Reklama

Young Igi "Skan myśli": To nie jest trap dla smutnych ludzi [RECENZJA]

Obcować z płytą Young Igiego, to jak zjeść na obiad całą bombonierkę będąc dzieckiem - słodko, bez tych wszystkich wartościowych składników, o których gderali starzy, więc z poczuciem winy. Ale też z łobuzerskim uśmiechem na umorusanej czekoladą japie i całym mnóstwem endorfin.

Young Igi na okładce płyty "Skan myśli"

Zaczynam recenzję, włączam po raz kolejny "Skan myśli" i przypominają mi się "Mistrzowie projektowania wnętrz", show z Netfliksa. Stary facet, ekspert, wchodzi tam do ekscentrycznie dekorowanego pomieszczenia, żeby je ocenić i przyznaje, że odczuwa jednocześnie ból i przyjemność. Coś jak z podważaniem strupa na gojącym się skaleczeniu. I wiecie co? Jednak puszcza osobę odpowiedzialną za wystrój dalej, a ta wygrywa program. Young Igi już trochę wygrał tym, że jest w stanie obudzić nastolatkę z plakatami nad łóżkiem w zatwardziałym, zdegustowanym typie. Jakim cudem? Do tego dojdziemy.

Reklama

Do nowej płyty twórcy spod Gdyni można podejść na dwa sposoby. Założyć w milczeniu słuchawki na uszy i zasiąść do utworów mniej więcej tak, jak nauczycielka do szkolnych kartkówek. I wtedy wyjdzie, że młody traper jest w stanie wojny z językiem polskim - szczególne boje toczy ze składnią i deklinacją. Naprawdę, z szykiem zdania i odmianą przez przypadki wyczynia takie rzeczy, że aż trudno się nie roześmiać.

"Jestem rozpadku twego związku powodem". "Wrzucę na syna diament tak szybko jak będzie w śpiochach". "Coś tam mówili, że moja muzyka nadaje się w szambo". O matko. Człowiek powtarza pod nosem "to musi być celowo". A jeżeli do śmiechu nie prowokuje słowo, to autotune - który w "Prostszym" i "Idealnym połączeniu" wymyka się spod kontroli -  to brzmi jak ruja cybernetycznych kotów, tak jest karkołomne i przedobrzone.

Jego producenci mają z kolei podpisany rozejm ze sztampą - to są bliźniacze bębny i drumrolle, podobnie dociskający bas, analogiczne granie przestrzenią. Trapy z platynowych taśmociągów plus melodyjki jak z algorytmu, rzeczy, które się dokręca w studio, a nie komponuje. Właściwie jedynymi bitami, które zwróciły moją uwagę (również jedynymi, które rozpoznałbym bez wokalu) są "Mama", z jej orientalnym posmakiem, głębszym oddechem i balladowy, inny jednak perkusyjnie "Clipper", takie jest to wszystko powtarzalne, użytkowe i bezduszne.

Kończymy jednak ten roast, bo jest drugie podejście. "Skan myśli" można puścić głośno, w gronie przyjaciół, racząc się wszystkim tym (no, prawie wszystkim) czym Igi, kiedy płytę tę pisał i nagrywał. Zapisywać uwagi w telefonie i patrzeć jak wszystkie te refreny są w towarzystwie podśpiewywane, momentalnie chwytają - w rapie i okolicach przez te dwie dekady chyba nikt nie miał do nich lepszej ręki, to jest discopolowa skuteczność przy zupełnie innej jakości.

Dostrzegać jak po wybuchu śmiechu (nikt tak pięknie jak Igi nie szczeka na autotune), cała ekipa cichnie, gdy wokalista dobywa chrypy w "Mamie" albo rzuca w "Serio" linijki "Ile ja słyszę w numerach, by mówić wszystko w twarz? / Oni od mówienia w twarz, mają menadżera, k***a mać", jedne z najlepszych wersów w tym roku. Weekend trwa dalej, mieszkanie zdąży się wywietrzyć i znowu zadymić, a płyta wraca na głośniki. Swoją drogą, najnowsza z prolegalizacyjnych składanek powinna w całości składać się z "THC" i jego remiksów, również reggae'owych.

Po weekendzie przychodzi oczywiście poniedziałek, a z nim potrzeba racjonalizacji. Lepiej nie mierzyć Igiego hiphopową miarą, przyjąć sobie, że to miejski pop dla dwudziestolatków. I wtedy doszukiwać się w tym hiphopowych elementów. Igi śpiewa, ale wersy dzieli tak, jak robi się to w rapowych kawałkach, pętli mu się melodia słowa.

Zawsze wydaje się być sobą i nie da się tej postaci nie lubić, bo jest w pełni naturalny wtedy, kiedy nawija o tym, że kupi pijanemu bezdomnemu szamę, bo sam by pił, gdyby mu nie wyszło i kiedy przedstawia się jako ten "zajarany ludźmi, najarany gibonem". Buduje to całkiem precyzyjne, skrajnie melodyjne flow, zmienia je i na polu takiego śpiewo-nawijania nie ma sobie równych.

Kusi mnie jakiś zabieg w stylu "Nie podoba się Wam Igi? To sprawdźcie, co wyprawia White i Żabson, jakie to jest przy nim słabe czysto wykonawczo". Albo "Tak, taki Kid Ink też kiedyś był hejtowany, a dziś wspomina się z rozrzewnieniem, natomiast dajmy na to 2 Chainz to już w ogóle jest jak Rakim". Igor wie jak chce brzmieć, lubi tak brzmieć i talent mu na to pozwala. Poza tym hej, on ma na płycie SAME SINGLE, kolejny może sobie po prostu wylosować. Spieszmy się go lubić, zanim nie dojrzeje (przejrzeje?), branża go nie zepsuje, a zestaw wykorzystywanych bezlitośnie patentów ostatecznie się nie przeje.

Young Igi "Skan myśli", Def Jam

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Young Igi | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje