Reklama

Więcej światła na Ulicy Krokodyli

UL/KR "Ament", Thin Man Records

Wydany rok temu i trwający zaledwie 22 minuty debiut gorzowskiego UL/KR miał w sobie coś uwodzicielskiego. Przesłuchałem go co najmniej kilkadziesiąt razy i wciąż nie czuję, żeby kiedykolwiek miał mi się znudzić.

Reklama

Piosenki takie jak "Po tak cienkim lodzie", "Brodzę" czy instrumental "V" były kapitalnie wyprodukowane, dawały złudzenie fizyczności dźwięku. Można ich było dotknąć i powąchać. Ja robiłem się po nich głodny albo bardzo zmęczony. Może dlatego, że płyta opowiadała głównie o skutkach zażywania substancji psychoaktywnych.

"Ament" nie odchodzi specjalnie daleko od stylistyki znanej z debiutanckiego krążka. Muzycy mówili, że druga płyta początkowo miała składać się z długich instrumentalnych utworów i dopiero z nich wyewoluowały zwarte piosenkowe formy. Chwilami mam jednak wrażenie, że mogły one powstać na jednej sesji razem z materiałem, który znalazł się na "UL/KR". Tyle że te, które trafiły na "Ament" zostały napisane, kiedy Błażej Król i Maurycy Kiebzak-Górski mieli odrobinę lepszy humor.

Tytuł płyty (błędnie wymawiane przez dzieci słowo "amen") uruchamia u mnie wiele skojarzeń - dzieciństwo w latach 90., powierzchowna religijność, orgia konsumpcji związana z pierwszą komunią. Aż prosiłoby się o płytę, która byłaby prowokacją. Niczego takiego na "Ament" nie znajdziemy. Panowie postanowili za to wpuścić do swojej muzyki piosenek więcej powietrza i światła. Błażej Król może wciąż inspirować się modami z muzycznych blogów - "nowym" new age'em, witch housem, dubem i "sypialnianą" elektroniką, a nawet bezlitosnym electro Crystal Castles (tutaj w postaci krótkiego wrzaśnięcia do przesterowanego mikrofonu w "Piekle") - ale sam sprawia wrażenie mało drapieżnego i mniej zdołowanego niż na debiucie.

W singlowej "Magii" z pozytywkowym głównym motywem śpiewa tak, że mamy wrażenie wizyty na strychu, gdzie kurzą się magazyny ezoteryczne z początku lat 90., a nie udziału w przerażającym seansie. "Anonim" to dla mnie powtórka z takich numerów jak "Ruiny" i "Brodzę" z debiutu, ale już bez usilnego, groteskowego wyciskania depresji ze słuchacza (te piosenki mogłyby utworzyć swoistą trylogię). "Dzieci" brzmią jak soundtrack do nawiedzonej przez duchy dobranocki, choć tekstowo to niemal elektroniczny pastisz kapel w rodzaju zaprzyjaźnionej Muzyki Końca Lata.

UL/KR nazwany został przez któregoś recenzenta najbardziej trzymającą rękę na pulsie polską kapelą (to pewnie przez skojarzenia z niszowymi nurtami z blogosfery). Błażej Król sprawia jednak wrażenie niekoniunkturalnego gościa, niezastanawiającego się specjalnie nad tym, co przysporzy mu punktów u liderów opinii. Częściej niż na debiucie jest tutaj sympatycznym songwriterem znanym z Kawałka Kulki, używającym słów takich jak "serducho" czy śpiewającym o kłótni z dziewczyną w piosence "Głupio". Nawet w piosence o tytule "Piekło" temat został potraktowany przez niego raczej z przymrużeniem oka ("to mogłoby być nawet to legendarne piekło / trochę nieprzyjemnie ale... ciepło"). Nie ma już epatowania mrokiem, jest za to trochę szersza gama emocji i sporo humoru. Szkoda tylko, że te emocje nie są tak silne jak w trakcie słuchania debiutu.

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: UL/KR | płyta | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje