Reklama

Hołdys: Dzień rockera

Nie było to w Sali Kongresowej, nie było wielkich tirów ze sprzętem, setek ochroniarzy i wielkich świateł. Nikt, kto chciał robić zdjęcia, nie musiał mieć kamizelki z napisem "Foto". Wystarczyło wejść do podziemi wydziału architektury i usiąść na szerokiej kanapie, mając po lewej podłużny bar z uwijającymi się małolatkami, a przed sobą ekran rzutnika.

O 21:30 trzeba było wstać, zrobić parę kroków wzdłuż baru, by na końcu lochu, na malutkiej scenie klubu "Punkt" w Warszawie, zobaczyć jednego z najwybitniejszych współczesnych artystów i przeżyć jeden z najpiękniejszych koncertów, jakie są dziś możliwe.

Reklama

Grał geniusz, a wiedzieli o tym wtajemniczeni.

* * *

Ostatnia piosenka The Rolling Stones jest piękna. Tytus ją skądś wytrzasnął na radiowej płytce, która składa się wprawdzie z trzech utworów, ale ten trzeci to jest jedynie dekoracja. Dwa najważniejsze nagrania to dwie różne wersje tej samej piosenki "Streets Of Love".

Wersja pierwsza jest piękna, artystyczna, prawdziwa. Można jej słuchać bez końca i wciąga do narkotycznego transu. Druga jest radiowa, czyli przeznaczona do puszczania na antenie komercyjnych stacji. Jest krótsza od artystycznej, bardziej banalna i ma służyć "do tupania" (to słowa mojego kolegi i zarazem szefa ogólnopolskiej stacji radiowej).

Bo teraz są takie czasy, że dzieła muzyczne przycina się na potrzeby radia, żeby się zmieściły między reklamami. Nie może takie coś trwać dłużej niż 4 minuty, mieć solówki oraz być za ambitne. A, i musi być do tupania - powtarzam - bo to podstawa.

Jak ktoś nie rozumie, to powiem jeszcze inaczej: dziś Picasso musiałby namalować dwie "Guerniki", z czego jedna byłaby mniejsza, mniej ponura i wymiarowo przenośna, do wystawiania w kioskach. Miałaby pomarańczowy odcień, gdyż taki jest trend tego lata i nie mogłaby być protestem przeciwko wojnie, bo to się słabo sprzedaje.

* * *

Jacek Grodzki, dziennikarz Radia Zachód, od lat wysyła mi różne informacje o koncertach. Mozolnie zbiera sygnały, że we Wrocławiu będzie to, w Gdańsku tamto, zaś w Warszawie owo, dopisuje na końcu "Ta wiadomość nie ma charakteru komercyjnego, jedynie informacyjny" i pcha ją mailami do dziesiątek osób. Ot, żeby wiedzieli, nie przegapili, może gdzieś poszli. Fajny koleś.

W ostatnim mailu była wzmianka nie większa od innych, że w dniu 12 sierpnia zagra w Warszawie Bonnie Prince Billy. Aż przetarłem oczy z niedowierzania.

* * *

Płyta Stonesów (cały album) wyjdzie lada moment i już się wokół niej gotuje. Jeden z kawałków bardzo ostro uderza w prezydenta Busha. Uderza tak mocno, że dziennikarze zapytali artystów, czy się nie obawiają retorsji.

Przypominam: The Rolling Stones nigdy się nie bali niczego. Wywoływali skandale socjalne i artystyczne, bywali aresztowani i skazywani - swego czasu za posiadanie narkotyków oraz uwiedzenie żony premiera Trudeau, otrzymali wyrok w postaci zagrania koncertu dla głuchoniemych w Toronto.

A jednak teraz Mick Jagger wije się jak piskorz, mówi że nie jest pewien, czy tekst tak naprawdę dotyczy Busha, wszak jego nazwisko nie pada, więc wiecie... W końcu przyznaje, że jego kumpel z zespołu, gitarzysta Keith Richards, trochę się obawia, bo Keith mieszka w Nowym Jorku i nie chciałby na stare lata opuszczać tego pięknego miasta.

* * *

Kiedyś, gdy stacje radiowe zaczęły bojkotować piosenkę Piersi "ZCHN zbliża się" i pojawiły się kościelne nawoływania, żeby Kukiza zawlec przed sąd, Paweł udzielił wywiadu, w którym stwierdził: "Ta piosenka jest dowodem na istnienie Szatana. To Szatan mnie opętał, żebym ją napisał. Przepraszam za to, że dałem się Szatanowi opętać. Ale czyż może być lepszy dowód na potęgę Boga, skoro Szatan ucieka się do tak perfidnych sztuczek?".

W kilku stacjach zagrano ją po tym oświadczeniu, a ja Pawłowi biłem w domu brawo.

* * *

W dniu koncertu wysłałem parę sms'ów do zaprzyjaźnionych osób. W klubie "Punkt" pojawili się niemal w komplecie.

Najpierw wparował Derrick Ogrodny, którego poznałem jeszcze w MTV, gdzie był producentem mojego programu. W ręku trzymał płyty Bonniego i twarz mu się śmiała. Część ekipy Bonniego wywodzi się z Chicago, gdzie Derrick się urodził, więc już na wejściu zmówili się, że po koncercie razem powłóczą się po mieście.

Derrick usiadł, opowiedział o swojej nowej pracy w "Discovery" i zaczęliśmy rozmawiać o stacjach radiowych w USA, które pięknie grają i które daje się słuchać przez internet. Jak się okazało - słuchaliśmy tych samych.

* * *

Bonnie Prince Billy.

Był rok 2002. W programie telewizyjnym "Toyota Music Room" (CNN), Jane Alexander opowiadała o rewelacyjnej artystce amerykańskiego podziemia, Cat Power. Zaprezentowała przy tym fragment utworu, który poraził mnie oryginalnością. Cat grała na rozstrojonym pianinie i mruczała śliczną piosenkę o wojnie.

Wkrótce wysłuchałem wszystkich płyt Cat Power i były wspaniałe.

Zacząłem szukać w internecie i czytać. Okazało się, że z Cat nagrywają szlachetni ludzie z kręgu Pearl Jam i Foo Fighters. W jednym z wywiadów zwierzyła się, że robią to za darmo i dodała: "Jest nas trochę, ale najważniejszy jest Bonnie Prince Billy. To od niego się wszystko zaczyna. Jego muzyka i jego stosunek do sztuki jest decydujący. Więc i ja, i Rachel Yamagata, i Guided By Voices - wszyscy jesteśmy z jednej szajki, którą on dowodzi".

Płyty wszystkich podejrzanych ściągnąłem w ciągu miesiąca. Nokautowały mnie jedna po drugiej.

Muzyka nie umiera, Zbyszku.

* * *

Na tle czerwonych piwnicznych cegieł, Agnieszka Iwańska wygląda jak modelka z bajki. Kiedyś była studentką profesora Falandysza, a gdy zmarł - razem poszliśmy na Jego pogrzeb. Na cmentarzu oddano salwę honorową i wówczas Agnieszka kazała mi pójść w stronę pułku honorowego i przynieść puste łuski po nabojach.

"Mam je do dziś" - mówi. Dziś Agnieszka jest dumna, została radcą prawnym i nie robi krzywdy artystom, choć zna się na sztuce jak mało kto: prowadzi program "Sztukateria" w Polsacie i jest to program najwyższego sortu. Witamy się radośnie.

W tle macha ręką Filip Łobodziński z "Newsweeka". Nieoczekiwanie napisał o Bonniem wielki tekst w swoim tygodniku i teraz przyszedł sprawdzić, czy się nie pomylił.

* * *

Gadam z Kubą Jabłońskim, perkusistą z Lady Pank. Bardzo fajny człowiek. Opowiada o swojej ostatniej pracy w studio, o brzmieniach, rytmie... I wtedy Bonnie wychodzi zza wzmacniaczy i zaczyna grać.

Pod sceną natychmiast tworzy się ścisk, na szczęście są wielkie ekrany i na nich widać co się dzieje. Zerkam kątem oka. Na gitarze Matt Sweeney z Guided By Voices, którzy nie doczekawszy się zasłużonej sławy, rozpadli się w ostatniego Sylwestra.

Niesamowite.

Od pierwszej chwili muzyka nabiera pędu, jakby toczyła się przez prerię. Koncert jest porywający. Piękny. Szczery. Zero wydumanych strojów, efektów świetlnych, umizgującej się konferansjerki. Wielu z nas z wolna ogarnia trans. Tworzy się aura szamańskiego rytuału, w którym chudy brodaty człowiek opowiada o życiu, wojnie, miłości i kuli ziemskiej.

* * *

Zaraz po koncercie w kiblu zaczepia mnie kliku młodych ludzi: "Jak było?" . Odpowiadam: "Wspaniale". Sikamy w milczeniu, kołysząc się rytmicznie.

* * *

Przy ladzie baru zerka na mnie z zaciekawieniem. Moja broda robi wrażenie. Ściska pięć kieliszków wódki, którymi chce poczęstować kolegów. Gadamy o Cat Power. Mówię, że mamy z Tytusem całą kolekcję jego płyt. Uśmiecha się, odstawia wódkę i podpisuje wielkiego winyla. Wie, że jego piosenki nie pojawią się w żadnej stacji radiowej w Polsce, bo mają solówki, są bardzo bolesne i intymne, a na dodatek dłuższe niż 4 minuty.

Można ich posłuchać jedynie w stacjach amerykańskich. Choćby przez internet.

Zbigniew Hołdys


Zobacz galerię zdjęć z koncertu Bonnie Prince Billy'ego.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Warszawa | muzyka | Prince | hołdys | Zbigniew Hołdys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje