Reklama

Reklama

Teatr Marzeń: Doskonałe przedstawienie

Ostatnie płyty studyjne Dream Theater świadczą o tym, że Amerykanie najlepsze pod względem twórczym lata mają już raczej za sobą. Nie przeszkadza im to jednak w utrzymywaniu doskonałej formy koncertowej, o czym mogli przekonać się fani zgromadzeni czwartkowego wieczoru (28 lipca) w katowickim Spodku.

Dream Theater to w Polsce już uznana marka, ściągająca na koncerty rzesze fanów. Tym razem było ich chyba nieco mniej niż zwykle (choćby w porównaniu z występem w tym samym miejscu cztery lata temu), ale ta mocno wakacyjna frekwencja to najpewniej efekt takiego a nie innego terminu wizyty grupy w naszym kraju. Zadanie rozgrzania publiczności przypadło tym razem Brytyjczykom z Amplifier. Króciutki, bo niespełna półgodzinny występ raczej nie zapadnie na długo w pamięci, choć był całkiem przyzwoity.

Punktualnie o godz. 21 z głośników dobiegać zaczęła muzyka Hansa Zimmera skomponowana do "Incepcji" (utwór "Dream is Collapsing") i po kilku chwilach pojawiła się na scenie doskonale znana nam czwórka muzyków oraz... ten "nowy", Mike Mangini. Jeśli ktoś zastanawiał się, jak przyjęty zostanie następca charyzmatycznego perkusisty Mike'a Portnoya, wydawałoby się nierozerwalnie związanego z Dream Theater, ten po katowickim koncercie już raczej nie powinien mieć żadnych wątpliwości, ale o tym później.

Reklama

Panowie rozpoczęli od mocnego uderzenia w postaci "Under a Glass Moon" z pamiętnego albumu "Images And Words". Słychać było, że zwłaszcza dźwiękowcy jeszcze się rozgrzewali, na szczęście sytuacja szybko się poprawiła i już do końca koncertu dźwięk był bardzo dobry (z drobnymi zastrzeżeniami do wokalu), zwłaszcza w ostatnich utworach. Nie było to takie oczywiste, bo ciągle mam w pamięci występ w bydgoskiej "Łuczniczce" sprzed dwóch lat i zagłuszającą pozostałe instrumenty stopę perkusyjną.

Można odnieść wrażenie, że układając setlistę trwającej właśnie trasy koncertowej panowie kierowali się zasadą "dla każdego coś miłego". Pomijając fakt, że swojego reprezentanta miał każdy album studyjny, widać było, że muzycy postawili na różnorodność. Zaraz po otwierającym utworze, bogatym przecież w zmiany tempa i solówki, usłyszeliśmy bowiem chwytliwe i nieskomplikowane "These Walls" i "Forsaken", by chwilę później zostać uraczonymi kolejną wielowątkową "kobyłą" w postaci "Endless Sacrifice". I tak miało być już do końca. Techniczny, instrumentalny "Ytse Jam" z nieco zapomnianego debiutanckiego albumu poprzedzał dużo spokojniejsze, liryczne "Peruvian Skies", które następnie przeszło w nowocześnie brzmiący, mocny "The Great Debate", z kolejną już tego wieczoru wymianą solówek na linii John Petrucci-Jordan Rudess. Trzeba przyznać, że wykonanie tych ciężkich, pogmatwanych utworów w rodzaju wspomnianych "Endless Sacrifice" czy właśnie "The Great Debate" robiło doskonałe wrażenie.

Zobacz teledysk do "Forsaken" Dream Theater:

Mieliśmy również okazję usłyszeć utwór z zapowiadanej na wrzesień płyty "A Dramatic Turn Of Events". "On The Backs Of Angels", bo o nim mowa, niestety zdaje się potwierdzać opinie mówiące o kryzysie twórczym, jaki dotknął Amerykanów. Mocno wymęczony, wręcz nudnawy, był zdecydowanie najsłabszym momentem koncertu. Co ciekawe, jak przekonywał wokalista James LaBrie, zespół kręcił w trakcie odgrywania tego numeru wideo, być może na potrzeby teledysku.

Na szczęście później grupa serwowała już tylko muzykę najwyższej próby. "Caught In a Web" przypomniał album "Awake", a połączone "Through My Words" i "Fatal Tragedy" - "Scenes From a Memory".

Ostatnie dwa utwory to już pokaz siły grupy. Epicki, 20-minutowy "The Count of Tuscany" jakby zadawał kłam twierdzeniu, że zespół nie jest już w stanie dosięgnąć kiedyś ustawionej poprzeczki. Cóż, nie ukrywam, że dla mnie to zdecydowanie najlepsza kompozycja popełniona przez formację w ostatnich latach. Jej wykonanie tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu, a środkowa część, z przestrzennymi solówkami Johna Petrucciego (pozwolił sobie na małe odstępstwa od oryginału), była prawdziwie poruszająca.

Na bis uraczeni zostaliśmy kolejną perłą - "Learning To Live"! Klasyk z "Images And Words" doskonale zwieńczył cały występ, a piękna solówka gitarzysty w środku utworu to również jeden z tych najbardziej pamiętnych momentów. W ten sposób minęło ponad 120 minut spędzonych z muzyką Teatru Marzeń.

Nie ma sensu rozprawiać o poziomie wykonawczym poszczególnych muzyków, bo wiadomo, że mamy do czynienia z perfekcjonistami w każdym calu. Słówko uwagi należy się niewątpliwie Mike'owi Mangini. Postawiony przed nie lada wyzwaniem, sprawdził się doskonale. Otrzymał nawet swoje "pięć minut" w postaci solówki, choć rozpatrywałbym to raczej jako rodzaj szalonej zabawy z zestawem perkusyjnym. Jakkolwiek nie przepadam za wprowadzaniem takich elementów do programu koncertu, przyznaję, że jego popisy robiły świetne wrażenie. Fani byli chyba tego samego zdania, gdyż nagrodzili muzyka gromkimi oklaskami, a gdy James LaBrie oficjalnie przedstawił Manginiego jako nowego członka Dream Theater aprobatę dla jego osoby wyrażono chyba jeszcze głośniej.

Szczerze powiedziawszy panowie zaskoczyli. Co prawda w żadnym razie nie zakładałem, że będzie to słaby występ, ale jednocześnie nie spodziewałem się, że zrobią tak doskonałe wrażenie. A było wprost wyśmienicie.

Program koncertu Dream Theater w Katowicach:

1. "Under a Glass Moon"
2. "These Walls"
3. "Forsaken"
4. "Endless Sacrifice"
5. Mike Mangini solo
6. "Ytse Jam"
7. "Peruvian Skies"
8. "The Great Debate"
9. "On The Backs Of Angels"
10. "Caught In a Web"
11. "Through My Words"
12. "Fatal Tragedy"
13. "The Count Of Tuscany"

Bis:

14. "Learning To Live"

Artur Kawik, Katowice

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL