Reklama

Reklama

sanah "Uczta": Ziemniaczki zostaw, mięsko zjedz [RECENZJA]

Na "Ucztę" szykowaliśmy się długo – składowe potrawy poznawaliśmy już od początku marca. Nie wszystkie posiłki są trafione, mimo doborowego towarzystwa. Ostatecznie okazują się wystarczająco sycące, aby wstać od stołu z poczuciem satysfakcji.

sanah na okładce płyty "Uczta"

sanah od czasu swojego debiutu, niesamowicie udanej "Królowej dram", jest wręcz wszechobecna. To kucie żelaza, póki gorące ma jednak swoje gorsze strony. Ubiegłoroczna "Irenka" to projekt ewidentnie nagrany zbyt szybko i opierający swój charakter w głównej mierze na tym, co iskrzyło na "Królowej dram". Nie sprawiało to więc wrażenia sequela debiutu sanah, ale suplementu do tamtej płyty. Trzecia identyczna płyta byłaby nieznośna. Na szczęście "Uczta" to już inna para kaloszy. Albo pantofelków.

Pomysł na "Ucztę" był dość nietypowy, jak na płytę popową. sanah zapełniła płytę gośćmi z zupełnie różnych bajek - mamy tu artystów związanych ze sceną popową, rapową, alternatywną czy poezją śpiewaną. To momentalnie rodzi obawę, na ile płyta będzie należała do jej "właścicielki", a na ile zdominują ją odwiedzający. Mogę was tu uspokoić: słychać, kto pociąga za sznurki i pod czyje dyktando tańczą zaproszeni goście. Nawet jeżeli piosenki są pisane w taki sposób, że goście wchodzą w swoich butach, to uprzednio grzecznie korzystają z wycieraczki i zdejmują obuwie zaraz po przekroczeniu progu.

Reklama

W tej próbie poszerzenia spektrum muzycznych inspiracji, sanah wypada naturalnie. Oczywiście jej maniera, sprawiająca wrażenie nieco infantylnej, klasycznie nie będzie do przejścia dla każdego. Ale słychać w tym celowość, szczególnie gdy zestawiania jest w pachnących młodzieńczą naiwnością tekstach, w których to rzuci jakieś zdrobnienie, w innym miejscu makaronizm. Na obronę swojego stanowiska o tym, z jak dobrą wokalistką mamy do czynienia, posłuchajcie sobie, jak idealnie kontroluje swoje frazy w synthwave'owym "Oscarze" albo jak lekkimi krokami wspina się swobodnie po pięciolinii w "Tęsknię sobie" (to zresztą absolutny popis wokalny ze strony Zuzanny).

Paradoksalnie, choć wiele z piosenek straciłoby swój charakter bez featuringów, to najmocniejsze strzały z płyty to właśnie te dwie wyżej wymienione piosenki, najbardziej oderwane od twórczości gości. "Oscar" z Vito Bambino (nieco inaczej niż zazwyczaj ostatnio i proszę - od razu lepiej) to pełnoprawny synthwave, a "Tęsknię sobie" z Arturem Rojkiem to sophisti-popowa ballada, w której usłyszymy nu-beatowe bębny z Kalifornii i glitchujący, syntezatorowy mostek.

Niewątpliwie dużym wydarzeniem jest zabarwione country "Ostatnia nadzieja", w której zagościł Dawid Podsiadło. Na papierze intrygujący, w rzeczywistości wręcz magnetyzujący niespodziewaną chemią między artystami. Sporym zaskoczeniem jest "Audi" (posłuchaj!) z rapowym duetem Miętha - reprezentanci Asfaltu wprowadzili tutaj posmak synthpopowej twardej elektroniki z dozą organicznej przestrzeni. Ten numer po prostu oddycha, Skip doskonale wpisuje się w tekst, który tylko pozornie opowiada o ukradzionym samochodzie.

Nie wszystkie zestawienia są tak trafione. Grzegorz Turnau w "Śnie we śnie" (posłuchaj!) słusznie uosabia w sobie wszystko to, co w przekonaniu o własnym artyzmie najgorsze. Tym samym otrzymujemy utwór do bólu wręcz nadęty - wydmuszkę próbującą za wszelką cenę przekonać nas o swojej głębi, w której fortepian i smyczki zdają się zaledwie smaczkiem.

Trudno mi też obronić "Szary świat" z Kwiatem Jabłoni (posłuchaj!), który wraz z wejściem duetu uosabia te harcerskie zapędy duetu, stanowiące najsłabszy element w ich twórczości. Rozczarowaniem jest też synthpopowe "Eldorado" z Darią Zawiałow, które teoretycznie dobrze wpisuje się w ostatnie dokonania autorki "Wojny i nocy", ale gościni wypada przy gospodyni zaskakująco przezroczyście.

Do teraz nie potrafię też powiedzieć, na ile Igor Herbut w "Mamo tyś płakała" porusza odpowiednio emocjonalne struny, a na ile już przeszarżował - i pewnie długo nie będę w stanie odpowiedzieć na tę kwestię. W przeciwieństwie do kończącego płytę "Świętego Graala", którego patos potrafi odrzucić (sprawdź!).

Album nie należy więc do najrówniejszych - czyjaś babcia pewnie by powiedziała, żeby zostawić ziemniaki zjeść mięsko, ale tu musimy zajadać całość. Przy czym po tym opisie mogliście się już zorientować, że "Uczta" nie grzeszy spójnością - to też może stanowić spory problem tej płyty. O ile pierwsze utwory potrafią być mylące i sugerować słuchaczowi, że istnieje tu jakiś klucz, tak dość szybko wyzbywamy się tych złudzeń.

Przy czym wciąż nowa pozycja sanah to dowód na to, że artystka ma na siebie inny pomysł niż być smutną młodą kobietą tęskniącą za prawdziwym uczuciem, którą ktoś kilka lat temu przeniósł z lat 30. lub 60. XX wieku tak, by zdążyła już wchłonąć współczesną technologię. To płyta daleka od perfekcji, ale po słabszej "Irence" stanowi krok w dobrą stronę.

Sanah, "Uczta", Magic Records/Universal Music Polska

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama