Reklama

"Bangkok nigdy nie zasypia"


Niemieckiej grupie Sodom stuknęło już 20 lat. Zespół z Zagłębia Ruhry wprawdzie nigdy nie stał się wykonawcą z pierwszej ligi ciężkiego grania, ale nie przeszkodziło mu to w sprzedaży znacznej ilości płyt i zdobyciu grona oddanych fanów również poza terenem Niemiec. Liderem Sodom od samego początku jest basista i wokalista Tom Angelripper. W międzyczasie znalazł on sposób na osiągnięcie wielkiego sukcesu w swojej ojczyźnie i założył projekt Onkel Tom, wykonujący muzykę będącą idealnym podkładem do spożywania piwa. Jego priorytetem zawsze pozostał jednak Sodom.

Reklama

Trio zaczęło też zdobywać swoich fanów w Azji Południowo-Wschodniej. W 2001 roku zespół zagrał doskonale przyjęte przez stęsknionych ciężkich brzmień Azjatów koncert w Bangkoku, a efekt podróży do tego miasta został upamiętniony kolejnym w karierze Sodom albumem koncertowym, zatytułowanym "One Night In Bangkok", który ukazał się w Polsce pod koniec lata 2003 r.

Z okazji wydania tej płyty z Tomem Angelripperem rozmawiał Lesław Dutkowski.


Tom, głównym powodem naszej rozmowy jest płyta "One Night In Bangkok". Wiem, że byliście tam w 2001 roku, podczas podróży promującej album "M-16", bo rozmawialiśmy tuż przed jej wydaniem. Interesuje mnie jednak, jakie masz wrażenia z samej podróży, a nie tylko z "Rockpub", gdzie zarejestrowaliście koncert?

W sumie byliśmy w Bangkoku już trzeci raz. Wszystko dzięki koneksjom naszego przyjaciela Manniego Eisenblättera z magazynu "Metal Hammer". On niemal bez przerwy jeździ do Tajlandii i już wiele lat temu powiedział nam, abyśmy pojechali z nim, zrobili sobie wspaniałe wakacje, bo Bangkok to piękne miasto, a ludzie są bardzo przyjacielscy.

Nie należy nas mylić z seks-turystami, którzy tam jeżdżą. Owszem, mieliśmy kupę zabawy, chodziliśmy sobie do barów, piliśmy z miejscowymi jak z przyjaciółmi. Wtedy też powstał pomysł, żeby zorganizować tam nasz koncert, bo widzieliśmy wielu fanów metalu wałęsających się po ulicach.

Najpierw myśleliśmy, żeby pojechać na trasę do Japonii, a potem do Wietnamu, ale okazało się to niemożliwe do wykonania, ponieważ w Wietnamie nie było szans na zorganizowanie koncertu. Zorganizowaliśmy więc koncert w "Rockpub" w Bangkoku i było niesamowicie - ludzie wariowali, bo żaden tak ostry zespół nigdy wcześniej tam nie grał. Wprawdzie nie jest to miejsce, w którym można zarobić pieniądze na koncertach, ale chrzanię to. Ludzie są tacy wdzięczni za to, że się tam zagrało. To było wspaniałe przeżycie dla mnie, dla całego zespołu i dla fanów również.

Sądzę, że po tym koncercie wasza popularność w Bangkoku znacznie wzrosła?

O tak. Ludzie czekali na nas. Chyba z każdym z nich zdarzyło mi się porozmawiać. Moim zdaniem trzeba nawiązywać kontakty z fanami również po koncercie. Napiłem się z każdym piwka i wielką radością wysłuchałem, że oni są nam wdzięczni, bo nigdy wcześniej żaden tego typu zespół u nich nie grał. Tego koncertu nie da się porównać z tym, co dzieje się w Niemczech czy w Europie. Zamierzamy wrócić tam w przyszłym roku i zagrać może na jakimś festiwalu metalowym z innymi zespołami. Tamtejsi fani mają na to wielką nadzieję. Na nasz koncert przyjeżdżali z Malezji i z Indonezji.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Niemiec | trasy | 20 lat | koncert | śmiech | DVD | Bangkok | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje