Król Paul Pierwszy

"See You Next Time" - powiedział na koniec prawie trzygodzinnego koncertu w Warszawie sir Paul McCartney. Słynny Beatles na Stadionie Narodowym został przyjęty iście po królewsku.

To był szybki kurs muzyki popularnej ostatnich 50 lat w świetnie skondensowanej pigułce. Podczas tego kursu poznaliśmy kilka twarzy Paula McCartneya - liryczną i nastrojową ("My Valentine", "Here Today", "The Long And Winding Road", "Yesterday"), rockowo-żywiołową ("We Can Work It Out", "Lady Madonna", "Band On The Run", "Back In The U.S.S.R." z napisem w tle "Free Pussy Riot"), okraszone pirotechniką "Live And Let Die", "Helter Skelter"), i tą odjechaną z czasów "Sierżanta Pieprza" ("Lovely Rita"). Szkoda, że The Beatles nigdy nie dotarli do Polski, ale te lata oczekiwania nagrodził nam Paul McCartney (jak sam powiedział - "finally"), jeden z dwóch żyjących muzyków słynnej Czwórki z Liverpoolu.

Reklama

Pierwszym Beatlesem w naszym kraju był perkusista Ringo Starr, który niemal dokładnie dwa lata wcześniej zagrał w Sali Kongresowej w Warszawie. Jeden z największych kompozytorów w historii muzyki, połowa słynnej spółki Lennon/McCartney, to jednak zupełnie inna liga.

Na Stadionie Narodowym usłyszeliśmy aż 26 utworów z repertuaru The Beatles, kolejne osiem pochodziło z dorobku Wings, a cztery kompozycje to solowe piosenki Paula McCartneya. Od rzeczy z drugiej płyty The Beatles z 1963 roku "With The Beatles" ("All My Loving") po numer z ostatniego albumu "Kisses On The Bottom" z 2012 r. ("My Valentine"). I przez te pięć dekad cały czas na topie - czapki z głów, bo sir Paul wcale się na emeryturę nie nadaje. Niemal trzy godziny na scenie i to w naprawdę imponującej formie (szalejący z gitarą, siedzący za fortepianem) - a przecież cztery dni temu skończył 71 lat. Pozazdrościć!

Już od pierwszych chwil było wiadome, że ten wieczór nie może być nieudany, choć na początku na trybunach przeszkadzały problemy z akustyką. Ledwo słyszalna perkusja, brzęcząco-dudniące gitary, zlewający się dźwięk o którym można było powiedzieć wszystko, poza tym, że był selektywny... To był kolejny kamyczek do ogródka pod tytułem "Stadion Narodowy nie nadaje się na koncerty". Przy trzecim z kolei "All My Loving" można się było poczuć, jak na koncertach The Beatles u szczytu kariery - słychać było przede wszystkim piski i wrzaski wniebowziętych fanów (Stadion Narodowy wypełniony był niemal do ostatniego miejsca - było ok. 30 tys. widzów), gorzej było z muzyką. Z czasem jednak brzmienie na szczęście się poprawiło, a całkiem dobrze było przy akustycznych wykonaniach (jak choćby "And I Love Her", "Blackbird").

Organizatorzy zapowiadali, że Paul McCartney stara się nauczyć kilku zwrotów po polsku, ale umiejętności językowe muzyka mogły zaskoczyć wielu. To nic, że czasem chyba czytał z kartki - budził aplauz większy, niż Benedykt XVI przemawiający do Polaków na Placu św. Piotra. "Cześć Polacy, dobry wieczór Warszawo" - przywitał się Paul.

Kolejne wypowiedzi po polsku były jeszcze ciekawsze: "Napisałem tę piosenkę dla żony" - wydeklamował niemal idealnie sir Paul, zapowiadając solową balladę "My Valentine", którą napisał dla swojej żony, Nancy Shevell. Później w niemal ten sam sposób dedykował utwory zmarłym kolegom z The Beatles: Johnowi Lennonowi ("Here Today") i George'owi Harrisonowi ("Something"). "To dla mnie trudny język do nauczenia" - przyznał w urzekający sposób McCartney, jakby onieśmielony entuzjazmem widzów, za co po raz kolejny zebrał wielkie brawa.

Podczas "Hey Jude" kończącego pierwszą część koncertu bohater wieczoru mógł zobaczyć specjalną akcję przygotowaną z okazji jego niedawnych urodzin - białe kartki z napisem "Hey Paul" (nieśmiało pojawiły się one jeszcze na samym początku, zaraz po "All My Loving"). To podczas "Hey Jude" było najwięcej okazji do wspólnego śpiewania, ale nieźle też nam szło przy "Ob-La-Di, Ob-La-Da", "Let It Be" czy "Band On The Run". Bez dwóch zdań, klasyk gonił przebój, szlagier przeplatał się z hitem.

Na pierwszy bis McCartney powrócił na scenę trzymając sporej wielkości polską flagę. Jeden z muzyków jego zespołu pojawił się z kolei z flagą brytyjską.

"Musimy już iść, cieść" - pożegnał się "Macca" po dwóch bisach (bagatela - osiem utworów). Wierzę w to, że Paul McCartney zapamięta Warszawę. Ja ten wieczór zapamiętam na długo.

Fani zachwyceni koncertem:

TVN24/x-news

Sprawdź nasz festiwalowy przewodnik!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje