wolności liczyłem na to, że doczekamy się jakiegoś boomu artystycznego. Coś się zaczęło, ale bardzo szybko zdechło i zastąpił to wszystko hamburger i płytka twórczość. Tak wtedy, jak i teraz, muzyka Wilków ma być swoistą alternatywą wobec tego, co robią inni i mam nadzieję, że tak jest.

Jesteś zaskoczony wielkim sukcesem tego utworu?

Jestem mocno zaskoczony sukcesem "Baśki". Tekst tej piosenki cytuje się już w najróżniejszych kręgach i powiem nawet, iż jest to dla mnie nawet trochę żenujące. Z drugiej strony ogromnie się cieszę. Jest to dla mnie, i dla chłopaków, taki bodziec, żeby przygotowywać się lepiej do koncertów, żeby lepiej to wszystko ogarnąć, żeby jesienią przygotować dobrą trasę. Pojawili się sponsorzy, więc ta trasa klubowa, na której bardzo mi zależało, będzie miała super oprawę, będzie fajna scenografia i super brzmienie. Będę do tego dążył. Te pieniądze od sponsorów zostaną w całości właśnie na to przeznaczone. To wszystko stwarza miłą atmosferę w zespole i powoduje, że chcemy realizować nasze marzenia.

A jak odebrałeś sukces "Baśki" w Opolu, podczas konkursu "Premier"?

Bardzo pozytywnie. Ten festiwal, wbrew obiegowym opiniom tworzonymi przez koła, które nazywają siebie undergroundowymi, a tak na prawdę są po prostu artystami, którym się nie udało zaistnieć na szerszą skalę, ma swoją wartość. Wygranie tam wcale nie jest łatwe. Tamtejsza publiczność to swoiste spektrum gustów i preferencji. Pojawiają się tam i fani, i dziennikarze, i zwykli ludzie, którzy przychodzą na festiwal, a nie po to, by posłuchać dobrej muzyki. Do nich jest najtrudniej dotrzeć. Nigdy nie mam takiej tremy, jak właśnie na festiwalach, czy to w Sopocie, czy w Opolu. Masz do zagrania tylko jeden numer. Zawsze coś może się nie udać. Albo coś się schrzani, albo akurat coś nie równo wyjdzie, albo nie złapiesz od razu kontaktu z publicznością i tak dalej. Z zawodowego punktu widzenia zwycięstwo i występowanie na festiwalu to bardzo trudne zadanie. Łatwo jest oceniać i krytykować, ale kiedy samemu staje się do tych "zawodów", to okazuje się, że wcale nie robi się tego lepiej niż inni.

Drugim singlem z płyty "4" jest utwór "Urke". Może się wydawać, że "Baśka" była skierowana bardziej do tych nowych i młodszych fanów Wilków, o tyle ta druga kompozycja chyba przypadnie do gustu tym, którzy z twórczością Wilków obcują już trochę dłużej. Zgodzisz się z tym?

Na pewno coś w tym jest, ale dla tych starszych fanów mamy przygotowane jeszcze inne single. Firma chce w sumie wydać aż pięć singli z tej płyty. Te trzy ostatnie w jeszcze większym stopniu powinny spodobać się tym, którzy dorastali z naszą muzyką. Obiecano mi, że sam będę mógł je wybrać. Wydawanie singli to jednak jest taka broń obosieczna. Często jest tak, że ludzie kupując płytę wybierają sobie jakieś piosenki, które znaczą dla nich coś wyjątkowego. Kiedy nagle ta piosenka zaczyna być grana w stacjach radiowych i telewizyjnych, wtedy czują się nieco zawiedzeni. Na przykład taki "Beniamin" nigdy nie był wydany na singlu, a wszyscy domagają się go na koncertach. Jestem więc zdania, że nie wszystkie piosenki powinny być wydawane na singlach. Te najlepsze chyba warto oszczędzić.

Kiedyś powiedziałeś, że w swoich szufladach masz dużo niezaśpiewanych i nienagranych piosenek. Czy któraś z nich trafiła na płytę "4"?

W swoich szufladach rzeczywiście miałem wiele takich piosenek. Wystrzelałem się z z nich jednak przy okazji płyt solowych i na albumie "4" znalazły się praktycznie same utwory napisane na jego potrzeby. Może dlatego ta płyta jest taka świeża i różni się od poprzednich choćby tym, że jest zdecydowanie szybsza i bardziej rockowa, czy też może bardziej gitarowa. Na pewno jest to także bardziej zespołowe dzieło. Praca nad tą płytą naprawdę dobrze nam się układała. "Urke" jest utworem całkowicie skomponowanym przez zespół. Chciałem, aby taki utwór też był wydany na singlu. Wiadomo, jak to bywa z ZAIKS-em. Wszyscy zarobimy na tej piosence tyle samo pieniędzy i to przynajmniej wyeliminuje jakąś możliwość poróżnienia się.

Swego czasu Andrzej Smolik powiedział mi, że na nowej płycie Wilków na pewno nie będzie żadnej elektroniki. Czy jednak chociaż przez chwilę nie kusiło was, aby wykorzystać samplery? Byłoby bardziej nowocześnie...

Pracując nad tym albumem założyliśmy sobie, że chcemy nagrać taką muzykę, która sama z nas wychodzi. Momentami słychać na tej płycie jakiś delikatany loopik. Jest to jednak ewidentne korzystanie z możliwości, jakie daje nam dzisiejsza cywilizacja. Nie chcieliśmy przypodobać się małolatom i w sztuczny sposób "odmładzać" naszą muzykę. Jeśli tak by wyszło, stałoby się tak samo z siebie, spontanicznie. Jednak mamy takie, a nie inne korzenie muzyczne i nie moglibyśmy niczego zrobić na siłę.

Wytwórnia nie próbowała was nakłonić, by jednak w jakiś sposób uczynić ten album jakimś produktem bardziej masowym?

Po eksperymentach z płytą "Gra" nie miałem na takie rzeczy ochoty. A jeśli ja nie mam na coś ochoty, to wytwórnia nigdy mnie do niczego nie nakłoni.

Jednym z ciekawszych utworów na płycie jest kompozycja "Myśleć wolno". Gdzie tak niczego nie wolno?

Wszędzie, na całym świecie. Nigdzie nie wolno myśleć wolno. Zmierzamy w jakiś taki zaułek historii ludzkości, że jest nas tak wiele i nie wiemy, co z tym fantem zrobić. Zaczynamy stwarzać jakieś sztuczne bariery, formuły, wzory zachowań i formy prezencji. Przyjechał do nas Marilyn Manson. Od razu zaczęła się nagonka - Kościół, politycy, tak jakby nie mieli niczego innego do roboty. Takich przykładów jest mnóstwo, gdy ktoś zupełnie niekompetentny zajmuje się czymś, co w ogóle nie powinno go dotyczyć. To też jest w tej piosence powiedziane.

Przez chwilę wyobraziłem sobie, że tekst tej piosenki będą cytować przeciwnicy naszego wstąpienia do Unii Europejskiej, sugerując, iż właśnie tak będzie - zatracimy siebie, podporządkujemy się innemu sposobowi myślenia.

Z tą Unią Europejską to nie powinniśmy tak przesadzać. Świat zmierza do ujednolicenia, do integracji - wspólnego rynku, wspólnej waluty. Nie możemy się temu sprzeciwiać i nic na to nie poradzimy, ale to nigdy nie spowoduje, że zatracimy naszą własną osobowość i świadomość narodową. Wystarczy, że będziemy słuchać starszych. Oni mają nam wiele do przekazania. Znacznie więcej niż telewizja. Rzeczywiście zaśpiewałem w tej piosence: "Nie wolno podnieść się z kolan, od czasów Polan" i to jest taka mini-martyrologia Polski. Może przesadziłem z tymi Polanami, ale na pewno od czasów, kiedy o losach Europy decydowali jacyś wielcy mocarze ze Wschodu i Zachodu, nie mogliśmy podnieść się z kolan. Jednak wierzę w Zjednoczoną Europę i uważam, że dla nas jest ona szansą. Na pewno poszerzy nasze horyzonty i pozwoli nam osiągnąć większą wiedzę. Najwięcej zawsze narzekają ci, którzy nic nie potrafią, tylko czekają na mannę z nieba. Manny z nieba także nigdy nie dostaje się za nic. I o tym trzeba pamiętać, niezależnie od tego, w co się wierzy i co się reprezentuje.

Jednym z wyraźniejszych tematów na tej płycie jest kwestia "przegranej generacji", tak zwanego "wyścigu szczurów" i "białych kołnierzyków"....

Tak się akurat zdarzyło, że swego czasu poznaliśmy wspaniałego człowieka i patrzyliśmy, jak robił karierę wśród tych "białych kołnierzyków". Teraz przychodzi do nas i mówi, że nie wie jak się z tego wszystkiego wyrwać. Ma świadomość tego, że to go niszczy i nie widzi siebie w tym zawodzie, ale ciężko jest mu się z tego wszystkiego wyrwać. Myślę, że takich ludzi jest wielu. Jeżdżąc po kraju, koncertując, dużo widzieliśmy i mieliśmy okazję porozmawiać na temat tego, jak zmienia się na nasza młodzież. Brakuje nieco ideałów, brakuje ludzi, którzy powiedzieliby im, że warto się zastanowić, że nie zawsze pieniądz jest najważniejszy. Zobaczymy, jak będzie po ukazaniu się płyty, ale na razie trochę mnie irytuje fakt, że na koncertach ludzie domagają się przede wszystkim "Baśki", która nieco nie pasuje mi do tych "białych kołnierzyków". Starszych fanów można poznać po tym, że proszą o starsze kompozycje. Wszyscy się świetnie bawią na naszych koncertach, ale jednak ta "Baśka" trochę uwiera.

Ten materializm, o którym wspomniałeś, wkradł się także w branżę muzyczną. Coraz częściej mówi się tylko o tym, kto ile płyt sprzedał, na którym miejscu na liście przebojów jest i ile bierze za koncert. Coraz mniej mówi się za to o muzyce. Młodzież to widzi...

Mam nadzieję, że wrócą te czasy, kiedy będzie się rozmawiać przede wszystkim o muzyce. Jeśli się tak nie stanie, muzyka stanie się czymś użytkowym. Będzie dodatkiem do gier komputerowych, filmów i reklam. Wielkie koncerny muzyczne będą promowały tylko plastikowe gwiazdy, których zadaniem jest ładnie wyglądać i miło się uśmiechać. Mam nadzieję, że ludzie się otrząsną i zaczną dbać o muzykę. Jeśli tak się nie stanie, być może wkrótce muzyka rockowa, podobnie jak teraz jazz, stanie się gatunkiem przeznaczonym dla wybranych, stanie się czymś elitarnym. Nie wiem, który wariant się zrealizuje. Każdy z nich będzie dobry. Najgorszy jest ten, który mamy dziś.

Kiedy rozmawialiśmy przy okazji wydania płyty z największymi przebojami i nic jeszcze nie było wiadomo o powrocie Wilków, powiedziałeś, że jedną z przyczyn rozpadu zespołu było przemęczenie. Jak teraz chcecie zapobiec, aby sytuacja się nie powtórzyła?

Wtedy byliśmy młodzi i niedoświadczeni. Teraz nie będziemy się już tak wygłupiać i nie będziemy grać tak dużych koncertów. Wtedy byliśmy rzadkimi gośćmi w domach. Będziemy nad tym wszystkim czuwać i nie damy się zwariować. Zredukujemy też liczbę udzielanych wywiadów. Bo bez sensu jest udzielanie kilkudziesięciu wywiadów byle komu, skoro można ich zrobić kilka, ale za to bardzo dobrych. Cała promocja będzie bardziej opanowana. Nie chcemy robić zmasowanego ataku na media. Nasza muzyka tego nie potrzebuje. O obecność w mediach niech się martwi Kylie Minogue. O nas świadczą koncerty i wierna rzesza fanów.

Wtedy rozmawialiśmy też na temat książki, którą na temat Wilków napisał Kuba Wojewódzki. Czy przez te dwa lata zdołaliście się dowiedzieć, co się w końcu z nią stało?

Niestety, nadal ani ja, ani Kuba nie wiemy, co się z tymi wszystkimi materiałami stało. Jest to nierozwiązana zagadka. Ale nie robimy z tego jakiejś niesamowitej historii. Po prostu naprawdę nie wiemy, co się z tą książką stało. Być może Kuba będzie musiał zacząć wszystko od nowa i przy okazji dopisze nowy rozdział.

Skoro mowa o Kubie, to na pewno znasz jego rolę w programie "Idol", który cieszył się ogromną popularnością. Co sądzisz o tego typu programach?

Przede wszystkim to głęboko współczuję wszystkim, którzy kupują tę płytę z "Idola". Z całym szacunkiem dla Kuby i pozostałych członków jury, jasno widać, że jest to czysty biznesowy krok. Ludzie, którzy w tym programie występują, są na tyle dobrzy, że mogliby się nad sobą zastanowić i własnym wysiłkiem nagrać płytę i zdobyć sobie fanów, nie robiąc przy okazji z siebie pajaca. To jest moje, może trochę ostre, przesłanie do tych ludzi. Można zdobyć na pewno w takim programie doświadczenie, ale nie należy całej swojej kariery opierać tylko na tym, co się tam zrobiło. Taki idol będzie istniał tak samo długo, jak bohaterzy programu "Big Brother". To jest jednosezonowa sława. Jeśli ktoś marzy o prawdziwej karierze i zawodzie muzyka, to do celu prowadzi moim zdaniem trochę inna droga.

Dla Alicji Janosz, która wygrała "Idola", piosenki ma napisać m.in. Piotr Banach, współtwórca Hey'a. Czy ty zgodziłbyś się na taką propozycję?

Oczywiście, że mógłbym napisać piosenkę. Swego czasu byłem dość blisko tego programu, bo kiedy pracowaliśmy nad albumem, mieliśmy okazję parę razy zobaczyć, jak ludzie z "Idola" obok też coś tam robili. Ogólnie, jeśli śpiewa się wszystko, to nie śpiewa się niczego. Każdy powinien wykonywać ten rodzaj muzyki, w którym czuje się najlepiej. Trzeba mieć jakiś charakter. Patrzę na takiego faceta i widzę, że śpiewa jak Joe Cocker; fajnie, ale za chwilę jest już jak Bono, a jeszcze za chwilę próbuje pozować na Ozzy'ego Osbourne'a. Może jednak komuś z tego programu się uda. Wierzę, że w końcu doczekamy się jakiegoś nowego męskiego głosu, który coś namiesza.

Przy okazji powrotu Wilków niektórzy z fanów, znających także twoje inne oblicze, zaczęli wierzyć, że może uda się przywrócić do życia także zespół Madame...

Nie, raczej nie ma na to szans. Nie lubię ciągnąć dwóch srok za ogon. Na razie pozostanę przy Wilkach.

Miałeś okazję zaśpiewać piosenkę "Nie pokonasz miłości", napisaną przez Grzegorza Ciechowskiego. Jak wspominasz współpracę z nim?

Bardzo ciepło. I nie mówię tak tylko dlatego, że o nieobecnych nie mówi się źle. Poznałem Grzegorza od całkiem innej strony i okazało się, że jest zupełnie innym facetem, niż mogłoby się wydawać. Był to człowiek bardzo ciepły, fajny. Zrobiło mi się bardzo przykro, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, tym bardziej, że nasze dzieciaki się strasznie polubiły i wydawało się, że zawiąże się między nami naprawdę bliska znajomość, tym bardziej, że miał się przeprowadzić niedaleko mnie.
Podczas nagrywania tej piosenki dużo rozmawialiśmy i zastanawialiśmy się, jak to jest, że właściwie przez cały czas w jakiś sposób krążyliśmy wokół siebie, a nie udało nam się zrobić razem nic poważniejszego. Swego czasu grałem przecież z Leszkiem Biolikiem, który później przeszedł do Republiki. Kiedy znów Grzegorz pracował jako Obywatel G.C., ja z pozostałymi członkami Republiki grałem w Operze. Zawsze byliśmy jakoś w pobliżu siebie. On był na tyle fajnym facetem, że kiedy wychodziła moja kolejna płyta, to dzwonił do mnie i mówił, które kawałki mu się najbardziej podobają.

Kiedy wreszcie się zbliżyliśmy do siebie przy okazji "Nie pokonasz miłości", okazało się, że bardzo dobrze się rozumiemy, a przy okazji, że jest świetnym facetem.

Czytając różne udzielone przez ciebie wywiady zauważyłem, że dosyć często pozytywnie wyrażasz się o Maćku Maleńczuku. Może z nim uda ci się stworzyć coś większego?

Tak naprawdę to poniekąd już coś razem zrobiliśmy, do spółki z Andrzejem Smolikiem i Krzysztofem Krawczykiem. Dziwny skład, ale wyszło tak, że ja napisałem muzykę, Maciek dopisał tekst. Krzysztof Krawczyk to zaśpiewa, a Andrzej wyprodukuje. To była taka korespondencyjna współpraca, ale mam ogromną nadzieję, że kiedyś spotkamy się na scenie. Będzie to na pewno ciekawe i bardzo przyjemne doznanie.
Maciek jest dla mnie jednym z najważniejszych i najciekawszych artystów na naszej scenie muzycznej XXI wieku. Świetnie pisze. Brakowało mi takich ludzi, którzy dorównają Grzegorzowi Ciechowskiemu i Wojtkowi Waglewskiemu pod względem tekstów. Maciek taki jest i do tego jeszcze świetnie śpiewa. Jeśli go nie pochłonie show-biznesowa machina i jeśli nie zachłyśnie się sukcesem, jaki teraz odnosi, to będzie świetnie. Ale to mu chyba nie grozi. Widzę, że przestał teraz tak ostro koncertować i szarżować. Zawsze jest potrzebna chwila oddechu i zadumy nad sobą. Na pewno kiedy powróci, to z jeszcze lepszymi pomysłami i udowodni, że nie jest "głupim narkomanem, który wyśpiewuje byle co", jak kiedyś usłyszałem na jego temat.

Na zakończenie jeszcze pytanie o nasze rodzime muzyczne stacje telewizyjne. Dwa lata temu, kiedy rozmawialiśmy, dopiero powstawały i rozważaliśmy, jak może być w przyszłości. Jak teraz oceniasz ich funkcjonowanie? Dbają o polską muzykę?

Powiem szczerze, że chyba udaje im się w jakimś stopniu te nasze rodzime produkcje promować. Każdy się stara jak może, ale tutaj znów wychodzi to, o czym mówiłem przy okazji koncertów z Reamonn. Polacy przyjmują służalczą formę. Nie potrafią powiedzieć Niemcom lub Angolom: "To jest mój kraj i chcę puszczać naszą muzykę". Zbyt wiele nam narzucają. Może w końcu tymi stacjami zaczną kierować ludzie, którzy będą mieli osobowość i nie będą się bali postawić. Może w końcu pojawi się jakaś nasza całkiem rodzima stacja muzyczna. Sądzę, że polski rynek muzyczny mógłby wtedy trochę odżyć. A tak to mamy medialną zapaść.


Promuje się córki jakichś decydentów lub gwiazdy z reality show. Tę zapaść zresztą widać także na przykładzie naszej prasy muzycznej. Właściwie nie istnieje. Kolejne tytuły upadają, ale to po części wina samych redakcji. Dziennikarze pracujący w tych gazetach często są nieprzygotowani do wywiadów, są niekompetentni, brakuje im świeżego spojrzenia i otwarcia na nowości. Nie tworzą się osobowości. Nie widzę, aby dziennikarze chodzili po klubach, szukali nowych miejsc, gdzie gra się muzykę, gdzie rodzą się nowe zespoły. Szukaliśmy niedawno faceta, który mógłby z nami pojechać w trasę jako techniczny, ale by przy okazji był gitarzystą. Z ciekawości kupiłem sobie parę tytułów, bo chciałem właśnie znaleźć jakieś fajne miejsca, gdzie mógłbym posłuchać nowych kapel, aby odświeżyć sobie spojrzenie i znaleźć kogoś takiego. W żadnej z gazet tego typu informacji nie znalazłem. To tylko jedna z wielu rzeczy, których mi brakowało.

Dziekuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy