Reklama

W skórze aligatora

Big Boi "Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty", Universal

To miała być przekąska przed krążkiem Andre 3000 i daniem głównym, czyli nową płytą OutKast. Ale pojawił się problem znany konsumentom hiszpańskich tapas czy japońskiego sushi. Smakują tak dobrze, że człowiek nie myśli już o niczym innym.

Reklama

Big Boi'a nie dzieli znowu tak wiele od czeredy nonszalanckich chłopaków z Południa, którzy chwalą się nieustannie giętkim językiem i cadillakiem. Nawet na "The Son Of Chico Dusty" wychodzi z niego kawał nieskomplikowanego, szowinistycznego świntucha. Dlatego można być pewnym, że tę płytę dziewczyny swoim chłopakom zarekwirują. Ale raczej po to, by mogły się jej nasłuchać na własną rękę.

Antwan "Big Boi" Patton ma bowiem ten łobuzerski, podszyty przekorą wdzięk. W sercu (hmm, czy na pewno sercu) nosi "dirty south", nie da się ukryć, niemniej wygląda inaczej, akcentuje inaczej, myśli inaczej. Jak sam twierdzi "jest krokodylem, który buja się po okolicy w skórze aligatora". Poluje na granicy światka rapowego, cyganerii i sobie tylko znanego terytorium. Zapyta zaskakująco o to "dlaczego 75% młodzieży czyta tylko magazyny?" Opowie jak chodził z dziadkami do kościoła w West Savannah. A potem, jakoś tak od niechcenia, rozerwie konkurencję na strzępy.

"Big Boi w jednym kawałku mówi więcej, niż inni na całej płycie" - zauważył jeden z zachodnich recenzentów. Tempo wyrzucanych słów można by porównać do karabinu, ale tylko do takiego, który strzela kulami umiejącymi skręcać, zwalniać, zawisać w powietrzu, potem przewiercić się przez każdy pancerz.

Sir Lucious Left Foot to bestyjka to na tyle zmyślna, żeby zastosować na swojej solówce założenia decydujące wcześniej o sukcesie OutKast. Po pierwsze - to, że nagranie jest psychodeliczne, eksperymentalne, abstrakcyjne nie powoduje, że nie może być melodyjne, a do tego taneczne. Po drugie - nie ma muzycznego wychodzenia w przyszłość, bez głębokiego, stabilnego osadzenia w przeszłości. Funk? Nie mówcie mu o funku, raper ma na płycie jednego z ojców gatunku - George'a Clintona. Nie po raz pierwszy zresztą. Electro? Podczas gdy koledzy po fachu przypomnieli sobie o tym brzmieniu dopiero po rewitalizacyjnych pomysłach francuskich twórców, Big Boi i spółka interpretują je od dawna, absolutnie po swojemu.

Wspomniana "spółka", ekipa Dungeon Family, z producenckim trzonem w postaci Organized Noize, od początku miała własną koncepcję ewolucji czarnej muzyki. Wypracowała odmienną proporcję między tym co grane, a co produkowane, stąd chórki, gitary i klawisze na brzmią inaczej. Po swojemu przyprawiała nagrania rhythm and bluesem i rockiem, przez co z inspiracji zbliżonych do N*E*R*D wyszło coś zupełnie odmiennego. Nie bez znaczenia jest w tym wypadku indywidualny geniusz twórców takich jak Cee-Lo (z Goodie Mob i projektu Gnarls Barkley), Sleepy Brown, Andre 3000 i... Big Boi.

"The Son Of Chico Dusty" Ameryki nie odkrywa, można nawet powiedzieć, że Big Boi odcina kupony. Ale dopiero teraz, gdy reszta branży zaczęła powoli równać do wyznaczonego wcześniej poziomu, a krytycy umieją już nazwać poszczególne elementy składające się na tę piorunującą mieszankę, możemy w pełni docenić tę świeżość. Wszystko brzmi spójnie, naturalnie i bardzo dynamicznie z jednego prostego powodu. Gospodarz nie składa w pocie czoła sonicznej układanki. On tą układanką po prostu jest.

8/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje