Reklama

Aleksandra Hamkało: Miałam szafę pełną osobowości [WYWIAD]

Aleksandra Hamkało opowiedziała o muzycznych fascynacjach /Hubert Misiaczyk /materiały prasowe

Z aktorką spotkałem się przy okazji kolejnej odsłony festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach. Usiedliśmy więc w zaciszu jednego z miejscowych hoteli i porozmawialiśmy o jej muzycznych fascynacjach.

Marcin Misztalski, Interia.pl: Lubisz muzyczną popkulturę?

Aleksandra Hamkało: - Jeśli mam być szczera, to nie zastanawiam się za bardzo nad tym, czy coś jest popkulturą. No bo co to tak naprawdę znaczy? W momencie, gdy coś staje się popularne, to mam przestać tego słuchać? No nie. Jeśli muzyka wciąż jest dobra, to nie ma dla mnie znaczenia, ilu ma odbiorców. Oczywiście, że czasem artyści, którzy stają się popularni, tracą swój pierwotny wigor czy nie są spójni z tym, jak szeroką mają gamę odbiorców. Poza tym muzyczna popkultura wydaje mi się czymś bardzo płynnym. 

Reklama

Kiedy w liceum zaczynałam słuchać rapu, to on nie był popkulturą, a teraz rap jest popem, jest w mainstreamie. Obecnie zastanawiam się np., co będzie ze Zdechłym Osą. Na Nowej Muzyce byłam już po raz szósty na jego koncercie i tym razem widziałam pod sceną bardzo wiele osób, także randomowych. Osa od samego początku był dla mnie takim niszowcem i osobą, która swoją energię czerpie z antysystemowego napierdalania, punk's not dead - ich muzyka karmi się anarchią. Nie mówię, że się boję o jego muzykę, bo jest utalentowanym gościem i wierzę, że sobie poradzi z tą sytuacją. Jestem po prostu ciekawa, jak Osa i jego ekipa poradzą sobie z tą popularnością, która rośnie na moich oczach.

Muzyka antysystemowa nie pasuje na duże i popularne festiwale?

- To nie jest tak, że ona tam nie pasuje...

A może ona coś traci na dużych festiwalach?

- Podam przykład - na pierwszych koncertach Osy prawie cała publika była w mosh picie. Co prawda beze mnie - mam dwójkę dzieci i jakby ktoś złamał mi rękę, to byłabym w totalnej dupie (śmiech) - ale lubiłam na niego patrzeć. To było super. No a na dwóch ostatnich koncertach... Osa wręcz zachęcał ludzi do tego, ale garnęła się tylko garstka. Zespoły antysystemowe czerpią energię z publiczności i nie wiem, jaką energię daje im publiczność festiwalowa... pewnie inną. Muszą więc jakoś to ugryźć.

To jest ciekawe, bo niektórzy antysystemowcy, którzy weszli do mainstreamu, stoją trochę w rozkroku. Z jednej strony chcą być w pełni niezależni, a z drugiej - uginają się pod presją nowych słuchaczy, wytwórni. Jak więc buntować się w mainstreamie?

- W mainstreamie można się buntować, kiedy ma się na koncie bardzo dużo pieniędzy. Tymek tak teraz trochę robi i robi to dobrze. Wydaję mi się, że on zarobił tyle pengi, że może sobie na to pozwolić. Osa, o którym wspominam wcześniej, nigdy nie był materialistą, no ale grał np. na Męskim Graniu. Ja też ufam jego agentce, bo wiem, co zrobiła z Synami i co robi teraz z Przemasem 88. Wiesz, ja też nie jestem specjalistką od branży muzycznej i nie mnie pytać o takie analizy (śmiech). Patrzę sobie tylko z boku i coś tam przekminiam.

No właśnie nieraz obserwacje ludzi z zewnątrz są bardzo ciekawe.

- Myślę, czy można znaleźć przykład takiej osoby... Nosowska to artystka, która dojrzewała wraz ze swoją karierą. Nie dopasowała się do niej, gdy rosła, tylko opowiadała o niej. Ona jest w muzycznej branży i opowiada o swoim punkcie widzenia i o realiach, w których obecnie się znajduje. Wtedy można pozostać prawdziwym.

Ta prawdziwość, którą w muzyce cholernie ciężko zmierzyć, jest ważna?

- Ważna jest dla mnie w rapie, ale nie określam jej takimi ulicznymi kategoriami, bo ulicznego rapu słucham niewiele. Mam kilku uliczników, których sprawdzam. Na przykład Szpaka, bo super łączy uliczną hardość z miękkim podbrzuszem i melancholią. Rogal DDL to wariat. Lubię odloty w jego tekstach. On mógłby być wystawiony w muzeum jako taki performance okołorapowy. Poza tym lubię bezkompromisowy, uliczny rap z Niemiec. No i te ich klipy! Z daleka widać, że ci goście nie pie***lą głupot, oni naprawdę są umoczeni w proceder. To jest po prostu transgresja, którą uwielbiam w rapie.

Wcześniej wspomniałaś o 1988. Podoba ci się muzyczna droga, którą obrał po zakończeniu działalności Synów?

- Ciężko mi o tym mówić, bo to mój dobry kumpel. Siłą rzeczy mam na niego inne spojrzenie. Znamy się od bardzo dawna. Byłam poniekąd naocznym świadkiem powstawania Synów. Nie wiem, czy mogę o tym mówić (śmiech).

Oczywiście, że możesz.

- Znaliśmy się z Robertem (Robert Piernikowski z duetu Syny - przyp. red.) jeszcze za czasów jego totalnie niezależnego duetu Napszykłat. Siedział wtedy głęboko w undergroundzie. Rap nie miał takiego statusu, jaki ma teraz. Robert dużo rozmawiał o rapie z moim mężem u nas na chacie. Przekminiali strukturę rapu - jak to wszystko jest zrobione, poskładane, ale w taki sposób trochę kulturoznawczy. Rozkładali rap na czynniki pierwsze i każdy element oglądali oddzielnie. No i kiedy powstały Syny, pierwszy koncert zagrali na festiwalu ŁDZ - organizowanym między innymi przez mojego męża. Syny były wtedy dla mnie taką dekonstrukcją rapu. Od razu przypominały mi się te rozmowy, które chłopaki u nas prowadzili. Ja w pewnym momencie chodziłam spać, bo nie mogłam już tego słuchać. Rozkładanie rapu na czynniki pierwsze, to nie do końca moje gadki.

Ale występowanie w rapowych teledyskach to już trochę twój świat. Jak doszło do twojego udziału w teledysku Tewu i Peji "My i wy"?

- (wybuch śmiechu) Myślałam, że to już na zawsze pozostanie moją tajemnicą. Najgorzej! Tak, wzięłam udział w tym klipie (śmiech). Tańczyłam wtedy o wiele gorzej. Od tamtego czasu dużo zmieniło się w moim kontakcie z ciałem. Swoją drogą, dawno nie widziałam tego wideoklipu. Mój ówczesny chłopak, który też interesował się muzyką, miał kumpla, który zajmował się kręceniem obrazków, a że ja nigdy nie bałam się kamery, to zgodziłam się w nim zatańczyć.

Tych zaproszeń do występów w teledyskach było zresztą więcej.

- Jestem w klipie Behemotha, ale to była stricte komercyjna współpraca. Wystąpiłam totalnie po kumpelsku w teledysku Pro8l3mu - "Jakby świat kończył się". Dostałam kiedyś propozycje wzięcia udziału w obrazku Hadesa. W sumie dziś żałuję, że nie ma mnie w "Zmianach". Naprawdę. Może byłam wówczas zbyt zarozumiała, nie wiem. Klip okazał się mega hitem, ale kiedy dostałam scenariusz, to pomyślałam sobie: "Ja pierdziele, on rapuje o czymś i na obrazku dzieje się to samo. Przecież to bez sensu. Zero kreatywności". Bardzo szanuję jednak to, jaką drogą idzie Hades. Jestem też w Gverilla - "Płynę", bo to wymyślił i wyreżyserował nasz ziomek, którego znam od wielu lat. Normalnie bym w tym teledysku nie wystąpiła - sorry (śmiech). 

Mam też swoje cameo appearance w "Marvinie"Schaftera. Kiedyś też Pezet proponował mi udział w klipie, ale to był projekt sponsorowany przez dużą markę, więc nie chciałam w nim występować za przysłowiowe trzy złote. Co innego, gdyby to był w stu procentach jego teledysk, to myślę, że spoko, ale numer też musiałby mi się podobać. Jest wielu fajnych artystów, u których z chęcią zagrałabym w teledysku.

Pewnie jednym z nich jest Tymon.

- Byłoby ciężko, bo Tymon niestety jest już raperem na emeryturze, ale "Zmysłów 5" to pierwsza rapowa płyta, której słuchałam. Znam ją całą na pamięć. Nie jestem w stanie jej obiektywnie ocenić, bo ją kocham. Każdy numer uwielbiam i jestem w stanie zarapować (śmiech). Później przerzuciłam się na Ostrego, ale i sięgałam też po inne rzeczy. Lubiłam np. rocka. Słuchałam go dużo w liceum.

Mówi o tym jeden z twoich tatuaży.

- Tak. Kiedy miałam 16 lat, to zrobiłam sobie tatuaż Red Hot Chili Peppers na stopie. Ten zespół ukonstytuował mnie muzycznie, seksualnie i życiowo. Teksty typu: "Lepiej żałować czegoś, co się zrobiło, niż tego, czego się nie zrobiło". To były nasiona pod podatny grunt licealistki, która lubi korzystać z życia. Dzięki nim do dzisiaj mam słabość do facetów, którzy chodzą w spódnicach. Anthony Kiedis lubił sobie czasami zagrać koncert w spódnicy, a Anthony to był największy starstruck w moim życiu. 

Kiedy miałam 14 lat, byłam na ich pierwszym koncercie w Dreźnie. Bilet na koncert kupił mi wówczas mój najlepszy przyjaciel Nikodem. Nikodem w ogóle zgrywał mi - bo ja w domu miałam tylko trzy kanały - z MTV ich teledyski i występy. Na MTV czasami były programy pod tytułem "Weekend z... ", no i na przykład pokazywali weekend z Red Hot Chilli Peppers. Kochałam ich. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie zrobić na drugiej stopie, dla równowagi, tatuażu logówki Aphex Twina, który rozkochał mnie w muzyce elektronicznej, ale chyba jednak tego nie zrobię. Prędzej wytatuuje sobie coś związanego z filmem, na przykład: zestaw rekwizytów związanych z moimi ulubionymi filmami.

Jeśli już o filmach. Masz jakieś ulubione ścieżki dźwiękowe?

- Pewnie tak, tyle że ja nie wiem, że to ścieżka dźwiękowa z jakiegoś filmu (śmiech). Bo ja czasami mówię do męża, by włączył płytę, która ma na okładce czerwoną łódkę. Mamy w domu taki przemiał płyt, że identyfikuję je na różne sposoby. Tak naprawdę jedynym miarodajnym miejscem jest Spotify. To jedyne miejsce, w którym wiem, czego słucham. W domu nigdy nie wiem. Ale odpowiadając na twoje pytanie: tak, jest taki soundtrack, który kocham i jest dla mnie ultra ważny. Pochodzi z filmu mojej młodości, mam do niego sentyment - "Romeo i Julia" w reżyserii Baza Luhrmanna. Ten soundtrack jest bardzo eklektyczny.

W tej chwili słuchanie jakiej muzyki daje ci największą przyjemność?

- Gdy jakiś numer mi wejdzie, to potrafię go słuchać przez cały dzień. Nastolatki chyba tak robią, ja tak robiłam lata temu i wciąż tak mam. Ostatnio słucham bardzo dużo Rosalia - "La Combi Versace". Zresztą cała płyta, z której pochodzi ten numer, jest świetna. Dużo sprawdzam elektroniki, bo potrafię w niej popłynąć i wprowadza w moje życie harmonię. Four Tet, Yves Tumor, Caterina Barbieri...

Należałaś kiedyś do jakiejś subkultury?

- Należałam do różnych subkultur. Miałam w szafie wojskowe buty, podarte kabaretki, ale i szpilki, bluzki z dekoltem czy szerokie spodnie. Miałam szafę pełną osobowości. Do dzisiaj tak mam. Nigdy nie czułam potrzeby przynależności do grupy, z którą nie wiążą mnie żadne emocje. Emocje do muzyki to trochę za mało. Bardzo potrzebuję przynależności do grupy, ale to jest rodzina, przyjaciele czy sąsiedzi. Jestem taką społeczniarą. Lubię znać swoich sąsiadów. Należę do wszystkich rad nadzorczych czy wspólnot (śmiech). Zawsze, kiedy wracam z zebrania Filip (mąż Aleksandry - przyp. red.) pyta mnie, czy należę do zarządu wspólnoty (śmiech). Więc to są tego typu grupy. 

Subkultury wydawały mi się bardzo ograniczające. Coś jak z kibicami - to że lubimy ten sam zespół, to przecież nic nie znaczy. Co z tego, że lubimy ten sam typ muzyki? To nic dla mnie nie znaczy, to za mało. Choć sama istota subkultury jest dla mnie fascynująca i w opór się cieszę, że one istnieją. Punki czy raperzy na maksa podobają mi się od strony mody. To bardzo inspirujące. Chociażby taki amerykański styl na bogato typu all over logo. Ja ugryzłam to tak, że kiedy byłam w Wietnamie, to na jednym z targów kupiłam taką piżamę, w której nie chodzę jak w piżamie, tylko tak normalnie, na co dzień. Ona jest cała w logotypy luksusowych marek. Różnych marek (śmiech). I oczywiście była bardzo tania. To taka moja totalna dekonstrukcja luksusu.

Lubisz najntisową modę, którą widziałaś w klipach?

- Ja już byłam w najntisach. Nie chcę tam wracać, mam je za sobą. Pamiętam, kiedy była moda na dzwony, to moja mama mówiła, że nie może na to patrzeć, że ona tak chodziła 20 lat temu. Mówiłam jej: "a, przestań, nie znasz się". Dzisiaj ja mam niestety to samo. Ciężko to przeskoczyć. Gdy widzę teraz laski, które noszą się tak, jak kiedyś Destiny's Child czy Britney Spears no to... no nie, ja w to nie wejdę. Ale spoko, nie mówię, że mi się to nie podoba. Niech małolaty to noszą, oni tego nie doświadczyli. Zero hejtu.

Rozmawiamy przy okazji festiwalu Nowa Muzyka. Lubisz jakieś inne festiwale?

- Tak. Chodzę na bardzo różne imprezy, bo nie chcę zdziadzieć. Nigdy nie chodzę tam z założeniem, że będzie słabo i dobry materiał, żeby toczyć bekę. Łatwo jest patrzeć na 15 lat młodszych ludzi i traktować ich z góry czy kontestować ich gusta. A ja naprawdę chcę zobaczyć, o co im chodzi. Chciałabym kiedyś spędzić całą noc na festiwalu, tak by nikt mnie nie widział i nie rozpoznał, a ja słuchałabym sobie tych wszystkich randomowych rozmów. Jestem ciekawa ludzi. Byłam ostatnio na Clout Festival, no i to niestety była padaka. Każdy z tych artystów był taki sam. Na scenie dla DJ-ów goście puszczali dokładnie to samo, co grali artyści na scenie obok. W ogóle nie widziałam tam entuzjazmu. 

Ci artyści z Tik-Toka, którzy nagle stali się raperami, bo mieli dużo wyświetleń, grali muzykę bez duszy. W muzyce musi być dusza. Nawet w najbardziej chamskim rapie z Niemiec szczutym pitbullami, jest dusza. To jest dusza chama, ale jest! A ci ludzie, o których wspominałam wcześniej, są tacy, kurwa, scastingowani, są wykonawcami pustymi w środku. Open'er jest natomiast zbyt ogromnym festiwalem. Widziałam kilka naprawdę świetnych koncertów na Open'erze, ale tam nigdy nie ma klimatu. 

Klimat na Nowej Muzyce też trochę podupadł. Tegoroczny line-up jest dziwny. The Cinematic Orchestra? Fisz i Emade? Z całym szacunkiem, ale nie. No, chyba że zmienią nazwę na Tauron Stara Muzyka. Choć tutaj nadal jest idealna proporcja pomiędzy rapem a elektroniką. Można też znaleźć dużo muzyki z całego świata, dzięki czemu doświadczam jak w soczewce energii zupełnie odmiennej kulturowo. Uwielbiam np. te wszystkie afrykańskie zespoły, które sprawiają, że wpadam w trans i nie mogę przestać tańczyć. A taniec to duża część mojego życia. Uwielbiam tańczyć, potrzebuję tego. Dlatego też dancehall ma bardzo specjalne miejsce w moim serduszku.

Może opowiesz na koniec o koncercie Young Leosi, który oglądałaś niedawno z zapartym tchem na Canale+?

- (śmiech) To była dla mnie totalna aberracja, ale to rozumiem. To jest popkultura. Pod sceną były dzieci, które potrzebują prostego przekazu i ładnego idola. Nie mam nic przeciwko. W ogóle bym się nie zdziwiła, gdyby moja córka zaczęła słuchać Young Leosi. Spodziewam się tego. Na razie jest jednak na to za młoda. Ona w tej chwili lubi niektóre piosenki Brodki, Tymka czy Nosowskiej. Zobaczymy, co będzie dalej. 

Na koncercie Leosi gościnnie występował też Żabson i przypomniało mi się, gdy byliśmy na jednym z jego pierwszych solowych koncertów. I pomimo że to nie była do końca "moja" muzyka, to zrobił na mnie ogromne wrażenie. Widać było, że potrafi wykorzystać doświadczenie, które nabył jako hypeman Borixona. Okazał się koncertowym wymiataczem. Gdy zobaczyłam go teraz, wiedziałam, że patrzę na totalnego self-made mana i za to bardzo go szanuję. Chociaż jego muzyka wciąż nie jest "moja".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL