Przewodnik rockowy: 70 lat pięknego życia Paula McCartneya

Tym razem troszkę pogrzebię kijem w mrowisku. I od razu dodam, że nie będzie to wcale mrowisko, w którym słuchają, żyją oraz zapewne też czasem pracują fani The Beatles.

Gdyby ktoś zaproponował mi zamianę mojego lekko już zdezelowanego ciała na nowsze (czytaj: młodsze), zgodziłbym się z ochotą, ale pod jednym warunkiem - musiałby mi pozostawić moją wiedzę i doświadczenie. Bo to one pozwalają mi na zachowanie cudownego dystansu do rzeczywistości i dają właściwą perspektywę w patrzeniu na świat.

Reklama

Gdy w latach 60. ubiegłego wieku rodził się rock, zważywszy na wiek tworzących go muzyków, całkiem słusznie nazywany był muzyką młodzieżową. A ponieważ, jak wiadomo, na czas młodości przypada też okres buntu, czyli stawania w opozycji do nazbyt - jak się wtedy wydaje - uporządkowanego świata dorosłych, to nie ma co się dziwić, że pierwotny rock został nieomal automatem spięty z nim w jedno. Stąd też było już blisko do niepotrzebującego jakichkolwiek wyjaśnień sloganu "sex, drugs and rock'n'roll". Biorąc to pod uwagę, nie ma co się dziwić, że włosy stawały się wtedy coraz dłuższe, ciuchy coraz bardziej kolorowe, teksty coraz odważniejsze, a demolowanym pokojom, barom i instrumentom nie było końca. Potem, w końcu, co smutne, zaczęły się sypać ofiary. Jimi, Janis, Jim...

Ponieważ, wraz upływem czasu, co naturalne, pojawiały się kolejne pokolenia rockmanów, to nie ma się co dziwić, że wraz z ich dojściem do mikrofonów, też bywało ostro. Zastanej rzeczywistości dawali w pysk i punkowcy, i wyznawcy grunge'u, i faceci łączący rock z rapem lub z czymś równie radykalnym. No i dobrze, tyle tylko, że (co właściwie dość dziwne) nie wszyscy umierali, mając 27 lat... I tu właśnie znalazłem okazję, do owego grzebania w mrowisku. Gdzież go wsadzę?

Czas pokazał, iż rock nie był (jak mu prorokowano) chwilową modą i że od 50 lat ma się bardzo dobrze. Równie dobrze mają się żyjący z niego ludzie. Bo jeśli udało im się przetrwać młodość i do tego nie wypaść z gry, to w większości stali się krezusami. Czerwone Ferrari, 20-pokojowa willa albo nawet własna wyspa, czwarty rozwód, piąta żona itd. Tyle tylko, że doświadczenie i bogactwo sprawiały, iż wraz upływem lat, co zresztą całkiem naturalne, musiała zanikać potrzeba owego buntu. I tu dochodzę do meritum... Ja po prostu nie wierzę w buntowniczość łysiejących (często tego nie widać, bo zagęszczają sobie włosy) 60-latków, którzy co parę lat, aby nie zgnuśnieć, nagrywają płyty i jadą w trasę, przy okazji, oczywiście niechcący, zarabiając kilka czy nawet kilkadziesiąt milionów. W tym miejscu chcę jednak podkreślić, że jeśli wciąż mają wenę, to z radością czekam na studyjne i koncertowe efekty ich pracy, tyle tylko, że niech nie udają, że chodzi im o zmieniania świata. Przecież tak łatwo można rozdać majątek albo przenieść się np. na Kubę czy do Cháveza w Wenezueli. No a teraz pora na Paula.

Dla większości dzisiejszych nasto- i dwudziestoparolatków Paul McCartney jest czymś na kształt świętej krowy. Żyje sobie, rozwodzi się i żeni, nagrywa niekiedy dziwne płyty (a to raz z muzyką poważną, a to z rock'n'rollami, a to ze swingiem). Czasem też, nawet całkiem dobrze rockuje. Poza tym jest też Beatlesem, więc nie wypada go nawet nie lubić. Na szczęście kochać go też nie trzeba. Niech sobie żyje ten wiecznie młody dziadziunio! Ale a propos owego kochania - ja go po prostu uwielbiam! Oto dlaczego:

Paul McCartney, co trzeba wspomnieć, urodził się dokładnie 70 lat temu! 18 czerwca 1942 r. Oczywiście w Liverpoolu. Jak wiadomo, najpierw się bawił, potem uczył i wreszcie zaczął "grywać" na otrzymanej od taty trąbce, którą szybko zamienił (bo trudno mu było w nią dmuchać i jednocześnie śpiewać) na gitarę. Tak się złożyło, że jako 12-latek poznał George'a Harrisona, a 6 lipca roku 1957 spotkał się z Johnem Lennonem. Co było potem, opisano już na tysiąc sposobów...

Patrząc z perspektywy rock-fana, można by sądzić, że Paul wyraźnie ustępował niesamowitemu Johnowi. Dziecięca buźka niewiniątka, miły dla ucha głos i do tego ta mało atrakcyjna gitara basowa. Tyle tylko, że z czasem stał się nie tylko w pełni docenianym jej wirtuozem (radzę posłuchać choćby "Abbey Road"), ale także szalenie solidnym multiinstrumentalistą używającym także gitary klasycznej, elektrycznej, klawiszy i perkusji.

Natomiast co do głosu, okazało się, że w okresie schyłkowych Beatlesów, to właśnie Paul śpiewał ich najbardziej ekspresyjne utwory - choćby "Helter Skelter" i "Oh! Darling". Ale to jeszcze nic, nie próbując nawet wchodzić w spór, kto (on czy John) napisał najważniejsze kompozycje zespołu, wspomnę tylko mimochodem, że to jemu zawdzięczamy m.in.: "Yesterday", "Eleanor Rigby", "When I'm Sixty Four", "She's Leaving Home", "Hey Jude", "Ob-La-Di, Ob-La-Da", "Let It Be" oraz "The Long And Winding Road" i ich przeszywające pięknem słowa. I jeszcze jedno, ten z pozoru świętoszkowaty młody człowiek, z całej czwórki najczęściej używał narkotyków (od marihuany oraz LSD po kokainę) i zanim poznał w 1967 r. swoją pierwszą żonę - Lindę Eastman, dość śmiało korzystał z życia.

Paul McCartney za czasów The Beatles w "Yesterday":


To niezwykłe i wspaniałe zarazem, że narażony na tysiące pokus gwiazdor, przez następnych 20 lat, był przy niej na tyle szczęśliwy, że tworzył z nią parę nie tylko w domu, ale także "w pracy" (występowała z nim Wings). Doczekali się trójki dzieci, a rozstali się dopiero gdy... śmierć (nowotwór piersi) ich rozłączyła w 1998 r.

Choroba i śmierć! Dziwne, ale nawet te dwie okrutnice go nie załamały... Najpierw zajął się muzyką na poważnie ("Liverpool Oratorio", "Standing Stone"), potem rock'n'rollem ("Run Devil Run"), a w końcu szybko znów pokochał i jeszcze szybciej się ożenił. Tym razem postawił na niezwykłą (choćby dlatego, że pozbawioną przez wypadek stopy) kobietę, modelkę - Heather Miles. Pobrali się 2002, a w rok później ucieszyli przyjściem na świat córeczki. Czas jednak pokazał, że tym razem los nie przewidział dla nich happy endu. Rozwiedli się (dość hucznie) w marcu 2008.

Na jego miejscu, każdy inny oskubany przez "byłą" multimillioner (majątek artysty szacowany jest na blisko pół miliarda funtów!) zamiast ostrożnie rozglądać się za jakąś nową koleżanką, tak szybko się otrząsnął po potknięciu z Heather, że już w 2011... ożenił się z ponoć bardzo zamożną bizneswoman - Nancy Shevell.

O czym by tu jeszcze... o tym, że Wings grało tak popowo, bo Paul potrzebował odmiany po beatlesowsko-martinowskim (genialny producent zespołu) wyrafinowaniu; o rockowych płytach solowych, które potwierdziły jego megatalent (choćby "Tug Of War", "Flaming Pie", "Driving Rain"); o ogromnych trasach koncertowych i pojedynczych koncertach (na szczęście wydanych na DVD); o działalności społecznej oraz w biznesie; o tytule szlacheckim i dziesiątkach innych dowodów uznania; o pisaniu poezji; o malowaniu; o kręceniu filmów; o zainteresowaniu piłką nożną; a także o nie mogących być zweryfikowanymi szansami na reaktywowanie The Beatles! A..., i jeszcze o jego ojcowskiej dumie z sukcesów dzieci (Stella - w pełni doceniona przez świat projektantka mody, James - muzyk mający grać i śpiewać, w właśnie tworzonej, grupie synów Liverpoolczyków). No dość! Czas na puentującą całość klamrę.

Sir Paul w koncertowej wersji "Flaming Pie":


Paul McCartney na co dzień nosi całkiem normalną fryzurę, czasem chodzi w garniturze, a czasem na sportowo, ma rezydencje, kierowcę i kilka Rollsów, żyje zdrowo (jest wegetarianinem), pomaga gdy trzeba, tworzy gdy chce i niemal ciągle się uśmiecha. A bunt? A przeciw czemu? A przeciw komu? Przecież zamiast zatruwać sobie organizm nadmiarem żółci, whisky lub prochów można po prostu pięknie żyć.

Daj nam wszystkim tego zakosztować, Panie!

Czytaj inne teksty w ramach cyklu "Przewodnik rockowy"!

Dowiedz się więcej na temat: mrowisko | zycie | Życie | Nie | "Przewodnik..." | Paula | życia | Paul McCartney | beatles | Heather Mills | urodziny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje