Reklama

Dlaczego Grzegorz "Guzik" Guziński nie zrobił światowej kariery? "Zdolny i niedoceniony"

Jeśli szukać artysty rockowego ostatnich trzydziestu lat w Polsce, równie zdolnego co niedocenionego, to akurat w tej niesatysfakcjonującej kategorii pewną wygraną w kieszeni mógłby mieć on.

Grzegorz "Guzik" Guziński (22 stycznia 1975 - 9 stycznia 2021)

Guzik. Grzesiek Guziński, rocznik 1975, przez większość życia mieszkaniec Trójmiasta. 

Reklama

To "wiatr od morza", najbardziej wolna granica naszego kraju, powodował, że zawsze w historii polskiego rocka wokaliści właśnie stamtąd chwalić się mogli najlepszą znajomością języka angielskiego. W wydaniu Guzika był perfekcyjny, co na polskim rynku było ewenementem. W sumie, w całej swojej karierze, z zarejestrowanych utworów tylko jeden - "Futbol, futbol, futbol" (sprawdź!) z repertuaru Maryli Rodowicz, tym razem wydany na Mistrzostwa Świata w Azji w 2002 r. - zaśpiewany był po polsku, choć i tak tylko w połowie.

Ta swoboda i zdolność językowa to był jeden z największych atutów Grześka, ale kto wie, czy w mocno zakompleksionym w czasie zmian cywilizacyjnych kraju, nie była to jednocześnie największa bariera w dotarciu do szerszej publiczności. Do - paradoksalnie - nazywanego wyłącznie angielskim określeniem "mainstreamu". 

Prywatnie niezwykle serdeczny, otwarty, empatyczny i sympatyczny chłopak zablokowany był w pokazaniu się tzw. szerokiej publiczności, mimo, że w dziesiątkach krajów całkowicie zrozumiałe i oczekiwane wręcz jest, że wykonawcy, którzy grają światowo również śpiewają we współczesnym Esperanto.

Leszek Gnoiński, dziennikarz muzyczny, uświadamia, jak wyglądała Polska pierwszej połowy lat 90.: "Po przemianach demokratycznych 1989 roku chcieliśmy jak najszybciej dogonić świat. Wydawało nam się, że stoi przed nami otworem, że to tylko kwestia czasu, gdy staniemy się potęgą, również muzyczną. Rzeczywistość jednak wyglądała zupełnie inaczej - jeszcze wiele lat istniały granice, również w naszych głowach. Guzik był jedną z pierwszych osób w tamtym czasie, dla której bariery nie istniały. Od samego początku był nawet nie tyle Europejczykiem, co człowiekiem świata. Niezwykła wrażliwość na muzykę i otoczenie, wyjątkowa osobowość i energia stawiały go w równej linii z największymi osobowościami muzyki świata".

Tak było z ograniczeniem stylistycznym polskiego słuchacza. Połączenie ciężkiego rocka, rapu, hip hopu i psychodelii mimo, że dawało absolutnie współpłynący ze światowym, a nie opóźniony jak to w Polsce bywa, nurt, nie otwierało drzwi do studiów telewizyjnych czy radiowych list przebojów. A przypomnijmy, że w czasie pierwszych lat i pierwszych trzech płyt Flapjacka (sprawdź!) nie było Internetu, który dałby popularność nie wynikającą z łaski czy nie łaski największych mediów.

Tomek Lipnicki z trójmiejskiego zespołu Illusion, na którego dwóch płytach gościnnie śpiewał Grzesiek, potwierdza słowa o nim: "To był wulkan emocji i dobry, prawy człowiek. Był jednym z najbardziej nietuzinkowych, oryginalnych twórców, niedocenionym przez mainstream", ale dodaje że nie tylko wybijał się z ówczesnej reszty polskiej sceny, lecz także wykraczał poza swój czas.

I to trzeci paradoks jakości, która odbiera możliwość zaistnienia w zbiorowej świadomości. Prawda jest taka, ale na to już Guzik żadnego wpływu nie miał, że gusta i zainteresowania słuchaczy przez dziesięciolecia kształtowało coś, co dziś nazywamy bańkami: punki słuchały punk rocka, metalowcy heavy metalu, hip hopowcy rapu. Artyści, dla których wartością była synteza sztuk, mieli po prostu trudniej, bo przeciętnym, nawet uważającym się za znawców niepopowych gatunków, słuchaczom trudno było wyjść poza owe ramy. A prawdziwie gatunkowa muzyka na świecie od końca lat 80. to właśnie była ta, która owe ramy gatunków i stylów obalała.   

Darek Malejonek: "Ta wiadomość, to dla mnie szok, po raz kolejny zobaczyłem totalną kruchość naszego bytu. Guzik to była bardzo nietuzinkowa postać na naszej scenie muzycznej. Jako muzyk wyprzedzał swoje czasy, ciężko było go zaszufladkować. To bardzo niesprawiedliwe, że był tak niedoceniany przez branżę muzyczną. Wielka szkoda, bo to była twórczość na światowym poziomie. Myślał nieszablonowo, nowatorsko i bardzo niekomercyjnie".    

Świadome odcięcie się od komercji ma swoje konsekwencje. Dobre, bo nie ma się poczucia niesmaku czy odejścia od swoich artystycznych ideałów. Ale są i negatywne, bo to komercyjna muzyka trafia do szerokich mas słuchaczy oraz "daje pożyć" wykonawcom. A prawda jest taka, że Guzikowi z muzyki było żyć trudno, w ostatnich latach funkcjonowała w jego życiu realnie jako zainteresowanie, nie jako źródło utrzymania.

Maleo pisze, że wyprzedzał on swoje czasy i tu rodzi się pytanie - które? Bo to nie jest tak, że pierwsze trzy płyty Flapjacka z lat 1994-1997 to była przygrywka do czasu na sprawiedliwe oceny w pełni już dojrzałej, bardziej przez niego wykreowanej muzycznie płyty "Keep Your Heads Down" w roku 2012. Jeszcze większy zalew tandety i skupianie się krajowego świata muzyki na przełożeniu na zarobek łaskawie pozwalał w owych czasach na zdobycie miejsca w niszach, ale nie było i wciąż nie ma mechanizmów promujących najzdolniejszych do zdobycia prawdziwie należnej pozycji. Praktycznie tylko Nergal (również z trójmiejskim znakomitym angielskim) ze swoim Behemothem uzyskał sławę światową, ale przy gwarantującej publiczność na całym świecie zawężonej specyfice wykonywanej muzyki i olbrzymiej własnej pracy nad promocją, a nie korzystając z jakichś mechanizmów wsparcia, bo takich po prostu w Polsce nie ma.

Dalsza część artykułu na drugiej stronie.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Guzik Guziński | nie żyje | zmarły | Flapjack

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje