The Lumineers trzeba oddać jedno - kilka lat temu jedną piosenką (oczywiście, że pamiętacie "Ho Hey") zawładnęli wszystkie stacje radiowe i hale koncertowe na świecie, prezentując przy tym Ameryczkę nie Amerykę. Pokazali kraj w muzycznym obrazie, który przeciętny obywatel zna z pięknie wystylizowanych zdjęć z mediów społecznościowych, odpowiednio podrasowanych aplikacją do obróbki grafiki, a nie z opowieści rednecków pamiętających czasy, kiedy to głównym środkiem transportu były zdezelowane Chevrolety.
Teraz duet teraz wraca z czwartym albumem. Bez wielkich zapowiedzi, zwiększania apetytów i podsycania atmosfery na Facebookach i tym podobnych. "Brightside" miał emanować radością, którą miała bronić tylko muzyka. Ostatecznie udało się to tylko połowicznie. Owszem, piosenki są przyjemne, wybitnie radio friendly, dla młodych i starych, ale brak w nich jakiejkolwiek siły, która byłaby w stanie zadowolić gusta tych bardziej wymagających. Co gorsza, muzycy nie postarali się zbytnio, żeby kogokolwiek zatrzymać na dłużej i zachęcić do regularnego wracania do albumu. Często ckliwe i do bólu proste melodie oraz teksty opierające się na klasycznym współcześnie schemacie zahaczającym o uczucia, nostalgię czy pandemiczne zmiany nie powodują, że dzieło dwójki z Denver zapisuje się czymkolwiek w historii. Nawet ich własnej.
Zacznijmy jednak od tych pozytywnych rzeczy, bo jest tu kilka kompozycji, które mogą się podobać, chociażby samo tytułowe otwarcie, trochę agresywniejsze (sic!) od napędzanej melancholią i kilkoma brzdękami gitary akustycznej reszty. Albo "Big Shot", uderzająca swoją surowością i jednostajnością piosenka, która rozkręca się mozolnie, a kolejne partie instrumentów dodawane w późniejszej części utworu są atrakcyjnym smaczkiem i urozmaiceniem całości. Ciekawie wypada również najkrótszy i najbardziej zaskakujący w zestawie, pulsujący "Remington", który rzeczywiście mógłby zrobić dobrze alternatywnym kapelom. Chwalić też trzeba miłe akcenty, np. nieoczekiwanie pojawiające się oklaski w radosnym i podniosłym "Birthday".
I to było na tyle z dobrych rzeczy. "Never Really Mine" aż za bardzo wpada w dadrockowe klimaty i wyciska łzy wrażliwym swoim: "Powiedz to raz, żeby usłyszeli cię sąsiedzi / Jestem tym, który nigdy nie chciał grać, aby przegrać". Niezbyt odkrywcze, prawda? Przy "Where We Are" także robi się zwyczajne nijako, zwłaszcza przez delikatnie wygrywające pianino, a późniejsze warstwy instrumentów już nie stawiają kompozycji do pionu. Dość oszczędna forma "Rollecoastera", zarówno otwierana jak i zamykana tą samą partią pianina, oraz zderzenie miękkiego wokalu z dźwiękami jakby zza ściany wyszło dość karykaturalnie. W wieńczącym całość "Reprise", zawierającym jedną z ładniejszych tu melodii okraszonej chórkami, zapomniano o solidnym refrenie. Gdyby nie to, byłby to singel mocniejszy niż inne promujące album.
"Brightside" fantastycznie spełnia swoją rolę albumu bezpiecznego z piosenkami dla każdego. I nie należy tego traktować jako wady, bo muzyka środka też może być przyjemna na chwilę zapomnienia i zwykłej laby. Tylko co to za przyjemność, skoro dosłownie za chwilę pojawi się ktoś inny, kto na podobnym patencie lub nawet w innym stylu będzie walczył o zielony kolor komórki w arkuszu kalkulacyjnym. Można, ale nie trzeba, a jeśli przypadkiem gdzieś usłyszycie to się nic stanie.
The Lumineers "Brightside", Universal Music Polska
5/10
PS Zaplanowany na 16 marca koncert grupy w COS Torwar w Warszawie został przełożony na 2023 r. Dokładna data zostanie podana wkrótce.









![Zaczął się Great September 2026. Zdążyłam się zgubić w Łodzi i jepepej [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000NA5YR8IX8CYUE-C401.webp)